28 lutego 2017

Czechy, Austria i Słowacja na rowerze.


Tradycyjnie mam takie opóźnienia w pisaniu bloga, że wakacyjny urlop relacjonuję dopiero pod koniec roku lub na początku przyszłego ;) Za przygotowanie tego wpisu zabrałam się gdzieś w październiku 2016, tak niesystematycznie w miarę możliwości czasowych uzupełniałam kolejne informacje. Nie spodziewałam się jednak, że przygotowanie rzetelnego wpisu zajmie mi aż tak wiele czasu.  Zdarzały mi się dłuższe przestoje, a w miarę upływu dni i tygodni coraz trudniej przypomnieć sobie dokładnie co, gdzie i kiedy się wydarzyło. Jednak udało mi się jakoś odtworzyć przebieg całej zeszłorocznej wyprawy rowerowej.

Na spędzenie urlopu letniego w 2016 roku nie miałam totalnie żadnej koncepcji... Był dopiero początek roku, więc do wakacji mnóstwo czasu, toteż nie przejmowałam się brakiem planów. Choć nasza Polska taka piękna, to jednak po głowie chodził mi jakiś zagraniczny trip. Wiedziałam jedno - jeśli zdecyduję się na wypad poza kraj, to na pewno nie w pojedynkę. O ile nie boję się samotnie podróżować po ojczyźnie, tak samotne rowerowanie za granicą napawało mnie strachem z różnych powodów.
A zatem jeśli nie solo to z kim? Wstępnie myślałam np. o dołączeniu do jakiejś wyprawy z ogłoszenia na portalu turystycznym. Miałam jednak jeszcze mnóstwo czasu, więc zbytnio nie przywiązywałam wagi do ustalania szczegółów.
Pewnego razu otrzymałam krótką wiadomość od nieznajomego: "może jakiś wspólny wypad?". Wprawdzie podobnych wiadomości dostaję więcej, to jednak jakiś wewnętrzny głos skłonił mnie do rozwinięcia dalszej korespondencji z nieznajomym Rafałem. Zaczęliśmy pisać z większą częstotliwością i ostatecznie padła propozycja wyjazdu rowerem przez Czechy, Austrię, Słowację oraz Węgry. Ambitnie, ale...dokładniejsze przygotowania do wyjazdu i określony czas urlopu zweryfikowały plany. Z Węgier musieliśmy zrezygnować. Pozostaliśmy więc przy trzech pierwszych państwach z ukierunkowaniem na przejazd przez główne miasta: Brno, Wiedeń i Bratysławę.

 


Przygotowania do wyprawy 


Przygotowania? Hmm... szczerze mówiąc nie były zbyt intensywne. Kolejne tygodnie przed wyjazdem upływały na myśleniu: "Eeee tam, co tu dużo planować, przecież zostało jeszcze mnóstwo czasu". I nagle okazało się, że wyjazd już za kilkanaście dni, a my nie mamy nawet planu trasy. Oboje na podstawie własnych doświadczeń najbardziej ufaliśmy mapom Google. Rafał obstawał przy prostym rozwiązaniu, czyli wpisaniu w nawigację punktu A  i docelowego punktu B. Ja natomiast pozostałam bardzo nieufna wobec tej propozycji, gdyż po prześledzeniu trasy w Google Street View okazało się, że większość wyszukanych dróg to te o wysokim natężeniu ruchu, w dodatku momentami prowadziły jakoś okrężnie. Z natury jestem dość przezorna, więc zaczęłam na własną rękę szczegółowo obmyślać trasę, śledzić mapę, szukać informacji w sieci na temat podobnych rowerowych podróży. Zupełnie przypadkowo odkryłam Międzynarodowy Szlak Rowerowy Greenways Kraków - Morawy - Wiedeń, który w dużej mierze był zbliżony do naszej wstępnie planowanej trasy (przebieg szlaku Greenways na mapie znajdziesz tutaj).
Nie zastanawiałam się dłużej, pobrałam z ów strony plik gpx, wczytałam go na swoim koncie google do map, dzięki czemu trasa stała się jakby bardziej przejrzysta, a następnie eksportowałam do pliku kmz, by otworzyć ślad gps na telefonie w aplikacji GPX Viewer. Wspomniana aplikacja opiera się na m.in. na mapach google, pokazuje aktualną pozycję na mapie, może też pełnić funkcję prostego narzędzia do nawigacji. Wymaga jednak połączenia z internetem, co za granicą może nas sporo kosztować. Problem ten rozwiązałam poprzez dokładne prześledzenie w dużym przybliżeniu całej trasy, oczywiście online, ale jeszcze w Polsce, dzięki czemu większość mapy została jakby w pamięci telefonu i była dostępna po przejściu w tryb offline. Niestety nie wszystko i pewne obszary mapy z czasem stały się niewyraźne przy powiększaniu. Wystarczyło jednak na chwilkę przełączyć się w tryb online, by mapa się zaktualizowała, więc asekuracyjnie wykupiłam sobie pakiet internetowy 300 MB za 15 zł na 7dni. Jednak we wspomnianym celu używałam go bardzo rzadko, gdyż zapamiętany stan mapy w telefonie w zupełności wystarczał mi do odnalezienia się w terenie. Dodatkowo pobrałam na telefon mapy google, ale tzw. obszary offline wybranych państw, więc bez najmniejszego problemu mogłam z nich korzystać nie mając połączenia z internetem. Z GPX Viewera korzystałam praktycznie cały czas, przy włączonym GPS-ie wyraźnie widziałam kiedy jesteśmy na szlaku, a kiedy jedziemy w złym kierunku. Minusem aplikacji jest dość spore zużycie baterii, więc rzucałam okiem na mapę i kierunek w jakim musimy podążać, po czym wyłączałam aplikację, a wracałam do niej w jakichś krytycznych miejscach, w większych miejscowościach, gdzie istniała szansa zgubienia szlaku. Oprócz tego miałam także włączone Endomondo (jednak czasem zapominałam wyłączyć pauzę, przez co trasy na załączonych mapach są na niektórych etapach skrócone o kilka kilometrów).

