15 lutego 2018

Rowerowe wakacje - z Monachium przez Alpy, nad Adriatyk aż do Wenecji i Werony.



Połowa lutego, a ja dopiero relacjonuję swój rowerowy wyjazd z zeszłego roku. Ma to jednak swoją zaletę, ponieważ miło powspominać letni urlop, podczas gdy za oknem chłodne, zimowe dni.

Na zeszłoroczny rowerowy urlop wybrałam się spontanicznie z jednym z czytelników mojego bloga. Wspólnie rozważaliśmy różne opcje na wyjazd, a ostatecznie wybór padł na trasę rowerową Alpe-Adria (Ciclovia Alpe Adria Radweg). Szlak ten stanowi połączenie Alp z Morzem Adriatyckim, zlokalizowany jest na terenie Austrii i Włoch, rozpoczyna się w Salzburgu, dalej prowadzi doliną rzeki Salzach i doliną Gastein, następnie przez Karyntię dociera do granicy austriacko-włoskiej. Po stronie włoskiej szlak biegnie przez Alpy Karnickie i Julijskie, Nizinę Wenecką, a kończy się nad samym Adriatykiem, w położonej na lagunie miejscowości Grado. Podróżując tą trasą mamy zagwarantowane piękne widoki i urozmaicony krajobraz, na który składają się szczyty największych europejskich gór, malownicze doliny z błękitnymi rzekami i jeziorami oraz bezkresny Adriatyk. Szlak Alpe-Adria uznano w 2015 roku podczas targów w Amsterdamie za europejską trasę rowerową roku, a w 2016 r został zwycięzcą nagrody Green Road Award podczas targów Cosmo Bike Show w Weronie. Postanowiliśmy osobiście przekonać się o jego walorach.

Długość szlaku wynosi ok. 410 km, ale my chcieliśmy sobie przedłużyć trasę, toteż postanowiliśmy zacząć wyprawę już w Niemczech, gdzie za punkt startowy obraliśmy Monachium, a za metę Wenecję lub jeśli czas, siły i chęci pozwolą to Weronę.



Sobota, 29 lipiec 2017. Dzień pierwszy.

 



Monachium - Chiemsee. 106 km.


Jak już wspomniałam postanowiliśmy wyruszyć z Monachium, które stało się także miejscem mojego spotkania z Matem, współtowarzyszem wyprawy, mieszkającym w zachodniej części Niemiec. Dla mnie podróż do miejsca startu zaczęła się już w nocy z 27/28 lipca. Szukałam różnych opcji transportu dla siebie i roweru, jednak podróże pociągami wiązały się z przesiadkami, samolotem też niezbyt dogodnie i do tego kosztownie, więc wybrałam jedną z prywatnych firm przewozowych świadczących usługi transportowe na trasie Polska-Niemcy-Holandia. To tzw. busy, z których usług często korzystają Polacy wyjeżdżający za granicę do pracy. Rower musiałam odpowiednio przygotować do takiego przewozu, skręcić kierownicę, zdemontować przednie koło, całość owinąć folią stretch. Dużym ułatwieniem przy tego typu podróży jest system door to door, czyli z adresu pod adres, dlatego nie musiałam się martwić o żadne przesiadki, o dojazd na dworzec itp. Bus zabrał mnie spod domu i wysadził we wskazanym miejscu w Monachium:). Wada taka, że spędziłam w busie 18 godzin, ponieważ przewoźnik krążył po województwie i zbierał innych ludzi jadących do Niemiec, a następnie rozwoził ich po różnych niemieckich miejscowościach. Małym minusem jest też sposób transportu roweru, ponieważ przystawiony został stertą bagaży innych podróżnych. Do tego opłata za przewóz roweru w porównaniu np. do cen oferowanych przez pkp, jest bardzo wysoka, bo aż 100 zł, a i też znalazłam takich, co życzyli sobie 150 - 300 zł. W drodze powrotnej miałam przyjemność podróżować z jeszcze innym przewoźnikiem, który nie pobrał żadnej opłaty za rower, gdyż stwierdził, że inni mają wielkie torby i są one wliczone w cenę biletu, więc mój rower też zostanie tak potraktowany:)
W Monachium pojawiłam się ok. 20 godziny, w oczekiwaniu na przyjazd Mata złożyłam rower w całość, a następnie już razem udaliśmy się na wcześniej zarezerwowane miejsce noclegowe w "The Tent" przy ulicy
In den Kirschen 30. The Tent to chyba najbardziej ekonomiczne miejsce na zatrzymanie się w Monachium. Mamy tu do wyboru kilka opcji:
1) nocleg na polu campingowym we własnym namiocie,
2) wynajęcie jednego z wielu łóżek piętrowych, zlokalizowanych w duuużym namiocie, przypominającym jakby namiot cyrkowy ;)
3) spanie na podłodze na macie piankowej + koc do przykrycia. To najtańsza opcja, cena 8 euro.
My skorzystaliśmy z opcji nr 2, płaciliśmy ok.13 euro za osobę. Dla niektórych osób minusem tego typu noclegu może okazać się kumulacja sporej ilości piętrowych łóżek na jednej powierzchni, blisko siebie, co sprawia, że słyszymy wszelkie rozmowy, odgłosy z sąsiednich łóżek i całej sali. Do tego dochodzi hałas imprezującej na zewnątrz młodzieży. Ja byłam tak zmęczona podróżą, że absolutnie mi to nie przeszkadzało, zasnęłam bez problemu. Praktycznie nie obowiązuje tu cisza nocna, no ale to miejsce dla młodych. Pierwsze skojarzenie jakie nasunęło mi się na widok tego obiektu to... kurnik, gdzie panuje tłok i gwar. Jednak szybko zmieniłam zdanie. Na terenie Tentu mamy do dyspozycji recepcję czynną 24h, miłą i pomocną obsługę, zadbane i ładne sanitariaty, ogólnodostępną kuchnię, restaurację (gdzie można np. za niewielkie pieniądze zjeść śniadanie). W recepcji przyjmują telefon do naładowania (lub jakikolwiek inny sprzęt),  jest wi-fi, ogródek piwny, dostępne są boiska do gry w piłkę/siatkę i wiele innych udogodnień. Wieczorami młodzież rozpala ognisko, przy którym gromadzi się wiele osób i wspólnie imprezuje do późnych godzin nocnych.The Tent to obiekt, który tętni życiem, przyjeżdża tu mnóstwo młodzieży z całego świata, więc okoliczności sprzyjają integracji i poznawaniu nowych osób. Moim zdaniem to kapitalne miejsce dla młodych ludzi, którzy szukają taniej opcji na nocleg w Monachium. Panuje tu niesamowity i niepowtarzalny klimat, przyjazna atmosfera, wyluzowani ludzie. Wkraczając na teren Tentu ma się wrażenie przebywania w innym świecie. Gratulacje dla pomysłodawcy obiektu. Polecam wszystkim tym, którzy nie oczekują luksusów i nie chcą tracić fortuny na nocleg, a miło spędzić czas w specyficznym miejscu i mieć co wspominać.

The Tent w Monachium - namiot z łóżkami piętrowymi jako forma noclegu.


Rankiem po śniadaniu wyruszamy w trasę. Trochę kręcimy się jeszcze po Monachium, przejeżdżamy przez Park Olimpijski (Olympiapark München), na którego terenie odbywały się Letnie Igrzyska Olimpijskie w 1972 roku, robimy tu postój na przywiezione przez Mata izotoniczne piwo bezalkoholowe z witaminami, w butelkach o urzekającym kształcie:) W Polsce chyba jeszcze takiego piwa nie ma. Zatrzymujemy się też przy potężnym biurowcu BMW, którego architektura zwraca uwagę niejednego przechodnia. 

Izotoniczne piwo bezalkoholowe.
Biurowiec BMW w Monachium.

Wkrótce wydostajemy się z miasta, jedziemy przez bardziej spokojne okolice, a w oddali zarysowują się nam już szczyty Alp.


Kierunek - Alpy.

Mijamy wioski i miasteczka, podziwiamy bawarskie krajobrazy i tak upływa nam pierwszy dzień wyprawy. Późnym popołudniem docieramy nad jezioro Chiemsee, położone u północnego podnóża Alp Salzburskich.  Noc postanawiamy spędzić na kempingu Kupferschmiede, znajdującym się tuż przy jeziorze. Chcemy zdążyć przed zachodem słońca, więc pospiesznie rozbijamy namiot, bierzemy prysznic i przygotowujemy sobie obiadokolację na zabranym przez Mata turystycznym sprzęcie kuchennym. Następnie robimy sobie spacer nad jezioro Chiemsee, siadamy na jego brzegu obok wielu innych osób i relaksujemy się, obserwując gładką taflę jeziora i widoczne w oddali błyskawice rozświetlające niebo. Ludzie siedzący nad brzegiem, wpatrzeni w rozległe jezioro spowite mrokiem nocy, wyglądali jak gdyby podziwiali spektakl w teatrze. Atmosfera była tak przyjemna, że nie chciało się opuszczać tego miejsca, ale robiło się coraz później, a my musieliśmy się wyspać i nabrać sił na kolejny dzień, więc wróciliśmy na kemping.

Jezioro Chiemsee.
 
Jezioro Chiemsee.




Niedziela, 30 lipiec 2017. Dzień drugi.




Chiemsee - Pfarrwerfen. 108 km.


Wieczorem zanosiło się na burzę, która na szczęście nas ominęła i noc upłynęła spokojnie. Rankiem udajemy się jeszcze nad jezioro, by zobaczyć jego piękno w porannym świetle oraz majestatyczne góry w tle. Następnie pakujemy się i ruszamy w drogę. Przez jakiś czas jedziemy jeszcze w bliskim sąsiedztwie jeziora Chiemsee, następnie obieramy kierunek ku granicy z Austrią. Trasa jest przyjemna, wiedzie wśród małych miasteczek, pól uprawnych, zielonych pastwisk i kieruje się wprost na alpejskie szczyty. Czułam się komfortowo mając góry na dystans, ale wiedziałam, że przyjdzie taki dzień, kiedy staniemy z nimi oko w oko i trzeba będzie pchać rowery. Mimo tego byłam ciekawa bliskiego spotkania z największymi górami Europy.

Rowerem przy jeziorze Chiemsee.
Ettendorfer Kircherl.

Traunstein z Alpami Chiemgawskimi w tle.

Teisendorf - jedna z barwnych bawarskich miejscowości na naszej trasie.