Kolejną rzeczą po opracowaniu trasy było wykupienie biletów na pociąg. Musiałam dojechać do Warszawy, gdzie mieszkał Rafał, a stamtąd już razem mieliśmy udać się do Cieszyna, czyli na granicę polsko - czeską. Źle wspominam podróż pociągiem TLK do Warszawy, gdyż wraz z załadowanym rowerem stałam przez ok. 4 godziny w przejściu między wagonami a wejściem do wc, co chwilę przestawiając rower i ustępując miejsca pasażerom wysiadającym oraz tym korzystającym z toalety. Na dodatek w powietrzu unosił się zapach moczu...Konduktor był zdziwiony, że nie znalazłam się w wagonie przeznaczonym do transportu rowerów lecz niemalże w środku składu. Taką dziwną miejscówkę przydzielił mi system podczas internetowej rezerwacji biletu... ale przetrwałam. Ok. 22 godziny wysiadłam na stacji Warszawa - Zachód, gdzie czekał na mnie Rafał. Po dotarciu do mieszkania jeszcze się pakowaliśmy, pojechaliśmy na zakupy i położyliśmy się spać o godzinie 2:40, a wstaliśmy o 3:40 czyli dokładnie za godzinę! Musieliśmy zdążyć na Dworzec Centralny, gdyż o 5:40 mieliśmy wykupione bilety na EIC z Warszawy do Chałupek.

Do formalności załatwionych przed wyjazdem należało jeszcze:
- wyrobienie Europejskiej Karty Ubezpieczenia Zdrowotnego (EKUZ) - bezpłatnie w najbliższym oddziale NFZ (możliwość załatwienia online i wysyłki pocztą na adres domowy),
- wykupienie ubezpieczenia turystycznego (my korzystaliśmy z oferty mbanku - ok.40zł ).



Wtorek, 28 czerwca 2016. Dzień pierwszy.

 


Chałupki - Palkovice. 81,43km.


Cieszyn. Granica polsko-czeska.

Rano przed godziną 10:00 docieramy na stację w Chałupkach, stamtąd ruszamy już na rowerach do Cieszyna, gdzie zatrzymujemy się na pyszny obiad u rodziny Rafała. Jadąc do Cieszyna, po stronie czeskiej koło Karwiny mijamy fabrykę Shimano, gdzie oczywiście obowiązkowo pstrykamy fotkę. Po odpoczynku w Cieszynie jeszcze tylko wymieniamy w przygranicznym kantorze złotówki na czeskie korony i euro, po czym wkraczamy już na dobre do Czech.

 
Co mnie na początku zdziwiło? Czeskie pieniądze. Wielkie i ciężkie monety, które jednak urzekły mnie swoim wyglądem, skojarzyły mi się bowiem z jakimiś starodawnymi monetami odnalezionymi podczas archeologicznych wykopalisk ;) Banknoty także sporych rozmiarów, więc jeśli wybieracie się do Czech zaopatrzcie się w pojemny portfel;)

Okolice zarówno polskiego jak i czeskiego Cieszyna przywitały nas wzniesieniami. Był to jednak tylko przedsmak tego co nas czekało...
Po przekroczeniu granicy bez większego problemu odnaleźliśmy się na Międzynarodowym Szlaku Rowerowym Greenways Kraków - Morawy - Wiedeń.
Czechy zachwyciły nas pięknym krajobrazem, dookoła roztaczały się malownicze wzniesienia.




Jednak ten sam widok, który początkowo cieszył nasz wzrok, z czasem stał się dla nas powodem do przekleństw. Byliśmy przekonani, że górka jak to górka, podjedziemy i zjedziemy, a dalej pomkniemy już po płaskim terenie. A tu niespodzianka. Jedna górka, druga, trzecia, za nią kolejna i kolejna. Początkowo ambitnie podjeżdżaliśmy pod każdą z nich, jednak szybko doszliśmy do wniosku, że musimy zmienić taktykę - zaczęliśmy po prostu prowadzić rowery. Podjazdy choć czasem z pozoru nie wyglądały tak groźnie, to jednak okazały się "cichymi zabójcami" i skutecznie redukowały nasz poziom energii. Gdyby chociaż rowery ważyły mniej..., ale załadowane stosem ciężkich bagaży dodatkowo utrudniały pokonywanie wzniesień. Mój goły rower waży niespełna 18 kg, do tego sakwy z przodu i z tyłu, śpiwór, woda i stelaż namiotu, co łącznie dawało mi ok. 35 kg do ciągnięcia... Rafała rower był chyba jeszcze cięższy (albo sprawiał takowe wrażenie ze względu na obciążenie bagażami tylko tylnej części roweru). Dlatego pomysł z prowadzeniem rowerów pod prawie każdą górę był chyba najlepszym rozwiązaniem - niewątpliwie oszczędzał nam znacznie siły. Totalnie nie przygotowaliśmy się do tej wyprawy pod kątem rzeźby terenu. Co prawda trafiłam tu i ówdzie na wzmianki, że kraje, przez które pojedziemy są górzyste, ale zbytnio się tym nie przejęłam. Pomyślałam, że przecież pojedziemy międzynarodowym szlakiem rowerowym, więc pewnie trasa będzie tym bardziej łatwa i przyjazna rowerzystom. Jakże wielkie było moje zdziwienie...
Mieliśmy ambitne plany, chcieliśmy jechać dobrym tempem, pokonywać dziennie co najmniej 100 km w dobrym czasie. Planowaliśmy przejechać Czechy w dwa dni... zeszły aż cztery. 

Malowniczy krajobraz. Okolice Palkovic.

Dzień chylił się ku końcowi, a my mieliśmy spore zaległości w kilometrach. Rafałowi marzyło się piwo. Przejeżdżaliśmy akurat przez miejscowość, której nazwa była zbliżona do mojego imienia - Baška, a także przez Kunčičky u Bašky. Koniecznie chciałam mieć zdjęcie przy drogowskazie, więc na chwilkę się zatrzymaliśmy. W tym czasie zauważyliśmy zbliżającego się mężczyznę. Nadjeżdżał na czymś podobnym do hulajnogi. Zatrzymał się i zaczął rozmowę. Czeski język od razu przypadł mi do gustu, przyjemny i zabawny w odbiorze, a i poniekąd zbliżony do polskiego. Znaczenia wielu słów można było się domyśleć i rozszyfrować na drodze skojarzeń. Oczywiście znalazły się i takie, których ni w ząb nie mogliśmy zrozumieć ani się dogadać. Takie sytuacje po prostu kwitowaliśmy uśmiechami ;). Daniel - bo tak miał na imię Czech, spytał nas skąd i dokąd jedziemy, gdzie planujemy nocleg, bo przecież nieuchronnie zbliżał się wieczór. Zamierzaliśmy przejechać jeszcze chociaż z 20 km, ale sami nie mieliśmy pojęcia gdzie przenocujemy. Daniel polecił nam kilka miejsc, w tym także pobliski kemping. Na koniec zaskoczył nas alternatywną do kempingu i nietypową propozycją - zaprosił nas do swojego domu na nocleg oraz na grilla i piwo! (marzenie Rafała o browarze szybko doczekało się spełnienia;)). Daniel mieszkał kilka kilometrów dalej, więc ochoczo przystaliśmy na jego propozycję i ruszyliśmy za nim. Po drodze prowadziliśmy rozmowy, m.in. Daniel przybliżył nam pojazd, którym się poruszał. Była to kołobieżka (cz. koloběžka), czyli coś co wyglądało jak hulajnoga i właściwie funkcjonowało na tej samej zasadzie. Kołobieżka to - jak mówił nasz rozmówca - typowy czeski wyrób, z przodu miała duże koło takie jak rowerowe, z tyłu malutkie. Podobnie jak rower posiadała też hamulce - přední (czyli przedni) i zadní (tzn. tylny). Kołobieżka wprawiana jest w ruch za pomocą siły ludzkich mięśni czyli w taki sam sposób jak na hulajnodze - poprzez odpychanie się nogą. Z tym, że prędkości osiągane przez kołobieżkę są nieporównywalnie większe niż na hulajnodze. Przyznam, że byłam pod wrażeniem kondycji Daniela, techniki odpychania i szybkości z jaką się poruszał. Kołobieżka jest sprzętem, który wykorzystuje górskie ukształtowanie terenu w Czechach, gdyż każdy podjazd jest pokonywany siłą rozpędu nabranego z uprzedniego zjazdu z ewentualnym wspomaganiem się poprzez odpychanie. Ciekawy wynalazek, dotychczas nie spotkałam się z czymś takim. Kondycja Daniela i fakt, że jego tempo nie odstawało mocno od naszego, świadczyło o tym, że często korzysta z tego środka transportu. Od Daniela dowiedzieliśmy się, że widok wysokich górskich szczytów, który towarzyszył nam w dotychczasowej podróży to Beskidy Morawsko - Śląskie.
Wkrótce dotarliśmy do miejsca zamieszkania Daniela i jego rodziny. Zaproponował nam nocleg w domu, nie chcieliśmy jednak robić kłopotu i postanowiliśmy rozbić namiot w ogrodzie. I tak byliśmy szczęśliwi, że pierwszą noc spędzimy w bezpiecznym, ogrodzonym miejscu. Pierwsze co, to podładowaliśmy telefony, Daniel schował nasze rowery do garażu, rozpalił ognisko i uraczył nas czeskimi kiełbasami zwanymi Špekáčky, które to stanowią produkt regionalny. 

Velkopopovický Kozel - jedno z popularnych czeskich piw.

Do kiełbasek popijaliśmy czeskie piwo Velkopopovický Kozel. Przyznam, że nam zasmakowało. Nic dziwnego, Czechy  przecież słyną z najlepszych piw na świecie. Daniel polecił nam kilka dobrych browarów. Rozmowy przy ognisku toczyły się do późnego wieczora: my mówiliśmy po polsku, Daniel po czesku i całkiem nieźle się rozumieliśmy. W pamięci zostało mi kilka czeskich zwrotów i słów, np. jak se jmenuješ? (jak masz na imię?), na zdraví (na zdrowie), vlak (pociąg), kolo (rower). Za wyraz, który mnie tego wieczoru najbardziej rozśmieszył uznałam svetluška (wymawiane świetluszka) czyli świetlik. Zrobiło się jednak późno, więc musieliśmy zakończyć naszą międzynarodową integrację i pójść spać. Poprzedniej nocy przed wyjazdem spaliśmy przecież tylko godzinę, do tego zmęczona podróżą pociągiem i pierwszym dniem pokonywania górzystego szlaku, padłam jak mucha.