Wkrótce przekraczamy granicę niemiecko-austriacką i wzdłuż rzeki Salzach docieramy do Salzburga. To tu zaczyna się rowerowy szlak Alpe-Adria. Postanawiamy choć na chwilę zatrzymać się w tym mieście, nie bez powodu wpisanym na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Już z daleka uwagę przyciąga górujący nad miastem zamek Hohensalzburg, usytuowany na wzgórzu Festungsberg. To największa w Europie Środkowej w całości zachowana twierdza, będąca symbolem Salzburga.

Salzburg - panorama.

Salzburg.

Obowiązkowo udajemy się na słynną ulicę Getreidegasse, gdzie mieści się dom, w którym urodził się Mozart. Ulica Getreidegasse posiada swoją specyficzną architekturę, charakteryzującą się wysokimi, wąskimi, różnobarwnymi i ściśle do siebie przylegającymi kamienicami, których dodatkowym elementem ozdobnym są liczne szyldy. Uliczką wypełnioną mnóstwem różnorodnych sklepów i kawiarenek, przechadzają się setki turystów z całego świata. Niemalże całe miasto przesiąknięte jest Mozartem, na jego cześć nazwano kawiarenkę, plac, hotel, akademik czy czekoladki. Nic więc dziwnego, że Salzburg określany jest miastem Mozarta. 
Na liście "must see" jest także dom, w którym mieszkał Mozart, katedra św. Ruperta na Placu Rezydencjalnym w sercu starówki, Nowa Rezydencja z wieżą kurantową.

Dom Narodzin Mozarta.

Mozart Wohnhaus - dom, w którym mieszkał Mozart.

Nowa Rezydencja z wieżą kurantową i widok na Plac Rezydencjalny.


Katedra św. Ruperta.

W Salzburgu do ciekawych atrakcji należą jeszcze m.in. Pałac Mirabell z pięknym ogrodem i Pałac Hellbrunn wraz z ogrodami wodnymi. Niestety nie ujrzałam ich na własne oczy, ponieważ w planach mieliśmy do przejechania jeszcze sporo kilometrów, poza tym dzień był niezwykle upalny, a w mieście wysoką temperaturę dało się odczuć jakby dwa razy bardziej. Opuszczamy więc Salzburg i cały czas jedziemy wzdłuż rzeki Salzach, podziwiając alpejskie pejzaże.  

Na szlaku Alpe - Adria.
Na szlaku Alpe - Adria.

Widok na rzekę Salzach w mieście Hallein.

Ciekawą atrakcją, która znalazła się przy trasie naszego przejazdu, jest imponujący wodospad - Gollinger Wasserfall, zlokalizowany pomiędzy miejscowością Kuchl a Golling an der Salzach. Byłam go bardzo ciekawa, jednak przeoczyliśmy prowadzącą do niego drogę. Nie wątpię jednak, że jest na pewno wart zobaczenia. Po południowej stronie Golling an der Salzach czeka nas niezbyt stromy, ale przydługawy podjazd, więc prowadzimy rowery. Następnie przez kilka kilometrów zaczyna się imponujący odcinek drogi prowadzący doliną rzeki Salzach i przełęczą Pass Lueg. Po naszej prawej i lewej stronie wznoszą się na wysokość 1000 metrów skalne ściany. Słońce, które dotychczas mocno grzało, zostało przysłonięte przez górskie szczyty, więc momentalnie zrobiło się tak chłodno, że aż miałam "gęsią skórkę" i dreszcze.


Początek zjazdu przełęczą Pass Lueg.

Chłodna, zacieniona przełęcz Pass Lueg.

Przełęcz Pass Lueg - dolina rzeki Salzach.


Po dość długim, emocjonującym zjeździe przyszła pora na małą wspinaczkę w miejscowości Werfen. Tu naszym oczom ukazuje się wzniesiony na szczycie ponad 150 metrowej skały średniowieczny Zamek Hohenwerfen.

Zamek Hohenwerfen.

Zaczął już zapadać zmierzch, a my docieramy na nocleg w miejscowości Pfarrwerfen, gdzie zatrzymujemy się na kempingu Vierthaler przy ulicy Reitsam 8. Planowaliśmy, że właśnie tam spędzimy noc o ile nic nie stanie na przeszkodzie i zdążymy wykręcić zaplanowane kilometry. Już w ciągu dnia dzwoniliśmy z trasy do właściciela i pytaliśmy o dostępność miejsc na placu kempingowym, gdyż zakładaliśmy, że rozbijemy namiot. Gospodarz kempingu oznajmił, że aktualnie u nich pada deszcz i ma dla nas alternatywną propozycję w postaci domku typu bungalow. Bez dłuższego namysłu decydujemy się na tą opcję, gdyż cena za noc dla dwóch osób jest nieznacznie większa niż za rozbicie namiotu. O słuszności tego wyboru przekonujemy się tym bardziej, kiedy na kemping docieramy dopiero około 21 godziny, zapada zmrok i rozstawianie namiotu o tej porze jest już i zbyt czasochłonne i mało przyjemne. Pospiesznie się rozpakowujemy, bierzemy prysznic i tuż przed zamknięciem kempingowej restauracji zamawiamy pizzę na kolację. Wieczór spędzamy na tarasie przed naszym domkiem.
Nowością, z którą nigdy dotąd się nie spotkałam była forma opłaty za korzystanie z prysznica w postaci żetonów (do nabycia w recepcji). To już drugi kemping, w którym obowiązują takie zasady. Żeton wrzuca się do urządzenia, które liczy nam czas kąpieli. Najczęściej jeden żeton pozwalał na 3 minuty przebywania pod prysznicem - niezależnie czy się z wody korzysta czy też nie. Dla mnie to strasznie mało czasu, kto jest kobietą i ma dłuższe włosy ten wie;) Mycie na akord nie dla mnie;). Można oczywiście kupić więcej żetonów, ale nie uśmiechało mi się tracić znacznej części funduszy na prysznice podczas wyjazdów.
Rankiem dopiero w świetle dziennym dostrzegam w jakim pięknym miejscu zlokalizowany jest kemping. Wznoszą się za nim potężne, nagie szczyty, które w kontrastowym zestawieniu z błękitnym niebem i bujną trawą, tworzą malowniczy widok.

Camping Vierthaler.

Widok przed kempingiem Vierthaler.





Poniedziałek, 31 lipiec 2017. Dzień trzeci.



Pfarrwerfen - Bad Gastein. 58 km.


Rano leniwie się pakujemy i opuszczamy kemping Vierthaler. Pierwszą miejscowością, przez którą przejeżdżamy jest Bischofshofen. Warto wspomnieć, że to miasto znane z Turnieju Czterech Skoczni, który odbywa się tu co roku. Teraz nic jednak nie przypomina tego zimowego Bischofshofen z telewizyjnych transmisji podczas turnieju. Dookoła zielony, górski krajobraz skąpany w słońcu, a dzień bezwietrzny i upalny. Nadal podążamy wzdłuż rzeki Salzach, której widok uprzyjemnia nam podróż w tak wysokiej temperaturze. Bonusem na trasie są niewątpliwie spotykane co jakiś czas punkty z "kranem" z wodą zdatną do picia (Trinkwasser). Generalnie w Austrii woda prosto z kranu jest bardzo czysta i nadaje się do bezpośredniego spożycia, w rejonach alpejskich z kranów płynie wręcz źródlana woda.




W dzisiejszym dniu oprócz upału, dają się nam we znaki podjazdy. Nie były one dla nas zaskoczeniem, ponieważ już przed wyjazdem zapoznaliśmy się z profilem trasy i byliśmy świadomi, że przyjdzie dzień, kiedy rowery trzeba będzie pchać. Właściwie od miasta Bischofshofen droga już delikatnie zaczęła się wznosić, ale rowery zaczęliśmy prowadzić mniej więcej w okolicach miejscowości Sankt Johann im Pongau, Sankt Veit im Pongau oraz Klamm. Trud rekompensowały nam piękne i rozległe widoki jak z pocztówki.

Okolice Schwarzach im Pongau - widok jak z pocztówki.

Fragment szlaku Alpe-Adria wśród alpejskich łąk.

Niemały odcinek drogi pokonujemy na przemian to pchając rowery, to jadąc. Chwilę odpoczywamy i ku naszemu zaskoczeniu słyszymy polską mowę - spotykamy rodzinę Polaków, która również postanowiła rowerowo spędzić urlop. Od nich dowiadujemy się, że uciążliwy fragment trasy wkrótce stanie się łagodniejszy i tak też faktycznie się dzieje. Za miejscowością Klamm napotykamy też na pierwszy ok. 1,5 kilometrowy tunel pod jednym z górskich szczytów. Przeprawa przez ten jak i każdy następny tunel dostarczała specyficznych wrażeń, bowiem dzień był upalny, a w tunelach panował mrok, wilgoć, a przede wszystkim chłód, który przyprawiał o mały szok termiczny;). Za tunelem przez kilkadziesiąt kilometrów rozpościera się rozległa dolina. Szlak wiedzie teraz przez malownicze wioski i miasteczka, wśród alpejskich łąk z widokiem na górskie szczyty. Trasa od samego początku prowadzi w głównej mierze asfaltowymi, bezpiecznymi ścieżkami, które są dobrze oznakowane. Błękitne niebo, soczyście zielone łąki z górami w tle sprawiały, że od razu przed oczami miałam reklamę czekolady Milki z fioletową krową w roli głównej. Ilekroć widziałam jaskrawe, zieloniutkie trawy porastające zbocza Alp i wijące się pośród nich czyste rzeki, tylekroć myślałam sobie, że gdybym była krową lub koniem, to moim największym życiowym marzeniem byłoby paść się na alpejskich łąkach, wdychać świeże powietrze i pić błękitną, krystalicznie czystą wodę z rzeki;)

Alpe- Adria w okolicy Bad Hofgastein.

Okolice Bad Gastein.