Pierwszy nocleg dzięki gościnności pewnej czeskiej rodziny :)

 

Środa, 29 czerwca 2016. Dzień drugi.

 



Palkovice - Olšany u Prostějova. 118 km.


Chętnie pospałabym dłużej, ale Daniel i jego żona jechali rano do pracy, a syn do szkoły. Wstaliśmy zatem żeby się spakować i pożegnać. Szło nam trochę ociężale i nie byliśmy jeszcze wprawieni w cały schemat codziennego rozbijania namiotu, rozpakowywania rzeczy i ponownego składania wszystkiego następnego dnia. Daniel zrobił nam herbatę z cytryną i poczęstował ostatnimi kawałkami ciasta jakie zostały w domu. Był niezwykle gościnny. Opowiadał, że pomagania ludziom nauczyli go rodzice. On sam również wszczepiał dobre wychowanie swojemu synowi już od najmłodszych lat. Zresztą mieliśmy okazję poznać jego ok. 9 letniego syna, któremu zostaliśmy przedstawieni jako kamarádi czyli przyjaciele/kumple z Polski. Przed wyjazdem zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie z Danielem i jego synem. Czas mijał szybko, nasz czeski znajomy musiał już jechać do pracy, a nam mozolnie szła poranna organizacja. Daniel zamknął więc dom, a nam pozwolił zostać w ogrodzie, skorzystać z wody. Spakowaliśmy się na spokojnie, przywiązaliśmy do klamki drzwi ciasteczka z podziękowaniami, następnie zgodnie z prośbą Daniela zamknęliśmy bramę i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Dzień zapowiadał się upalnie, a do tego znów góry - Palkovické hůrky. W górach byłam tylko raz w życiu, zimą w Wiśle. Nigdy nie widziałam gór o innej porze roku, dlatego z jednej strony byłam zachwycona ich potęgą i pięknymi widokami, a z drugiej strony przeklinałam je przy każdym podjeździe, kiedy to musieliśmy schodzić z rowerów.




Słońce mocno dawało się we znaki, byliśmy już nieco spaleni po poprzednim dniu, więc już nikt nie musiał mnie namawiać do stosowania kremu z filtrem. Wieźliśmy ze sobą picie w bidonie, a dodatkowo 1,5 litrowe butelki na bagażniku. Woda ubywała nam w bardzo szybkim tempie, a zwłaszcza Rafałowi, który prawie zawsze jechał na rezerwach i wypatrywał jakiegoś sklepu. Miłą niespodzianką było dla nas napotkane źródełko, które najwyraźniej wiązało się z  jakąś legendą, gdyż obok stała tablica informacyjna z krótką historią. Zmoczyliśmy sobie odzież, aby nas chłodziła w dalszej drodze, trochę się odświeżyliśmy i chwilę odpoczęliśmy na ławce w cieniu wierzby.  

Postój przy źródełku.


Przydrożne źródełko.

Zastanawialiśmy się czy woda jest zdatna do picia. Akurat zjawił się jakiś biegacz i również przyszedł ochłodzić się w źródełku, więc zerkałam czy napije się wody, co uczynił. Kiedy się oddalił, oboje zaczerpnęliśmy wody do butelek i się napiliśmy. Woda była baaardzo zimna i w tak upalny dzień stanowiła przyjemne orzeźwienie. Aż żal nam było odjeżdżać z tej przyjemnej oazy, ale musieliśmy stawić czoła dalszej drodze. Kierowaliśmy się na Nowy Jiczyn, a dalej na Ołomuniec. Zatrzymywaliśmy się w ciekawszych miejscach, by pstryknąć fotki lub po prostu w celu odpoczynku czy zakupów. Korzystaliśmy z każdej okazji do odświeżenia i ochłodzenia się, gdy napotkaliśmy jakikolwiek strumyk czy inny zbiornik wodny. Do najprzyjemniejszych odcinków trasy należały w szczególności te w bliskim sąsiedztwie wody. Przykładem takiego fragmentu szlaku był etap pomiędzy miejscowością Hranice a Osek nad Bečvou, gdzie droga przebiegała wzdłuż rzeki Beczwa, będącej największym lewym dopływem Morawy.


Widok na Hranice i rzekę Bečva.



Właśnie wzdłuż Beczwy prowadzi ścieżka rowerowa Cyklostezka Bečva. To tu chyba pierwszy raz zaczęliśmy mijać większą ilość rowerzystów. Dotychczas miałam wrażenie, że jesteśmy jedynymi podróżnikami na rowerach, mimo iż prawie cały czas jechaliśmy szlakiem rowerowym Greenways lub innymi, które z nim się łączyły. Ścieżka rowerowa wzdłuż Beczwy liczy ok. 160 km, zaczyna się w miejscowości Velké Karlovice i prowadzi do Tovačov. Wprawdzie jechaliśmy tylko fragmentem tej ścieżki, ale bardzo mi się spodobała, dookoła przyroda no i przede wszystkim trochę płaskiego terenu :). Za miastem Lipník nad Bečvou, na obrzeżach miejscowości Osek nad Bečvou po raz pierwszy napotykamy przy szlaku miejsce postojowe stworzone z myślą o rowerzystach - Restaurace u Splavu, gdzie postanawiamy się zatrzymać. Nie byliśmy jedyni, wokół nas mnóstwo rowerzystów, rolkarzy. W niewielkim barze zamawiamy pizzę, a Rafał oczywiście nie przepuszcza okazji do spróbowania piwa. Pizza choć smaczna, to jednak okazała się bardzo malutka, raczej nazwałabym ją pizzerinką ;). Po długim czasie wypatrzyłam na zewnątrz budynku gniazdka elektryczne, więc czym prędzej trochę podładowaliśmy nasze telefony. Po zregenerowaniu sił ruszyliśmy dalej.