W towarzystwie pięknych krajobrazów docieramy do Bad Gastein i tu napotykamy kilkukilometrowy, dość stromy podjazd. Jest już późne popołudnie, a my z niedowierzaniem odczytujemy zapis na liczniku - przejechaliśmy dziś zaledwie nieco ponad 50 km. Podjazdy i wysoka temperatura zrobiły swoje... Tymczasem przed nami kolejna góra. Pchamy rowery i dopiero w tym momencie stwierdzam, że nie jest lekko i, że właśnie z takimi wzniesieniami miałam długofalowo do czynienia w Czechach podczas zeszłorocznej wyprawy... nic fajnego...
Oboje przypominamy sobie profil trasy Alpe-Adria, zerkamy na wykres z przewyższeniami i uświadamiamy sobie, że to właśnie tu zaczyna się najbardziej stromy podjazd na całym szlaku Alpe-Adria, prowadzi on na wysokość ok. 1050 metrów. Cóż... mozolnie brniemy do przodu w jeszcze wciąż dającym się we znaki upale. Przygotowując się do wyjazdu, doszukaliśmy się informacji, że gdzieś w pobliżu Bad Gastein czeka nas też ok. ośmiokilometrowa przeprawa tunelem pod górskim szczytem. Zaczęliśmy obawiać się, że jeśli podjazd szybko się nie skończy i będzie też obejmował tunel, to piesza wędrówka z rowerami zajmie nam jeszcze sporo czasu, co sprawi, że być może zastanie nas noc w środku tunelu. Sytuacja zmusza nas do nagłej modyfikacji planu. Postanawiamy zatrzymać się na nocleg już teraz, szukamy poprzez aplikację booking jakiegoś niedrogiego noclegu, ale sprawa wygląda kiepsko - albo brak miejsc albo same oferty z horrendalnie wysokimi cenami za noc. Mat rozgląda się dookoła i zauważa jakiś hotel, wchodzi zapytać o dostępność miejsc. Mamy szczęście w nieszczęściu, bowiem obiekt jest nieczynny, ale właściciel budynku podpowiada nam, że niedaleko znajduje się hotel, który w swojej ofercie ma zarówno standardowe pokoje jak i kilkułóżkowe sale sypialne (coś w stylu schroniska młodzieżowego). Mat dzwoni pod wskazane miejsce, gdzie proponują nam wolne pokoje za ponad 30-50 euro za osobę, ale dopiero na bezpośrednie zapytanie czy dysponują też tańszymi, wieloosobowymi salami dla młodzieży, potwierdzają taką możliwość. Na szczęście pod względem wieku kwalifikujemy się jeszcze jako młodzież, co pozwala nam skorzystać z tej opcji w cenie ok. 20 euro za osobę. To najlepsza i najtańsza oferta noclegowa, dlatego bez wahania dalej prowadzimy rowery i z nadzieją pokonujemy kolejne metry podjazdu. Docieramy do centrum Bad Gastein, gdzie naszym oczom ukazuje się zachwycające widowisko w postaci wodospadu, spadającego z potężną siłą i hałasem. Zatrzymujemy się na chwilę, by tak jak reszta turystów podziwiać jego potęgę i pstryknąć zdjęcie.

Wodospad w środku miejscowości.

Kościół Sankt Nikolaus w Bad Gastein.



















Wodospad w Bad Gastein.









Wkrótce potem odnajdujemy Euro Youth Hotel Krone - czyli miejsce naszego dzisiejszego noclegu. Zostajemy skierowani na jedną z kilku sal sypialnych z ośmioma łóżkami. Jestem przeszczęśliwa, ponieważ okazuje się, że kilkuosobową salę mamy na wyłączność. Cenię sobie intymność i prywatność, toteż niezmiernie się cieszę, że nie będę musiała krępować się obecnością innych osób w pokoju. Generalnie wyglądało na to, że pozostałe sale w większości też były puste. Podejrzewam, że dopiero w sezonie zimowym hotel przeżywa prawdziwe oblężenie. Kolejna rzecz, która mnie ucieszyła, to fakt, że do dyspozycji mamy też przestronną, zadbaną, elegancką łazienkę. Jesteśmy sami, toteż wybieram sobie jeden z kilku/kilkunastu pryszniców i cieszę się możliwością nielimitowanego, bezżetonowego korzystania z niego oraz tym, że nie muszę się spieszyć, bo ktoś czeka w kolejce. Sama w wielkiej łaźni... spokój, brak ludzi... mmm cóż za luksus:) Korzystamy też z możliwości wyprania rzeczy, podładowania sprzętu elektronicznego, coś jemy i wychodzimy jeszcze na wieczorny spacer po okolicy.



Bad Gastein.

 

 Wtorek, 1 sierpień 2017. Dzień czwarty.




Bad Gastein - Villach. 101 km.



Rankiem udajemy się na hotelowe śniadanie, wliczone w cenę noclegu. Do dyspozycji mamy śniadaniowy bufet, czyli opcja "jesz co chcesz i ile chcesz". Oferta jest baaardzo różnorodna i bogata, w tym między innymi gotowane jajka, pieczywo jasne/ciemne, napoje (kawa, herbata, soki, kakao, gorąca czekolada, napoje mleczne etc.), wędliny, warzywa, nabiał, sałatki owocowe, kilka rodzajów musli i wieeele innych pozycji. Od wyboru do koloru. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że śniadanie jest takie samo dla wszystkich gości hotelowych, zarówno dla takich jak my, którzy płacili za nocleg 20 euro jak i dla tych gości z wyższych pięter budynku, których pokój kosztował 50 euro. Miejsce noclegowe tak bardzo mi się spodobało, że aż żal mi było się z nim rozstać, tym bardziej, że nie wiedziałam co nas czeka w kolejnych dniach. Reasumując, jeśli ktoś z Was planuje pobyt w Bad Gastein, z czystym sumieniem mogę polecić Euro Youth Hotel Krone! 
W recepcji dowiadujemy się, że przeprawa pod najwyższymi górskimi szczytami przez kilkukilometrowy tunel, który nas dziś czeka, odbywa się tylko i wyłącznie za pośrednictwem transportu kolejowego. To cenna wskazówka, ponieważ spodziewaliśmy się, że będzie to przeprawa taka sama jak przez inne tunele, czyli na rowerach. Pakujemy się i ruszamy w drogę, która w dalszym ciągu prowadzi pod górkę. Po niespełna pięciu kilometrach docieramy do stacji kolejowej w Böckstein, kupujemy bilety (5 euro za osobę z rowerem), układamy rowery na wskazanej platformie wagonu, a sami udajemy się do przedziału osobowego. Pociąg odjeżdża co godzinę, czas podróży wynosi 11 minut, a długość trasy 8 kilometrów. Tunel umożliwia pokonanie najpotężniejszego pasma górskiego Wysokich Taurów, stanowi połączenie doliny Gastein z regionem Karyntii.


Dworzec kolejowy w Böckstein - w kolejce po bilety.

Böckstein - załadunek rowerów.


Pociąg przewozi nas na południową stronę Alp, do górskiej wioski Mallnitz. Znajdujemy się teraz w urokliwym i słonecznym regionie Karyntii. Po krótkiej podróży pociągiem wsiadamy znów na rowery i kontynuujemy naszą  wyprawę. Jesteśmy zadowoleni, ponieważ wiemy, że najgorsze podjazdy mamy za sobą. Odtąd profil trasy staje się znacznie łagodniejszy i prowadzi w większej mierze w dół. Czeka nas jeszcze parę wzniesień, ale znacznie lżejszych. Po wczorajszym trudzie pchania rowerów, dziś spotyka nas niespodzianka, bowiem naszym oczom ukazuje się dłuuuuga serpentyna prowadząca alpejskimi zboczami w dół. Piękny widok, a jazda rowerem tak lekka jak nigdy dotąd. Rower straszliwie się rozpędzał, że aż trzeba było hamować. Z jednej strony chciałoby się podziwiać cudowne widoki, które tu były wyjątkowe, ale z drugiej strony żal spowalniać rower, zwłaszcza po trudach minionego dnia. To tu pada mój rekord prędkości na rowerze, ponieważ licznik wskazuje ponad 60 km/h. Pewnie byłoby i więcej, ale hamowałam w obawie przed przeszkodami mogącymi pojawić się na nieznanej nawierzchni i ze strachu przed utratą panowania nad rowerem obłożonym bagażami.  

Serpentyna w pobliżu Mallnitz... ach, cóż to był za zjazd! :)


Nasza dalsza podróż przebiega doliną Mölltal, którą otaczają dwa pasma górskie ze szczytami sięgającymi nawet 3000 metrów. Jedziemy równolegle do rzeki Möll aż do miejscowości Möllbrücke. W tym miejscu szlak łączy się z Drauradweg - najpopularniejszym szlakiem Karyntii, biegnącym wzdłuż rzeki Drawy. Cały czas cieszymy oczy pięknymi krajobrazami, których przyjemnym elementem składowym są krystalicznie czyste rzeki, strumyczki, jeziora. Chętnie korzystamy z możliwości schłodzenia się w przejrzystej i bardzo zimnej, górskiej wodzie.

Krystalicznie czysta woda w górskich strumykach (okolice Gappen).

Szlak w dolinie Mölltal.

Szlakiem Drauradweg jedziemy aż do Villach, gdzie zatrzymujemy się na kolejny nocleg w Camping Gerli. Rozbijamy namiot i korzystamy z oferty obiektu. Oczywiście w pierwszej kolejności bierzemy prysznic, po czym udajemy się do kempingowej restauracji, gdzie przy okazji posiłku ładujemy telefony. Przed zachodem słońca wybieramy się na spacer po okolicy, zatrzymujemy się na polanie z pięknym widokiem na góry. Tu w oparciu o mapę omawiamy plan trasy na jutrzejszy dzień, następnie zapatrzeni w góry, rozkoszujemy się ciszą, oddychamy czystym powietrzem i relaksujemy się po całodziennym wysiłku. Przed zmrokiem wracamy do bazy noclegowej.

Nasz nocleg na Campingu Gerli w Villach.




Środa, 2 sierpień 2017. Dzień piąty.




Villach - Amaro. 98 km.


Wita nas kolejny słoneczny dzień. Rankiem udajemy się do kempingowej restauracji na śniadanie. Przy sąsiednim stoliku zasiada para Holendrów, która nawiązuje z nami konwersację. Widzieliśmy się z nimi już wcześniej, gdyż minionej nocy mieliśmy obok siebie rozbite namioty. Holendrzy również podróżują rowerami z sakwami, więc wymieniamy się wrażeniami, doświadczeniem. Udzielają nam wskazówek odnośnie dalszej jazdy i informują, że dziś czeka nas trasa, która prowadzi pod górkę, aż do miejscowości Tarvisio, a potem bardzo przyjemny odcinek, prowadzący w dół, co wiąże się z jazdą bez pedałowania przez dłuuugi czas :) Ta informacja niewątpliwie wprawia nas w dobry nastrój. Generalnie prócz pojedynczych niedużych podjazdów, trasa będzie wiodła już prawie wyłącznie po płaskim terenie aż nad Adriatyk. Pełni nadziei wsiadamy na rowery i ruszamy w drogę. Opuszczamy Villach, a także kończącą się tu dolinę Drawy. Dalej szlak prowadzi równolegle do rzeki Gail, będącej dopływem Drawy. Jestem ponownie pod wrażeniem czystości tutejszych rzek, które z bliska są krystalicznie czyste, dokładnie widać dno, a z daleka mają błękitny kolor, jak gdyby ktoś dolał do nich niebieskiej farby.  