Osecký jez - śluza/jaz na rzece Beczwa, naprzeciwko Restaurace u Splavu.

Tuż obok trafiliśmy na kolejną restaurację - Restaurace U Jadranu - z wyglądu dużo bardziej zachęcającą, a za nią zbiornik wodny po byłej żwirowni, gdzie była dozwolona kąpiel, więc koniecznie skorzystaliśmy z tego dobrodziejstwa, tym bardziej, że nigdy nie wiedzieliśmy, kiedy nadarzy się kolejna okazja do odświeżenia ciała. Po szybkiej kąpieli kontynuujemy podróż i późnym popołudniem docieramy do Ołomuńca (cz. Olomouc), gdzie naszą uwagę przykuła głośna muzyka i zbiorowisko ludzi - odbywała się akurat jakaś impreza nad rzeką Morava. Zaciekawieni zatrzymaliśmy się, przycupnęliśmy nad brzegiem rzeki, chwilkę porozmawialiśmy z jednym z mieszkańców, który nas zaczepił i ruszyliśmy dalej, gdyż zapadał zmrok. 

Rafał obstawał za opcją podróżowania nocną porą z uwagi na dokuczliwy upał. Ja jednak nie przyjęłam tego pomysłu z entuzjazmem, gdyż jazda rowerem o tej porze nie była według mnie ani bezpieczna ani przyjemna, wielu rzeczy/widoków nie moglibyśmy zobaczyć w totalnych ciemnościach. Poza tym gdybyśmy spali w dzień a jechali nocą, mijalibyśmy się z normalnością, z codziennym życiem ludzi, bowiem w środku nocy dużo gorzej zrobić zakupy, zapytać kogoś o drogę czy znaleźć możliwość podładowania telefonów. W dodatku sen w dzień jest wbrew naturalnemu, biologicznemu rytmowi organizmu, nigdy też nie jest tak pełnowartościowy jak ten w nocy, a nam po tylu godzinach spędzonych każdego dnia na rowerze potrzebna była porządna regeneracja sił i odpoczynek, a nie wyprowadzanie organizmu z jego biologicznej równowagi. Rafał poczuł głód, więc błądziliśmy jeszcze trochę po Ołomuńcu w poszukiwaniu McDonalda, którego w ostateczności i tak nie znaleźliśmy. Dołożyliśmy nieco km i straciliśmy trochę czasu, przez co malała szansa na normalne rozbicie namiotu przed zapadnięciem zmroku. Scenariusz ten zaczął się także powtarzać w kolejnych dniach, co zaczęło potęgować we mnie irytację...
Wyjechaliśmy z Ołomuńca w nadziei, na rozbicie namiotu gdzieś poza miastem. Było jednak ciemno, a lampki oświetlały nam tylko niewielki teren przy drodze. Jechaliśmy, jechaliśmy i nie mogliśmy znaleźć odpowiedniego miejsca na nocleg: albo trafialiśmy na pola uprawne albo na obszary zabudowane i w sumie tak jechalibyśmy bez końca, bo nocą ciężko wypatrzeć dobrą miejscówkę. Bateria w telefonie była na wykończeniu, więc wkrótce nie mogłabym śledzić szlaku na mapie. Miałam już trochę dość. W końcu dojechaliśmy do małej miejscowości Olšany u Prostějova, gdzie w blasku ulicznych lamp zauważyliśmy kawałek trawnika oraz jakieś skupisko drzew i krzaków. Rozejrzeliśmy się i prawie po omacku rozbiliśmy namiot, starając się nie używać lampek, by nie zwrócić na siebie uwagi mieszkańców. Była już późna noc. Rankiem okazało się, że nocowaliśmy praktycznie w centrum miejscowości... Na dodatek w miejscu gdzie najprawdopodobniej lokalne pijaczyny załatwiają swoje potrzeby fizjologiczne... Morał z tego taki: 
Kto po zmroku namiot rozstawiać próbuje, 
ten w sraki wdeptuje. ;)



Czwartek, 30 czerwca 2016. Dzień trzeci.

 



 Olšany u Prostějova - Brno.92,8 km.


Moja spalona słońcem ręka :-)

Po krótkiej nocy ruszyliśmy w dalszą drogę. W pobliżu napotkaliśmy sklep, więc zrobiliśmy zakupy i kontynuowaliśmy jazdę szlakiem, który mniej więcej od Prościejowa (cz. Prostějov) aż za miasto Plumlov biegnie wzdłuż rzeki Hloučela. Zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie jej brzeg był na tyle łagodny, by umożliwić nam zejście do wody. Wykąpaliśmy się i zrobiliśmy małe pranie. Dzień był znów upalny i nie chciało nam się ruszać z tego zacienionego miejsca nad rzeczką. Byliśmy już mocno spaleni słońcem.