Rzeka Gail.
Viva Italia!!!




W tym momencie spotykamy Johannesa - młodego Niemca, z którym mijaliśmy się kilka razy na trasie. On także podróżuje szlakiem Alpe - Adria. Znudzony samotną jazdą pyta czy może do nas dołączyć, odtąd przez pewien etap jedziemy we trójkę. Za miejscowością Thörl - Maglern wspólnie przekraczamy granicę austriacko - włoską,  a tym samym wjeżdżamy do północnego regionu Włoch - Fruli - Wenecja Julijska. Viva Italia :)  










Po przekroczeniu granicy austriacko - włoskiej.

Dzień jest bardzo upalny, ale takiej pogody mogliśmy się spodziewać, ponieważ jeszcze przed wyjazdem na tą wyprawę słyszałam we wszelkich mediach informacje o panujących we Włoszech straszliwych upałach. Postanawiamy zrobić sobie postój na drugie śniadanie. Zatrzymujemy się w miejscowości Coccau di Sotto, gdzie w cieniu jednego z osiedlowych domów odpoczywamy i podjadamy, to co mamy. W tym miejscu rozstajemy się z Johannesem, który robi sobie dłuższą przerwę, a my ruszamy dalej. Z profilu trasy wynika, że do miejscowości Tarvisio będziemy mieć pod górkę i faktycznie daje się to odczuć.

Widok na góry w miejscowości Coccau di Sotto.


Szlak Alpe - Adria, okolice miejscowości Tarvisio.


Szlak Alpe - Adria w okolicy Bagni di Lusnizza.



























Szlak w dalszym ciągu  przebiega w górach, jednak to już ostatni górski etap, trasa staje się bardzo lekka, prowadzi po płaskim terenie, często z długimi odcinkami w dół. Podróż jest bardzo przyjemna, jedziemy wąską doliną wzdłuż rzeki Fella, a szlak przebiega raz nisko, raz wysoko po górskich zboczach, przez liczne mosty i tunele. Ścieżka rowerowa poprowadzona jest po dawnej linii kolejowej, dobrze przygotowana i oznakowana, szeroka, z podziałem na dwa pasy - można wręcz rzec: autostrada dla rowerów! Droga rowerowa na naprawdę wysokim poziomie, a jazda po niej to czysta przyjemność.


Rzeka Fella. Widok z mostu na szlaku Alpe - Adria.

Alpe - Adria w okolicy Bagni di Lusnizza. Most na rzece Fella.

Rzeka Fella - krystalicznie czysta, o pięknym, błękitnym zabarwieniu.
Alpe - Adria, dobre oznakowanie szlaku.

Alpe-Adria.
Szlak Alpe-Adria.
  




















Alpe-Adria: tunel wysoko na górskim zboczu.

Alpe-Adria: liczne tunele na trasie.

Alpe - Adria, okolice San Leopoldo.

Widok na miejscowość Prerit/Dogna.

Kościół Chiesa San Leonardo ab.

Dogna i okolice.

Dogna. Wspaniałe widoki ze szlaku prowadzącego wysoko po górskim zboczu.

Przekształcenie nieczynnej linii kolejowej w ścieżkę rowerową to świetny pomysł. Jechaliśmy nią przez sporą część dnia i powoli zaczynamy odczuwać głód, tymczasem szlak na długim etapie poprowadzony jest tak, że nie bardzo można z niego zjechać do np. jakiegoś miasteczka, by zatrzymać się gdzieś na posiłek czy zrobić zakupy w sklepie. Zdarza się, że mijamy jakieś miejscowości, ale tylko sporadycznie są one połączone zjazdem ze szlakiem. W większej mierze ścieżka prowadzi pośród skalistych zboczy, w sąsiedztwie drzew i rzeki, z dala od cywilizacji lub z ograniczoną możliwością dotarcia do niej. Co więcej na tym etapie nie spotykamy praktycznie żadnego człowieka. Tak więc u tych rowerzystów, którzy lubią obecność lub chociaż widok innych osób, ten spory fragment trasy może wywoływać poczucie osamotnienia.
Tak się składa, że dziennie pokonujemy odcinki średnio po 100 km i gdyby wyszło tak, że na liczniku pokazałaby się ta liczba i zaczął zapadać zmrok, a my bylibyśmy akurat gdzieś w połowie szlaku na górskim zboczu, bez opcji zjazdu gdziekolwiek, to co wtedy? Pozostałby nam chyba nocleg na asfaltowej ścieżce rowerowej. Na szczęście taki scenariusz nas nie spotkał, szlak łączy się z miejscowością Resiutta, gdzie postanawiamy się koniecznie rozejrzeć za sklepem. Znajdujemy market, zaopatrujemy się w potrzebne rzeczy, po czym wracamy do głównej drogi, przy której dostrzegamy restaurację Al Buon Arrivo. Postanawiamy się tu zatrzymać na obiad. Zamawiam sobie coś, czego wcześniej nie jadłam - prawdziwe włoskie gnocchi z sosem pomidorowym i parmezanem.

Gnocchi - rodzaj włoskich klusek.

Miło się siedzi i odpoczywa, a po jedzeniu - zwłaszcza dobrym - ciężko się ruszyć. Słońce jest już nisko nad horyzontem, więc mamy świadomość, że zostało nam niewiele czasu. Rozglądamy się na mapie za kempingiem w pobliżu, lecz nie mamy zbytniego wyboru. Mat dzwoni do tego jedynego i pyta o dostępność miejsc, po czym deklarujemy, że prawdopodobnie przyjedziemy. Ruszamy dalej, a przed nami rozpościerają się ciemne chmury, które zaczynają wzbudzać w nas niepokój. Jedziemy tuż przy rzece Fella, której koryto w tym miejscu staje się dość szerokie, a błękitny odcień jej wód z górskimi szczytami w tle, zatyka mi dech w piersiach. Chciałoby się znów zrobić zdjęcie, ale goni nas czas i czarne chmury. Przejechaliśmy nieco ponad 10 km, gdy rozpętała się burza, do tego straszliwy wiatr i ulewa. Na szczęście akurat znaleźliśmy się w miejscowości Amaro, dostrzegamy restaurację i szybko chowamy się wraz z rowerami pod dachem na tarasie. Ufff... zdążyliśmy w samą porę! Mat znika w restauracji, po chwili wraca z wiadomością, że jest tu także hotel. Właściciel żąda 50 euro za noc... dla nas to strasznie dużo, więc Mat targuje się, tłumaczy, skąd jesteśmy, że nie potrzebujemy wiele, może być jednoosobowy pokój, czy też jakiś suchy kąt i dach nad głową. Mat dobija niezwykle dobrego interesu, bowiem właściciel (niechętnie) obniża cenę o połowę. Niestety pojedyncze pokoje są zajęte, więc fuksem dostajemy pokój dwuosobowy, jednak z zastrzeżeniem, by korzystać tylko z jednego łóżka. Mat ustępuje mi miejsca w łóżku, sam wybiera karimatę i podłogę. Mamy zatem dwuosobowy pokój z tarasem, łazienką i nielimitowanym prysznicem:) Kolejno bierzemy prysznic, robimy ręczne pranie, a w międzyczasie mija nawałnica i robi się pogodny wieczór. Przed snem wybieramy się jeszcze na krótki spacer w pobliżu hotelu.



Czwartek, 3 sierpień 2017. Dzień szósty. 

 


Amaro - Grado. 129 km.


Rankiem wita nas piękna, słoneczna pogoda. Nasze pranie wysycha, my robimy śniadanie. Jesteśmy zadowoleni, że tak idealnie w czas wbiliśmy na nocleg i to w takiej cenie. Podśmiewamy się jednak z rzeczywistej ceny noclegu, ponieważ nijak ma się ona do warunków i wystroju lokum. Pokój przypomina bowiem starą izbę, łóżka jakby co najmniej z czasów mojego pradziadka, lampki na stolikach - jak to zabawnie ujął Mat - pamiętają jeszcze pewnie czasy Hitlera, a telewizor i szafa też zabytkowe. Taki mały skansen ;) Najważniejsze jednak, że wczoraj w obliczu burzy ten nocleg wręcz spadł nam z nieba i to jeszcze o połowę taniej!

Hotel Albergo Al Gambero - nasz pokój.

Ruszamy w drogę, musimy trochę się cofnąć, by wrócić na szlak. Mijamy średniowieczne miasteczko Venzone, które swoją zabudową zwraca naszą uwagę, więc postanawiamy na chwilę się w nim zatrzymać. Jak się okazuje jest to zabytek narodowy. Miasteczko otoczone jest murami obronnymi z XIII wieku, wjeżdża się do niego przez antyczną bramę i od razu ma się wrażenie teleportacji do innej epoki. Na pierwszy rzut oka widać, że jest ono bardzo zadbane. Venzone zostało doszczętnie zniszczone podczas trzęsień ziemi, które nawiedziły te okolice. Miasteczko odbudowano jednak w takiej formie jak dawniej. Nie odtworzono jedynie kościoła, którego pozostałości znajdują się po lewej stronie przy bramie wjazdowej - mają przypominać o tragedii, która niegdyś tu się wydarzyła.

Venzone - główny plac z Urzędem Miasta po lewej stronie.

Venzone - intrygujący sklep z lawendą.

W Venzone warto zobaczyć katedrę św. Andrzeja, w której podczas prac konserwatorskich odkryto mumie. Początkowo było ich ok. 40, a obecnie 5 z nich dostępnych jest dla zwiedzających w podziemiach byłej kaplicy św. Marka (tuż obok katedry). Zaskakujący jest fakt, że zwłoki zachowały się w bardzo dobrym stanie, co jest wynikiem działalności grzyba, który doprowadził do zasuszenia ciał. Znalezisko stało się tak słynne, że ponoć sam Napoleon przybył do Venzone, by zobaczyć mumie. Do odwiedzenia Venzone skłania jeszcze jeden powód - ważny zwłaszcza dla nas Polaków - bowiem w katedrze został pochowany książę Bolesław bytomski z dynastii Piastów z Bytomia. Wyruszył on z czeskim królem Karolem IV na koronację do Włoch, lecz z tej wyprawy nie wrócił.

Katedra w Venzone.

Venzone to bardzo urokliwe i klimatyczne miasteczko otoczone zewsząd Alpami, a o tym, że warto je odwiedzić świadczy też fakt, że w 2017 roku wygrało organizowany przez telewizję RAI konkurs na najpiękniejsze miasteczko Włoch.
Po pobieżnym zwiedzeniu Venzone ruszamy w dalszą drogę.  Krajobraz zaczyna się już co raz bardziej zmieniać, w tle co prawda widać jeszcze górskie szczyty, ale teren staje się zdecydowanie nizinny.  