... i noga :)
Układ trasy w sąsiedztwie rzek i jezior zawsze należał do najprzyjemniejszych i niezmiernie nas cieszył. Hloučela przypominała przejrzysty, górski potok, a ponieważ żar lał się z nieba, toteż co jakiś kawałek chętnie do niej wchodziliśmy, by w baaaardzo zimnej wodzie zmoczyć stopy, zwilżyć odzież i ochlapać ciało. W takim upale możliwość schłodzenia się w krystalicznej, rześkiej wodzie to po prostu bezcenne doznanie! Niewątpliwie pomagało nam to znosić wysokie temperatury, dodawało sił i pokrzepiało do dalszej jazdy. Wraz z biegiem rzeki docieramy do zbudowanej na niej zapory wodnej "Plumlovská přehrada", tworzącej jeden z  najstarszych zbiorników w Czechach. To popularne miejsce do rekreacji i sportów wodnych. W pobliżu znajdują się m.in. ściany do wspinaczki, kryty basen sportowy, centrum tenisa ziemnego czy hala do squasha, a także plaża i campingi. Oczywiście zatrzymujemy się na szybką kąpiel :)

Widok na zbiornik wraz z tamą "Plumlovská přehrada"

Zamek Plumlov.

Niedaleko zapory naszą uwagę przykuła wysoko wzniesiona, smukła budowla, górująca nad budynkami mieszkalnymi. Jak się później dowiedziałam był to zamek Plumlov. Budowla została wzniesiona w latach 1680 - 1688 z polecenia księcia Jana Adama Ondřeja z Liechtensteinu jako jedno z czterech planowanych skrzydeł. Obiekt jest atrakcją turystyczną, dostępną dla zwiedzających.

Wciąż jedziemy wzdłuż rzeki Hloučela, z którą rozstajemy się mniej więcej za wsią Hamry, a dalej towarzyszy nam mały strumyk - Repešský potok, zasilający wcześniej wspomnianą rzekę. Tutaj po raz pierwszy zauważamy oznakowanie informujące, że poruszamy się nie tylko obranym przez nas szlakiem Grennways Kraków -  Morawy - Wiedeń, ale też wkraczamy na szlak EuroVelo 9, który jednak właściwie zaczął się już jakoś niepostrzeżenie od Ołomuńca. W Czechach jest poprowadzony istniejącymi już trasami rowerowymi. EuroVelo 9 określany jest nazwą Szlak Bursztynowy lub Bałtyk - Adriatyk i zaczyna się w Gdańsku, dalej biegnie przez Czechy, Austrię, Słowenię aż nad Adriatyk w Chorwacji. EuroVelo 9 jest częścią europejskiej sieci szlaków rowerowych biegnących przez całą Europę, których całkowita długość wynosi ponoć ponad 70 tysięcy km. Jako ciekawostkę dodam, że w niektórych miastach szlak ten wiedzie ulicami niejako "pod prąd", gdzie dla aut obowiązuje ruch jednokierunkowy, natomiast rowery mogą poruszać się w obu kierunkach.

Ten etap drogi za miejscowością Hamry zapowiadał się całkiem fajnie: gładka, asfaltowa ścieżka rowerowa w sąsiedztwie strumyka i pośród lasu, dającego cień. Po prostu marzenie przy takich upałach.