Jeden z ostatnich widoków na Alpy.

Mijamy kilka mniejszych miasteczek i po przejechaniu ponad 50 km docieramy do Udine. Czujemy głód i zmęczenie piekącym słońcem, więc postanawiamy zatrzymać się w tym mieście na dłuższą przerwę obiadową w znajdującej się tuż przy szlaku Pizzerii Alla Lampara. Każdy z nas zamawia obowiązkowo pizzę, bo przecież nie wypada być w Italii i nie spróbować włoskiej pizzy. Po posiłku przemieszczamy się w głąb uliczki i docieramy do zabytkowego serca miasta, czyli słynnego Piazza della Libertà (Plac Wolności). Tu podziwiamy główne zabytki, w tym Loggia del Lionello z charakterystycznie ułożonymi na przemian pasami białych i różowych kamieni oraz Loggia di San Giovanni z wieżą zegarową.  

Loggia del Lionello.

Loggia di San Giovanni.

W Udine warto zatrzymać się nieco dłużej, gdyż posiada wspaniałą architekturę i piękne zabytki. My odszukujemy nasz szlak i ruszamy w dalszą drogę, mijamy większe i mniejsze miejscowości, jedziemy też wśród rolniczych terenów, polnymi ścieżkami w sąsiedztwie winnic. Widok pięknych winogron skusił mnie do skosztowania jednego z nich... mmm...trafiłam na wyjątkowo słodką i soczystą odmianę, której smak towarzyszył mi w pamięci do końca dnia. Nie mogłam oprzeć się, by nie spróbować włoskiego winogrona prosto z plantacji skąpanej w słońcu:)
Następną miejscowością, w której się zatrzymujemy jest Palmanova, wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Charakterystyczną cechę miasta stanowi fakt, że zostało wybudowane w XVI wieku na planie dziewięcioramiennej gwiazdy i miało być twierdzą. Ten układ zachował się w niezmienionej postaci do dnia dzisiejszego. Gwieździsty kształt miasta, przypominający też płatek śniegu, doskonale widać zwłaszcza z perspektywy lotu ptaka. Do Palmanova wjeżdżamy przez Porta Udine, czyli jedną z trzech zabytkowych bram, które stanowią jedyne wejście na teren miasta.

Porta Udine - jedna z trzech zabytkowych bram prowadząca do Palmanovy.



Włoska flaga na Piazza Grande.






















W centrum Palmanova znajduje się sześciokątny plac, od którego promieniście rozchodzą się ulice, mające tę samą szerokość. W mieście głównie dzięki symetrycznemu układowi ulic czuć harmonię, ład i spokój. Największe wrażenie robi na mnie Piazza Grande, rozległy plac w środku miasta, wysypany białymi kamieniami, w którego centrum stoi potężna włoska flaga. Wokół placu zlokalizowane są różnobarwne budynki, wśród których największym zabytkiem jest katedra.


Piazza Grande w Palmanovie.
Piazza Grande.

Katedra przy Piazza Grande.

Opuszczamy symetryczne, idealne miasto przez Porta Aquileia - drugą z bram, a w naszej głowie pojawia się nieśmiało myśl, że chyba uda nam się dziś dotrzeć nad Adriatyk. Na naszej trasie znalazło się też kolejne miasto warte uwagi - Akwileja, również wpisana na listę UNESCO. Do miejsc wartych zobaczenia należą tu: Muzeum Wczesnego Chrześcijaństwa, Muzeum Archeologiczne, zabytkowe ruiny portu rzecznego, Bazylika Matki Bożej Wniebowziętej, której najbardziej cennym elementem jest największa na świecie wczesnochrześcijańska mozaika z IV wieku o powierzchni 760 m². My mamy niewiele czasu, ponieważ chcemy jeszcze dziś dotrzeć nad Adriatyk, więc nie zwiedzamy tych miejsc, jedynie przejazdem podziwiamy starożytne ruiny - pozostałości po dawnym forum, które znajdują się tuż przy głównej drodze, więc nie sposób ich nie zauważyć. 
Z Akwilei mamy już prostą drogę do Grado, miejscowości położonej na lagunie nad Morzem Adriatyckim. To tu kończy się szlak Alpe - Adria. Grado jest połączone z lądem tzw. groblą o długości ok. 5 km. Po obu stronach trasy znajduje się woda. 

Droga do Grado.

W centrum Grado robimy zakupy spożywcze i udajemy się na nocleg do kempingu Al Bosco (ale jak się później przekonaliśmy, wcale nie było bosko;)). To chyba największy kemping na jakim byłam, ale i też najbardziej przeludniony. Meldujemy się w recepcji i dostajemy pozwolenie na wybranie parcela pod namiot. Rozglądamy się przez jakiś czas, aż w końcu znajdujemy wolne miejsce, gdzie pośpiesznie rozbijamy namiot nim zapadnie zmrok. Następnie pędzimy pod prysznice, niestety obowiązuje system żetonowy. W dodatku ja mam pecha, w moim prysznicu brak ciepłej wody, jednak po zgłoszeniu tego w recepcji, dostajemy dodatkowy żeton. Początkowo nie mogę zapamiętać drogi prowadzącej do naszego namiotu, ponieważ jak wspomniałam kemping zajmuje spory obszar i jest podzielony na mnóstwo parceli. Po kąpieli przygotowujemy sobie kolację i udajemy się na plażę - by się na niej znaleźć wystarczy wyjść za bramę kempingu. Jest już wieczór, więc wody Adriatyku widzimy jednie w słabym świetle księżyca. Zajmujemy wolne leżaki i przez dłuższy czas odpoczywamy na plaży przy blasku księżyca. Ciszę przerywa ktoś z obsługi kempingu, prosząc abyśmy opuścili plażę, ponieważ na noc zamykane są bramy kempingu. Udajemy się zatem do namiotu. Noc jest strasznie upalna, śpimy bez śpiworów, z otwartymi oba wejściami do namiotu, ale i to na niewiele się zdaje. 





Piątek, 4 sierpień 2017. Dzień siódmy.

 


Grado - Wenecja (Mestre). 129 km.


Rankiem wita nas znów gorący dzień. Jako, że Grado to miejsce, gdzie szlak Alpe-Adria dobiega końca, toteż planowaliśmy zatrzymać się tu na jeden dzień, tym bardziej, że wyobrażaliśmy sobie lagunę jako piękne miejsce. Jednak rzeczywistość minęła się z naszymi wyobrażeniami i szybko zmieniliśmy decyzję, by nie zostawać tu na kolejną noc. Zaletą kempingu jest na pewno jego lokalizacja blisko morza, bezpłatna plaża i niskie koszt pobytu (w porównaniu do innych miejsc noclegowych na lagunie). To jednak raczej wszystkie zalety...  

Wyjście z kempingu Al Bosco na plażę.

Do minusów należy spora ilość turystów, wręcz przeludnienie kempingu oraz niezbyt czyste toalety (ale przy takiej ilości ludzi utrzymanie czystości to pewnie niełatwe zadanie). Najwięcej tu chyba Niemców i Austriaków, ale spotykamy też Polaków, którzy nas zaczepili, gdy spostrzegli polską flagę na moim rowerze. Bardzo uciążliwe są komary, które wieczorami nie dają spokoju, więc koniecznie trzeba zaopatrzyć się w środek przeciw tym owadom. Rankiem okazuje się, że plaża też pozostawia wiele do życzenia. Przypływ, a potem odpływ sprawia, że część plaży pokryta jest wodorostami. Co prawda widać, że wybrzeże jest systematycznie oczyszczane, ale po odpływie pozostaje mokre i miejscami bardzo śliskie. Widziałam kilku upadających turystów, nawet sama parę razy się poślizgnęłam i o mało co nie przewróciłam. Także idąc boso łatwo można zrobić sobie krzywdę i wrócić z wakacji z potłuczeniami lub w najgorszym wypadku ze złamaną nogą. Plaża poza obszarem przypływu była już sucha i piaszczysta, a ta część po odpływie - nie tylko mokra i śliska, ale też na tyle twarda, że np. bez problemu można po niej jechać nawet rowerem bez zapadania się.  

Grado - plaża oczyszczona po odpływie.

Grado - plaża przy kempingu Al Bosco.

Grado - jedna z plaż.

Przypływ (podczas odpływu woda cofa się do drewnianego pomostu w oddali).

Plaża w Grado.

Pierwszy raz w życiu miałam okazję być na lagunie. Szczerze mówiąc, gdy rozpoczynałam tegoroczną wyprawę, chyba najbardziej czekałam na moment dotarcia nad Adriatyk, na finał szlaku Alpe - Adria na lagunie Grado. Wyobrażałam sobie, że zastanę tam czyste, lazurowe wody Adriatyku, złoty i delikatny piasek oraz krajobrazy niczym w filmie "Błękitna laguna" czy też "Niebiańska plaża". Chyba zbyt pozytywnie się nastawiłam, ponieważ po dotarciu na miejsce, trochę się rozczarowałam. Generalnie Grado jako miejscowość jest zadbana i dość ładna, ale wybrzeże nie należy do szczególnie atrakcyjnych, ciekawsze plaże ponoć można znaleźć w południowej części Włoch. Na zdjęciach plaża prezentuje się chyba lepiej niż w rzeczywistości, niby nie jest źle, ale gdybym nie znała tych terenów, wykupiła w ciemno rodzinne, tygodniowe wczasy nad Adriatykiem w Grado, byłabym rozczarowana i zła wiedząc, że mam nieco ponad 200 km nad Bałtyk w linii prostej, a przejechałam taki kawał drogi, by znaleźć się na mniej atrakcyjnej plaży. Dodatkowo wybrzeże jest miejscami trawiaste, muliste i bardziej przypomina zarośnięty brzeg jeziora (być może dlatego, że jest to plaża bezpłatna, a na płatnych dno jest odpowiednio porządkowane). Poza tym mnóstwo tu krabów, a żeby w całości zanurzyć się wodzie trzeba iść daleko w głąb morza - myślę, że z ok. kilometr. Płytki poziom wody i malutkie fale będą bez wątpienia stanowić dużą zaletę dla rodzin z małymi dziećmi, natomiast dla osób chcących popływać uciążliwa może okazać się długa wędrówka w głąb morza. W sieci wyczytałam, że charakterystyczne dla wybrzeża Grado jest fakt, że leżąc na piasku w stronę morza mamy przez cały dzień słońce przed sobą, co wyróżnia ten kurort od innych znajdujących się w głębi Włoch. Poza tym znalazłam informację, że plaża Grado ponoć od 1989 r otrzymuje prestiżowy certyfikat Bandiera Blu, który świadczy o czystości wody i piasku oraz poziomie świadczonych tam usług... Hmmm...woda jest przezroczysta, piasek w miejscach poza obszarem przypływu dość czysty, ale biorąc pod uwagę całokształt, nie odniosłam szczególnie pozytywnego wrażenia.

Plaża w Grado - płytki poziom wody.

Grado - kraby w morzu.

Trawiaste wybrzeże może nie sprzyja przebywaniu turystów w wodzie, ale za to tworzy nietypowy i przyjemny dla oka widok oraz jest ostoją dla licznych gatunków ptaków.

Trawiaste wybrzeże Adriatyku.

Grado - trawiaste wybrzeże.


Po porannym spacerze brzegiem morza w pobliżu naszego kempingu, pakujemy się i ruszamy w drogę. Jedziemy ponownie szlakiem rowerowym przez Grado, w centrum mijamy jachtową przystań.

Grado - przystań jachtowa.

Cel mamy poważny, planujemy dotrzeć do Wenecji. W związku z tym musimy opuścić Grado i przez ok. 20 km podążamy tą samą drogą, którą wczoraj przyjechaliśmy. Cofamy się aż za Akwileję, do miejscowości Cervignano del Friuli i stamtąd obieramy kierunek na Wenecję, a dokładnie na Mestre, gdzie rano poprzez aplikację bookingu zabukowaliśmy już nocleg w bardzo promocyjnej cenie.  W najbliższym napotkanym sklepie robimy potrzebne zakupy i jedziemy dalej. Trasa nie jest już tak przyjemna i spokojna jak szlak Alpe - Adria, poruszamy się ruchliwą drogą, do tego żar leje się z nieba. Po ok. 40-tu kilometrach zatrzymujemy się w przydrożnej restauracji Ristorante da Michele w okolicy miejscowości Palazzolo dello Stella. Niestety restauracja jest zamknięta, ale na zewnątrz rozstawiony jest namiot ze stolikami, gdzie postanawiamy odpocząć. Zmęczeni straszliwym upałem padamy na betonowej posadzce, przez dłuższy czas leżymy i odpoczywamy w cieniu. Jest tak gorąco, że jestem dosłownie cała mokra, a kiedy podnoszę się z ziemi, pozostaje na niej wilgotne odbicie mojego ciała. Chciałoby się tak leżeć i przeczekać najgorętsze godziny, ale wiemy, że mamy przed sobą jeszcze długą drogę, a czasu nie za wiele. Rozglądam się jeszcze po terenie i w oddali za budynkiem wypatruję kran - jest woda! Cóż za miła niespodzianka, marzenie w tak gorący dzień. Z radością chłodzimy się w zimnej wodzie i uzupełniamy też bidony, a następnie ruszamy w drogę. Upał wcale nie zmalał. Jedzie mi się bardzo źle, wręcz coraz trudniej, a to dlatego, że dopadły mnie "te kobiece dni", a dwa pierwsze są zawsze najgorsze... Po przejechaniu niespełna 10 km zauważamy market i zatrzymujemy się na drobne zakupy. Nie chce mi się ani jeść, ani pić, ale robię to z rozsądku, by wskrzesić w sobie jakieś siły. Za potrzebą udaję się w zaułek przy markecie ;) i... zauważam tam węża, więc szybko się ewakuuję. Nienawidzę węży i panicznie się ich boję od najmłodszych lat. Węże pojawiały się w koszmarach mojego dzieciństwa i właśnie one sprawiały, że biegłam do łóżka rodziców:]. To chyba jedyna "rzecz" lub jedna z niewielu, która wzbudza we mnie strach. Jeden ze znajomych stwierdził, że jestem jak Indiana Jones, który panicznie bał się tylko węży;)
Przytłacza mnie fakt, że jesteśmy dopiero w połowie drogi, a przed nami drugie tyle... ale jedziemy dalej. W dniu dzisiejszym niczego nie zwiedzamy, właściwie nie ma nic ciekawego na trasie, jesteśmy nastawieni tylko na dotarcie do celu. Za ok. 50 km, w okolicach miejscowości Le Trezze jedziemy odcinkiem drogi w pobliżu rozpoczynającej się Laguny Weneckiej, która w tej części przybiera formę jakby bagien i grzęzawisk. Dookoła unosi się zapach mułu i wilgoci, jest ciepło i gęsto od komarów. Zatrzymujemy się na chwilę przy stacji benzynowej, gdzie w pobliskiej restauracji Mat kupuje coś na ząb, a ja korzystam z chwili i odpoczywam, czuję się słabo, ale sił dodaje mi już teraz myśl, że za ok. 20 km będziemy na miejscu. Komary i muchy podobne do końskich giez są strasznie dokuczliwe, pozostawiają po ugryzieniu sączące się małe ranki, nie chcemy by zjadły nas żywcem, więc ruszamy dalej. Zapada już zmrok i jedzie się jeszcze mniej komfortowo, do tego wciąż panuje na ulicy duży ruch. Gdy dojeżdżamy na nocleg do Mestre jest już późno, ok. 22 godziny. Właściciel zapewnił nas jednak podczas rannej rozmowy telefonicznej, że będzie na nas czekał. Mimo, iż znamy adres noclegu (Affittacamere Patwary przy Via Caneve 77), naprawdę ciężko go znaleźć (a zwłaszcza w nocy), gdyż jest to jedna z kilku kamienic, w ogóle nie oznakowana jako obiekt noclegowy. Dzwonimy jeszcze raz do właściciela, który jak się okazuje czeka na nas już na ulicy przed kamienicą. Nie jest to na pewno rodowity Włoch, raczej po urodzie wygląda nam na Filipińczyka. Prowadzi nas do swojego mieszkania, które jak się spostrzegamy składa się z kilku pokoi pod wynajem dla turystów. Kuchnia jak i łazienka są wspólne dla wszystkich. Gospodarz pomaga nam zaprowadzić rowery do takiego jakby zadaszonego magazynu, ale rowery i tak są na widoku, widać je z okien wszystkich mieszkań dookoła. Właściciel nerwowo rozgląda się wokół, każe nam wyłączyć oświetlenie rowerów i wszystko zabrać. Wyczuwamy, że rowery nie będą tu zbyt bezpieczne i nalegamy, by umożliwił nam zabranie ich na korytarz przy pokoju (wpadliśmy na ten pomysł, ponieważ w opiniach na temat tego noclegu wyczytaliśmy komentarz jednego z turystów, który tak właśnie postąpił z rowerem). Właściciel niechętnie się zgadza, ale pod warunkiem, że będziemy bardzo ostrożni i nie ubrudzimy kołami świeżo malowanych ścian. Dostajemy całkiem niezły pokój z elegancką posadzką i wygodnymi łóżkami, do tego mamy taras z rozległym widokiem na okolice. Jedynym minusem jest wspólna łazienka na kilka pokoi, co sprawia, że albo nie można się do niej łatwo dostać albo korzystając z niej jest się pod presją, gdyż co chwilę ktoś dobija się do drzwi. W pokoju mamy wiatrak, ale mimo to termometr ok. godziny 23:00 wskazuje prawie 34`C !!! We Włoszech panują utrzymujące się od wielu tygodni straszne upały, ale na północy i tak jest dużo lepiej niż w południowych rejonach. Jestem zmęczona dzisiejszym dniem, więc spełniam marzenie aktualne każdego dnia, czyli biorę prysznic i padam na łóżku.

Nasz pokój w Mestre.




Sobota, 5 sierpień 2017. Dzień ósmy.

 

W dzisiejszym dniu robimy przerwę od rowerów, ponieważ i tak pokonaliśmy szlak Alpe - Adria w krótszym czasie niż planowaliśmy. Dzień w całości poświęcamy na spokojne zwiedzanie Wenecji. Rankiem udajemy się na krótki spacer po Mestre, głównie w poszukiwaniu marketu w celu zrobienia zakupów spożywczych. Byłam pewna, że Mestre to osobne miasto w pobliżu Wenecji, zresztą wiele osób tak myśli, a tymczasem jest to miejska część Wenecji położona na stałym lądzie, po prostu dzielnica Wenecji. Mestre z Wenecją połączone jest Mostem Wolności (Ponte Della Libertà). Z naszego miejsca noclegowego mamy blisko na przystanek, a z niego bezpośrednie połączenie autobusowe do Wenecji. Bilet miejski jest stosunkowo niedrogi, bo 1,50€ (2017rok) i można go kupić np. w sklepikach zwanych tabaccherie. W historycznej części Wenecji możliwy jest tylko transport pieszy lub wodny. Można skorzystać z wodnych taksówek czy też tramwajów zwanych vaporetto, albo z gondoli, przy czym przyjemność podróżowania gondolą, to już spory wydatek, bo 80-100€ za ok. 30-40 minut!!!(w 2017 roku). My wybieramy opcję pieszego zwiedzania Wenecji i podążamy tam gdzie nas oczy poniosą. Wenecja to ośrodek turystyki na skalę ogólnoświatową, nic więc dziwnego, że spotkamy tu tłumy ludzi. Można jednak znaleźć i takie uliczki, gdzie prawie nikogo nie ma, wówczas zwiedzanie nabiera innego wymiaru. Zanim miałam okazję na własne oczy zobaczyć miasto na wodzie, słyszałam wiele nieprzychylnych opinii na jego temat, m.in. że jest bardzo zasyfione i śmierdzi. Ku mojemu zaskoczeniu wcale tak nie było. Zapach wilgoci i mułu czułam tylko miejscami - a zwłaszcza wtedy, kiedy przypominały mi się słowa znajomych, że przecież tu śmierdzi. Mi Wenecja bardzo się spodobała, ma ona swój niepowtarzalny klimat i urok. Ogromną przyjemność sprawiało mi spacerowanie wąskimi uliczkami wśród wysokich, starych i obdrapanych kamienic. Miasto usiane jest licznymi kanałami i mostkami - niby do siebie podobne, a jednak inne i wszędzie miałam ochotę pstryknąć zdjęcia. Oczywiście niepowtarzalności temu miejscu nadają pływające kanałami gondole. 

Widok z mostu Ponte Papadopoli.

Jedna z weneckich gondol.


Widok na uliczkę przy Fondamenta Garzotti.

Fondamenta Garzotti.


Gondola - kanał przy Fondamenta Garzotti.

Fondamenta Garzotti.

Kanał Rio de S. Giacomo da l'Orio.

Rio de S. Barnaba.