Szlak EuroVelo 9 i pokrywający się z nim Greenways.
Repešský potok


Niestety. Trasa tylko z pozoru okazała się płaska, w rzeczywistości wiodła cały czas pod górkę. Kąt wzniesienia był niemalże niezauważalny gołym okiem, teren wydawał się płaski jak stół, tymczasem wyraźnie czuliśmy, że pedałujemy w miejscu, strasznie wolno i ociężale. Droga z niekończącym się podjazdem zaczęła mocno działać nam na nerwy. Nie mogliśmy uwierzyć, że ścieżka wydaje się płaska, a w rzeczywistości niepozornie pnie się w górę i nie posiada ani jednego, nawet najmniejszego zjazdu. Postanowiliśmy prowadzić rowery, bo jazda przypominała film w zwolnionym tempie i strasznie nas osłabiała. Tak więc pieszej pielgrzymki z rowerami u boku ciąg dalszy. Hurrra, nasze kochane Czechy;).
Byliśmy zmęczeni, kończył się nam zapas wody. Dookoła tylko soczyście zielony las, las, las i nic więcej. O ile bliska obecność przyrody początkowo nas zachwyciła, tak potem zaczęła na nas działać wręcz odwrotnie. Czuliśmy się jak w dzikiej, amazońskiej puszczy, gdzie ani widu ani słychu żywej duszy prócz nas. TO -TAL - NA dzika głusza. Gdybyśmy znaleźli się tam wieczorną porą, byłabym przerażona. O tym, że ów miejsce kiedykolwiek miało styczność z cywilizacją przypominała nam jedynie asfaltowa ścieżka. Całokształt działał na nas drażniąco. Z każdym zakrętem mieliśmy nadzieję na chociażby delikatną zmianę terenu. Nic z tego. Ścieżka ciągnęła się w taki sposób przez ok.10 km, aż w końcu leśne echo przyniosło nam odgłosy ludzkiej rozmowy i szczekania psa. Tak, dotarliśmy do cywilizacji, do małej wioseczki Repechy, która była jak osada dzikiego plemienia w środku dżungli. Zamieniliśmy parę słów z jednym mieszkańcem, który pocieszył nas, że przed nami ostatnie wzniesienie. Fakt, ostatnie, ale stanowiące apogeum wnerwienia i wysiłku. Tak ostre, że podprowadzenie roweru było nie lada wyzwaniem. Ten podjazd okazał się kwintesencją całego odcinka niczym wisienka na torcie... Kiedy udało nam się go pokonać, Rafał uczynił krótkie i rzeczowe podsumowanie: "pierd***ne Repechy". Ja z bezradności i bezsilności już tylko parsknęłam śmiechem.
W wiosce niestety nie spotkaliśmy żadnego sklepu, a i zgapiliśmy się, by zapytać miejscowych o poratowanie wodą. Ruszyliśmy dalej. Z niepokojem zerknęłam na mapę, gdyż dalsza trasa wiodła przez podobnie odludne tereny z pojedynczymi, małymi miejscowościami. Poza tym miałam wrażenie, że droga do Brna (które było teraz naszym celem) biegnie jakoś okrężnie i zrobimy więcej kilometrów, a zależało nam by nadrobić czas stracony na ostatnim odcinku. W związku z tym postanowiłam zdać się na intuicję i za miejscowością Niva podjęłam decyzję o dłuższym rozstaniu się ze szlakiem Greenways. Kierowaliśmy się na Brno i ścięliśmy trasę po linii prostej, tak jak tylko się dało, a tym samym skróciliśmy sobie drogę. Z obranego nowego szlaku zjechaliśmy jeszcze trochę w bok do miejscowości Drahany, w której pokładaliśmy nadzieje na znalezienie sklepu i uzupełnienie braków, zwłaszcza wody. Mieliśmy szczęście, zastaliśmy jeszcze otwarty mały market, gdzie kupiliśmy przede wszystkim wodę, a ja do tego trud wynagrodziłam sobie malinowym lodem, mmmmniam ;) (lód po czesku to zmrzlina, prawda, że niezwykle trafna nazwa? taka mrożonka, zmarzlinka:)) Ogólnie w Czechach często mieliśmy problem ze znalezieniem sklepu i musieliśmy przede wszystkim myśleć o większym zapasie wody w tak upalne dni, bo nigdy nie było wiadomo, kiedy dane nam będzie cokolwiek kupić.  Być może wynikało to z faktu, że szlak rowerowy często omijał miejsca o dużym natężeniu ruchu, prowadził bocznymi drogami. Jednak stwierdziliśmy, że to na pewno nie to samo co Polska, gdzie w niemalże każdej zabitej dechami wioseczce jest chociażby jeden sklep. Niewątpliwie tego nam brakowało.

Dalsza trasa przebiegała już na przemian, raz z górki, a raz pod nią. Płaski teren był w dalszym ciągu rzadkością. Oboje stwierdziliśmy, że zjazdy są nieproporcjonalnie krótkie w stosunku do podjazdów, więc delektowaliśmy się tym co przyjemne i z euforią patrzeliśmy na liczniki, gdy rowery kilka razy rozpędziły się do ponad 50 km/h. Niestety nie często. O ile początkowo mieliśmy radość z każdego zjazdu, tak później już żaden nas nie cieszył, ponieważ wiedzieliśmy, że nie wróży nic dobrego i jest on tylko zapowiedzią stromej, rowerowej wspinaczki.

Na niebie zaczęły zbierać się burzowe chmury, z których wkrótce spadł ulewny deszcz, a nam w ostatniej chwili udało się akurat dojechać do miejscowości Křtiny i schronić na przystanku autobusowym. Stamtąd mieliśmy dobry punkt widokowy na okazałą świątynię barokową p.w. Maryi Dziewicy, której architektem jest słynny Jan Błażej Santini - realizator wielu znaczących w Czechach budowli w stylu tzw. barokowego gotyku. Obiekt jest ważnym miejscem pielgrzymek i określany mianem Perły Moraw. Na terenie sanktuarium znajduje się jeden z największych funkcjonujących zestawów dzwonów w Europie Środkowej (33 dzwony). Przeczekaliśmy deszcz, a kiedy opuściliśmy schronienie zauważyliśmy w pobliżu sanktuarium restaurację Pension U Faustů. Byliśmy głodni, więc postanowiliśmy udać się na jakiś konkretny posiłek. Z jednej strony miałam ochotę spróbować coś lokalnego, z drugiej obawiałam się, że wybiorę coś czego nie zjem lub zamówię jedynie jakąś przystawkę z racji nieznajomości języka. Zaczęłam, więc wyszukiwać potrawy zbliżone nazwą do polskich i ostatecznie zamówiłam sobie Špagety s lososem sušenými rajčaty a cuketou, sypané parmazánem czyli spaghetti z łososiem, suszonymi pomidorami i cukinią posypane parmezanem. Zapłaciłam 155 Kč za 250g. Porcja bardzo duża, ale danie słabe, suchy makaron z kilkoma pomidorami i cukinią oraz dodatkiem kawałków mięsa łososia. Wszystko nie łączyło się w całość, stanowiło suchą mieszaninę składników i niezbyt mi smakowało. Co nas jednak ucieszyło, to znajdujące się przy stolikach gniazdka elektryczne, dzięki którym podładowaliśmy telefony. 