Widok z mostu Ponte de l' Avogaria.

Terminale promowe przy Fodamenta Zattere al Ponte Longo.

Najsłynniejszą i największą drogą wodną jest Canal Grande, który ma kształt odwróconej litery "S" i dzieli miasto na dwie części. Wzdłuż niego znajdują się liczne znane budowle.

Widok na Canal Grande z mostu Ponte degli Scalzi.

Canal Grande - widok z ulicy Calle del Forno.

Canal Grande z kościołem San Simeon Piccolo -widok z mostu Ponte degli Scalzi.

Jeśli zboczy się z zatłoczonych, najbardziej popularnych ulic, można się zgubić... i nawet warto. Sieć uliczek, gdzie wiele z nich jest ślepych, przypominała mi nieco mityczny labirynt Minotaura, z którego ciężko znaleźć wyjście. Odkrywanie kolejnych ulic stanowiło dla mnie przyjemność, wspólnie stwierdziliśmy, że można by tak chodzić cały dzień. 


Calle Avogaria.
Calle Procuratie Cannaregio.

Przy głównych ulicach Wenecji mnóstwo jest różnych restauracji, sklepów z włoskimi specjałami, stoisk z pamiątkami i produktami, etc. Ceny bywają zawrotne, zwłaszcza w miejscach najbardziej uczęszczanych przez turystów. Wystarczy jednak zboczyć z popularnych szlaków, skręcić w boczne uliczki, by znaleźć restauracje i sklepy z bardziej przystępnymi cenami.

Wenecja - stoisko z makaronami.





Krążymy tak po uliczkach Wenecji robiąc 10 km, zamawiamy na wynos pizzę w jednej z restauracji, po czym wracamy tramwajem do Mestre i ciepły wieczór spędzamy na tarasie, pijąc włoskie wino.






 

Niedziela, 6 sierpień 2017. Dzień dziewiąty.




Wenecja - Verona. 127 km.


Plan na dziś - dotrzeć do Werony. Opuszczamy nasze lokum w Mestre i stawiamy czoła kolejnemu upalnemu dniu. Dziś mamy sporo kilometrów do przejechania, więc celem nie jest jazda rekreacyjna połączona ze zwiedzaniem, ale po prostu dojazd do Werony jako cel sam w sobie. Słońce wręcz parzy, ale dzielnie trzymamy się planu i dobrym tempem podążamy na przód. Psychicznie nastawiłam się, że mamy do przejechania ok. 113 km, wyjechaliśmy dość wcześnie z rana, więc zakładałam, że wyrobimy się przed zmrokiem. Cały dzień minął nam dość monotonnie, czasem robiliśmy postoje, by odetchnąć od jazdy asfaltem w bezpośrednim słońcu, a na pewnym odcinku uciekaliśmy przed złowrogo wyglądającymi, czarnymi chmurami. Na końcowym etapie trasy błędnie prowadzeni przez nawigację trafiamy na autostradę... i okazuje się, że do celu zostaje nam więcej km niż początkowo obliczyliśmy, bo jeszcze 17 km, w tym 10 km na autostradzie... Mimo strasznego upału jechało mi się dotychczas bardzo dobrze, całą energię podświadomie rozłożyłam sobie na nieco ponad 110 km drogi i kiedy mój organizm nastawił się, że zaraz koniec pedałowania, okazało się, że przed nami jeszcze długi kawałek autostrady. Chcemy jak najszybciej stamtąd zjechać, ale nie bardzo jest jak. Jedziemy bocznym pasem, ale pędzące auta i świadomość, że łamiemy zakazy napawają mnie ogromnym stresem. Pędzimy ile sił w nogach. Emocje sprawiają, że w momencie odcina mi energię, prawie nie mam sił, zostaję w tyle. Sprawę utrudnia nadciągająca burza, wiatr ucichł, a powietrze staje się ciężkie i nie ma czym oddychać. Brakuje mi sił, powietrza i czuję się ledwo przytomna. W końcu trafiamy na właściwy zjazd do miasta i gdy tylko opuszczamy autostradę, koniecznie muszę choć na chwilę się zatrzymać, zejść z roweru i złapać oddech. Burza nadciąga wielkimi krokami, Mat chce zdążyć dojechać na nocleg przed deszczem, ale ja nie mam już sił. Po chwili wsiadam jednak na rower i resztkami mocy podążam ślepo za Mat'em na kemping. Na dodatek czekają nas jeszcze podjazdy.... Mat zauważa przy drodze młodzieżowy hostel Ostello della gioventu' "Villa Francescatti" przy ulicy Salita Fontana del Ferro 15, więc bez zastanowienia wchodzi i pyta o dostępność miejsc. Ze względu na pogodę kemping i tak byłby złym pomysłem, więc bez wahania meldujemy się w hostelu. Jesteśmy idealnie w czas, bo kiedy wchodzimy do środka, na dworze zaczyna szaleć burza i ulewny deszcz. Ja bez sił siadam byle gdzie i łapię powietrze jak ryba wyjęta z wody, a Mat ogarnia sprawę w recepcji. 
Nie byłabym fair, gdybym nie przyznała w relacji z tej wyprawy, że bez Mata nie byłoby tak łatwo. Bezbłędnie odnajdował się w każdej sytuacji, wszędzie się dogadał, załatwiał noclegi i sprawy w recepcji, pociąg powrotny, itp. Umiał też dobijać dobrych interesów:). Krótko mówiąc, zajmował się tym, czego ja nie lubię załatwiać i co mnie stresuje. Gdyby nie on, to pewnie poszłabym na łatwiznę i nocowała na dziko po lasach ;).  
Tym razem nie było inaczej - Mat załatwia nam kilkuosobową salę sypialną, ale bez innych lokatorów:). Z mozołem wnoszę rzeczy po niezliczonej ilości schodów na ostatnie piętro, docieram do pokoju i zbieram siły na łóżku. Kiedy nieco dochodzę do siebie, idę pod prysznic i dopiero wtedy wracam do świata żywych. Prysznice bez limitu czasowego i bez żetonów, w dodatku na naszym piętrze nie ma żadnych ludzi, więc pełen luz, zero pośpiechu, spokój. Mamy przestronny pokój ze stylowymi okiennicami oraz widok na okolicę. Co więcej hostel mieści się w pięknej XVI-wiecznej willi w centrum Werony, blisko rzymskiego teatru i romańskiego kościoła San Giovanni in Valle. Otoczony jest parkiem ze starymi drzewami, co pozwala na odpoczynek i cieszenie się spokojem. Hostel choć na pierwszy rzut oka nie wygląda oszałamiająco, widać też, że jest zniszczony przez ząb czasu, to jednak ma niepowtarzalny klimat i jest uroczy. Cudowne, oryginalne i niezwykle klimatyczne miejsce!

Hostel Ostello della gioventu' "Villa Francescatti".

Po burzy wyszło słońce, co nas bardzo ucieszyło, ponieważ możemy zwiedzić Weronę - wpisaną na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Miasto leży nad rzeką Adygą, w pobliżu Alp Weneckich. Nie mamy jakiegoś konkretnego planu zwiedzania, po prostu intuicyjnie poruszamy się po centrum starego miasta. Z uwagi na położenie głównych zabytków i atrakcji w bliskiej odległości względem siebie, dobrym pomysłem jest zwiedzanie miasta na pieszo, co też czynimy. Już od pierwszych chwil jestem zachwycona. Pełno tu wąskich, urokliwych uliczek z licznymi zabytkowymi obiektami, kolorowymi kamienicami. 









 














  







Werona określana jest mianem "miasta Romea i Julii". Dlaczego? To za sprawą dzieła Williama Szekspira, który losy swoich bohaterów umieścił w tymże mieście, choć sam nigdy w nim nie był. Najpopularniejszym miejscem w Weronie jest właśnie dom i balkon Julii (Casa di Giuletta) mieszczący się przy ulicy Cappello 23. Można tam łatwo dotrzeć śledząc strzałki kierunkowe lub po prostu podążać za tłumem, gdyż balkon Julii to coś z kategorii "must see" w Weronie. Na dziedzińcu stoi posąg Julii, przy którym ustawiają się tłumy turystów w kolejce do zdjęcia. Panuje przekonanie, że złapanie Julii za pierś przynosi szczęście w miłości, nic więc dziwnego, że ta część ciała dotykana przez miliony odwiedzających, aż się błyszczy. Na dziedziniec prowadzi tunel, którego ściany zapełnione są podpisami, przyklejonymi karteczkami lub plastrami z imionami zakochanych i nie tylko. Być może to modny zwyczaj, ale wg mnie nie wygląda to ani ciekawie ani estetycznie, a wręcz szpeci to miejsce. Nie wiem jak jest w skali całego roku, ale kiedy jesteśmy tu w sierpniu, na dziedzińcu przed domem Julii przewija się morze turystów. Zrobienie zdjęcia pomnikowi lub czemukolwiek w jego otoczeniu, bez udziału przypadkowych ludzi, jest praktycznie niemożliwe. Mimo, że historia Julii i Romea jest literacką fikcją, to jednak sprawiła ona, że para stała się symbolem miasta i turystycznym magnesem.


Balkon Julii.
Turyści macający pierś Julii.
























 
Ściana z podpisami zakochanych i nie tylko.

Opuszczamy dziedziniec z balkonem Julii i docieramy na pobliski Piazza delle Erbe, najstarszy miejski plac. To miejsce, które ma swój niepowtarzalny urok i nie warto go pomijać przy zwiedzaniu Werony. Plac otaczają kolorowe, średniowieczne kamienice, gotycka wieża Torre del Gardello, Pałac Maffei z posągami greckich bogów, Casa Mazzanti zdobiony pięknymi freskami na fasadzie. W centrum placu, wyłożonego biało-różowym marmurem, znajdują się m.in. fontanna Madonna Verona z 380 roku, kolumna z lwem św. Marka, pręgierz, a nad wszystkim góruje wieża Torre dei Lamberti, która jest dobrym punktem widokowym na miasto.

Kamienice przy Piazza delle Erbe.
 
Kamienice przy Piazza delle Erbe.

Pałac Palazzo Maffei z posągami greckich bogów i kolumna z lwem św. Marka.
 
Piazza delle Erbe.

Piazza delle Erbe, Madonna Verona.
 
Z Piazza delle Erbe można dojść ulicą via Giuseppe Mazzini do drugiego słynnego placu Werony - Piazza Bra. Należy tu zaznaczyć, że via Mazzini to najbardziej znana, handlowa ulica Werony, pełna luksusowych sklepów światowych marek jak Gucci, Hugo Boss, Michael Kors i inne. Ulica, która jest chyba zawsze zatłoczona, prowadzi nas na Piazza Bra, największy plac miasta, gdzie trafiamy na obiekt, którego widok sprawił, że miałam ochotę krzyknąć: "wooow!". Jest nim starożytny amfiteatr, popularnie określany Areną. To jeden z najważniejszych zabytków Werony pochodzący z I w n.e, a zarazem największa tego typu budowla po rzymskim Koloseum i amfiteatrze w Kapui. W czasach Imperium Rzymskiego odbywały się tu walki gladiatorów lub widowiska z udziałem dzikich zwierząt, a obecnie obiekt wykorzystuje się do różnego rodzaju koncertów, przedstawień. 


Budynki przy Piazza Bra.
  
Arena na Piazza Bra w Weronie.

Rzymscy legioniści przed Areną.









Piazza Bra.

Via Giuseppe Mazzini - najbardziej znana ulica Werony ze sklepami światowych marek.

Spacerując ulicami Werony mijamy przy kościele Santa Maria Antica grobowce rodu della Scala, otoczone ogrodzeniem z kutego żelaza. Członkowie tego rodu władali kiedyś Weroną i przyczynili się do jej znacznej rozbudowy. 

Ul. Santa Maria in Chiavica, przy której są grobowce Scaligerich.

Przez główne ulice i place Werony przewijają się setki turystów (zresztą podobnie jak w Wenecji), a ludzie są tak różni, że ich obserwacja może stać się interesującym i wciągającym zajęciem. 


 




























Bez końca mogłabym też podziwiać malownicze, wąskie uliczki z historycznymi budynkami o cudnych okiennicach.


 






















 



Miasto opuszczamy przez Ponte Pietra - najstarszy rzymski most w Weronie, który został wysadzony podczas drugiej wojny światowej, ale odbudowano go z pierwotnych materiałów, wyłowionych z rzeki. Z czasów rzymskich oryginalne są jedynie dwa kamienne filary na lewym brzegu rzeki, pozostałe zbudowane z cegły pochodzą z późniejszych epok.

Most Ponte Pietra na rzece Adyga, w tle wzgórze św. Leonarda i Sanktuarium Matki Bożej z Lourdes.

Most Ponte Pietra na rzece Adyga, po lewej wieża katedry.

Z mostu Ponte Pietra dobrze widać otaczające Weronę wzgórza św. Piotra, a na jednym z nich zamek św. Piotra - Piazzale Castel San Pietro. Miejsce to jest najlepszym punktem widokowym do podziwiania panoramy Werony. Rozległy widok na miasto rozciąga się też ze wzgórza św. Leonarda, na którego szczycie znajduje się Sanktuarium Matki Bożej z Lourdes. My na zakończenie spaceru po Weronie i na pożegnanie z Włochami kupujemy po pizzy, siadamy na brzegu Adygi i obserwujemy zachód słońca nad miastem.

Wzgórze św. Piotra i nasz hostel "Villa Francescatti" (budynek całkiem po prawej stronie z zielonymi okiennicami i "wieżą").

Wzgórze św. Leonarda -  na szczycie Sanktuarium Matki Bożej z Lourdes.

Werońska włoska pizza na cieniutkim cieście... mniam.

Innym mostem wartym uwagi jest Ponte Scaligero połączony z Zamkiem Castelvecchio. To jednak tylko część zabytków, które udało nam się zobaczyć podczas krótkiego spaceru późnym popołudniem. Werona kryje w sobie jeszcze więcej ciekawych miejsc, a by wszystko zobaczyć potrzebny jest co najmniej cały jeden dzień.

Weronę koniecznie trzeba zwiedzać powoli, tylko wtedy można poczuć włoski klimat, chłonąć piękno miasta i jego atmosferę całym sobą. Na mnie Werona zrobiła ogromne wrażenie i pozostawiła efekt: "łaaaał". Jestem osobą, którą nieszczególnie kręci typowe zwiedzanie miast, wycieczki z przewodnikiem, poznawanie obszernej historii miejskich obiektów itp. Nie sądziłam więc, że którekolwiek miasto może mi się jakoś szczególnie spodobać, tymczasem Werona to pierwsze z dotychczasowo odwiedzonych miast, o którym mogę powiedzieć, że naprawdę mnie zachwyciło. To tu zrobiłam najwięcej zdjęć z całej wyprawy i to tu niemal na każdym kroku opadała mi szczęka z zachwytu. Werona jest piękna i ma niesamowity czar - szczerze polecam! Ja się w niej zakochałam. 






Poniedziałek,  7 sierpień 2017. Dzień dziesiąty.



Wczesnym rankiem, jeszcze przed śniadaniem, udajemy się rowerami na stację kolejową Porta Nuova i kupujemy bilety powrotne do Monachium. Niestety nie ma bezpośredniego połączenia, tzn. miejsca w wagonie osobowym są, lecz nie ma miejsc na rowery. Dowiadujemy się, że koleje niemieckie Deutsche Bahn od dawna wiedzą o dużym oblężeniu podróżnych z rowerami, jednak nic z tym faktem nie robią. Pozostaje nam zatem tylko podróż z przesiadkami w Brenner, Innsbrucku i Kufstein. Podróż pociągiem DB z przesiadkami jest jednak dużo bardziej przyjemna niż podróż z rowerem polskimi pociągami regio. Z okna pociągu podziwiam jeszcze potężne i piękne Alpy w okolicach Innsbrucka.








Wysiadamy na dworcu głównym w Monachium, jemy obiad na mieście i udajemy się do miejsca skąd rozpoczynaliśmy naszą wyprawę, czyli do schroniska młodzieżowego The Tent przy ulicy In den Kirschen 30. Tam przygotowuję rower do transportu i spędzam wieczór w oczekiwaniu na zamówiony bus powrotny do Polski, który to przyjeżdża po mnie ok. 3 w nocy. Mat pozostaje ze mną do końca, dopiero po moim odjeździe wraca autem - pozostawionym na ulicznym parkingu - do swojej miejscowości.
I w tym miejscu kończy się moja niemiecko - austriacko - włoska wakacyjna przygoda.




Podsumowanie:

 

Na wyjazd przeznaczyłam 11 dni (łącznie z transportem), w tym 8 dni stanowiła wyłącznie jazda rowerem, a 1 dzień przeznaczyliśmy na piesze zwiedzanie Wenecji. Podczas 8 dni przejechaliśmy rowerami ok. 860 km (z Monachium do Werony), z czego 410 km to szlak Alpe-Adria. Najprzyjemniejszym etapem było niewątpliwie podróżowanie szlakiem Alpe-Adria, czyli z Salzburga do Grado. Trasa wiedzie w ok. 90% asfaltową nawierzchnią, często jedzie się mało uczęszczanymi ulicami lub drogami przeznaczonymi wyłącznie dla ruchu rowerowego. Szlak jest dość dobrze oznakowany, a krajobraz po drodze bardzo urozmaicony (góry, jeziora, równiny, doliny, lasy, winnice, łąki, morze). Trasa prowadzi przez liczne tunele, mosty, malownicze wioski i pełne zabytków miasteczka. Wydaje mi się, że szlak Alpe-Adria nie należy do trudnych i nie wymaga specjalnych umiejętności. Ktoś kto jeździ rekreacyjnie, ma w miarę dobrą kondycję, a problemu nie sprawia mu pokonanie kilkudziesięciu kilometrów dziennie, jest w stanie poradzić sobie z tym szlakiem. Właściwie największą trudnością Alpe-Adrii są 2 etapy: najgorszy i najdłuższy podjazd mniej więcej od  miejscowości Bischofshofen poprzez Sankt Johann im Pongau, Klamm, Bad Gastein aż do Böckstein. Kolejny odcinek wiodący pod górkę zaczyna się mniej więcej od Arnoldstein do Tarvisio. Poza tym jest kilka drobnych, krótkich podjazdów, których właściwie potem się nie pamięta. Im bliżej morza, tym teren staje się bardziej płaski. Trasa prowadzi też momentami stromo w dół, występują także odcinki, na których osiąga się szybkie tempo bez pedałowania przez dłuuugi czas :)
Przyznam, że przed wyjazdem na samą myśl, że szlak prowadzi przez największe góry Europy, zastanawiałam się czy dam radę. Hasło Alpy nie mogło kojarzyć się z niczym innym jak ogromny wysiłek, strome podjazdy, trudna trasa. Ku mojemu zaskoczeniu wcale tak nie było, a wręcz dużo trudniejsze okazały się moje wyjazdy z poprzednich lat. Alpe-Adria jest tak poprowadzona, że nadaje się na wycieczki dla amatorów, oczywiście nie dla tych, którzy jeżdżą rowerem tylko po zakupy czy na niedzielne wycieczki po okolicy. Troszkę kondycji wypada jednak mieć, bo i upał i górski teren sprawiają, że nie jest tak lekko i zupełnie bezboleśnie. Alpe-Adria to okazja do zobaczenia pięknych krajobrazów, "połączenia" urlopu w górach i nad morzem, a przy okazji można powiedzieć, że pokonało się rowerem Alpy z północy na południe, co przecież brzmi nieźle i robi wrażenie! :)

Jeśli dla kogoś sama wyprawa szlakiem Alpe-Adria okaże się za krótka, można wydłużyć trasę i rozpocząć podróż z Monachium i pięknej Bawarii, a skończyć na Wenecji lub Weronie, tak jak my to zrobiliśmy. Droga z Grado do Wenecji i Werony nie jest już jednak tak przyjemna i bezpieczna jak w przypadku szlaku Alpe-Adria. My spontanicznie wybraliśmy kierunek jazdy, po możliwie najkrótszej linii prostej, co jednak sprawiło, że były etapy stresującej jazdy w dużym ruchu samochodowym, więc należałoby fragmentami wytyczyć inny przebieg trasy.

Szlak Ciclovia Alpe Adria Radweg można śmiało polecić jako pomysł na rowerowy urlop. Dla mnie była to pierwsza, najbardziej odległa wyprawa i taka, podczas której mogłam doświadczyć wielu nowości. Pierwszy raz byłam we Włoszech, pierwszy raz jadłam prawdziwą, włoską pizzę, pierwszy raz ujrzałam Adriatyk, wodospad i potężne Alpy. Nigdy dotąd nie widziałam tak czystej, błękitnej wody jak w alpejskich rzekach i strumykach, nigdy nie jechałam rowerem w górskich tunelach. Nigdy też nie rozpędziłam się rowerem z sakwami do ponad 60km/h. I nie myślałam, że rowerem da się przejechać przez Alpy :)



Trasa wyprawy w całości. Monachium - Salzburg - Wenecja - Werona.