Zbierając informacje na potrzeby przygotowania wpisu na bloga, zauważyłam, że podejmując wcześniej decyzję o zboczeniu ze szlaku Greenways za miejscowością Niva i pojechaniu drogą na skróty, tym samym pozbawiłam nas zobaczenia kilku atrakcji... Między innymi ominęły nas:
* ruiny zamku biskupiego Blansek sprzed 1275 roku (zřícenina hradu Blansek) (ale ukryte są w lesie, więc pewnie i tak byśmy ich nie zauważyli)
* Propast Macocha i wymieniana nierozerwalnie z nią jaskinia Punkevní. Propast Macocha czyli przepaść Macocha, której głębokość wynosi 138,5 m. Powstała przez zapadnięcie się stropu jaskini i jest to największa tego typu przepaść w Europie Środkowej. Na dnie przepaści płynie podziemna rzeczka Punkva, która tworzy tam dwa jeziorka. Przepaść to główna atrakcja Morawskiego Krasu.
Morawski Kras jest obszarem chronionego krajobrazu, obfituje w liczne przepaści i jaskinie, których zliczono ponad 1100 (z czego tylko kilka udostępnionych jest dla turystów jak np. jaskinie Sloupsko - šošůvské, Jaskinia Balcarka, Jaskinia Kateřinská). Morawski Kras uznawany jest jako jedno z najpiękniejszych i najczęściej odwiedzanych miejsc w Czechach.
 
Po odpoczynku w restauracji i przeczekaniu kolejnych opadów deszczu, ruszyliśmy w dalszą drogę. Późnym popołudniem docieramy do stolicy Moraw - Brna, drugiego pod względem wielkości miasta Czech.

Brno - drugie pod względem wielkości miasto w Czechach.
 
Droga wjazdowa do Brna.

 
Katedra Świętych Apostołów Piotra i Pawła.



Wjechaliśmy do centrum. Przypadkowo zatrzymaliśmy się przy lokalu, gdzie akurat oglądano Euro 2016 - mecz Polski z Portugalią :). Robiło się późno, a do tego nadciągały czarne, burzowe chmury. Pokrążyliśmy bezwiednie ulicami Brna. Osobiście czułam pewien niepokój i brak poczucia bezpieczeństwa. Na ulicach tłok, wszędzie mnóstwo ludności napływowej. Zapadł zmrok, więc skupialiśmy się na znalezieniu miejsca na nocleg. Naszą uwagę przykuła pięknie prezentująca się nocą Katedra Świętych Apostołów Piotra i Pawła, na którą natknęliśmy się przejazdem. Umiejscowiona jest na wzgórzu Petrov i stanowi symbol miasta, a jej sylwetkę rozpoznałam na monecie 10 - koronowej.








Noc spędzona na przystanku w Brnie.

Rafał poczuł głód, było około 22 godziny i akurat przejeżdżaliśmy koło McDonalda, więc się tam zatrzymaliśmy. Całkiem dobrze się złożyło, bo burza wraz z ulewnym deszczem rozpętały się na dobre i nie odpuszczały przez dłuuugi czas. Na szczęście w McDonaldzie oprócz części przeznaczonej na stoliki, był także osobno wydzielony spory fragment, jakby przedsionek, gdzie mogliśmy przeczekać wraz z rowerami w ciepłym miejscu. Zbliżała się północ, z niepokojem wyglądaliśmy kiedy ulewa i grzmoty ustaną, by móc opuścić lokal, który i tak już niedługo zostałby zamknięty. Nawałnica trochę osłabła, ubraliśmy przeciwdeszczowe kurtki i ruszyliśmy przed siebie. Byłam zła, że znów nie mamy szans na normalne znalezienie noclegu i wyspanie się. Liczyłam bowiem, że przed zmrokiem opuścimy miasto i znajdziemy dogodne miejsce na obóz. Z jednej strony może i dobrze, że burza złapała nas w mieście i tam ją przeczekaliśmy w bezpiecznym miejscu, ale z drugiej strony...ech. Czułam się jak porzucony pies, skazany na tułaczkę. Niby planowaliśmy kontynuować dalszą podróż, bo cóż począć w środku nocy, potem jednak zaczęliśmy zastanawiać się nad przenocowaniem. Rozbicie namiotu nie było dobrym pomysłem, gdyż aby to uczynić musielibyśmy wyjechać poza miasto, a wszędzie ciemno, mokro i jeszcze wciąż delikatnie padało. No i też nie wiedzieliśmy czy burza nie wróci. Rafał zaczął się rozglądać za przystankiem autobusowym, by tam przeczekać do rana. Na obrzeżach miasta zauważyliśmy pętlę tramwajową i przystanek z ławeczką. Rafał zaproponował, że popilnuje rowerów, a ja mam się zdrzemnąć. Rozłożyłam karimatę na ławce, przykryłam się kurtką, a Rafał dodatkowo okrył mnie swoim śpiworem. Nie zamierzałam jednak spać, czułam się niepewnie i niezbyt bezpiecznie leżąc na ławce w wielkim mieście. Wyglądałam co najmniej jak miejski żul. Deszcz jeszcze trochę padał, co chwilę przejeżdżały auta, zimno, niewygodnie... Było już po 1 godzinie, a przed 5 rano zamierzaliśmy się zwijać, gdyż rozpoczynał się kurs tramwaju i pewnie zjawiliby się pierwsi pasażerowie. Chwilami drzemałam, po ok 3 godzinach wstałam, a Rafał przymknął oko na kilkadziesiąt minut. Zaczęło świtać i dochodziła 5 godzina. Strasznie przemarznięci i zmęczeni ruszyliśmy w dalszą drogę.
To był  N A J G O R S Z Y  nocleg, którego nie chciałabym nigdy więcej doświadczyć.


 

Piątek, 1 lipca 2016. Dzień czwarty. 

 



Brno - Zlabern. 94 km.

Po ciężkiej nocy wbiliśmy wprost na szosę łączącą się z trasą ekspresową...Nie bardzo mieliśmy gdzie zjechać, więc przez pewien fragment jechaliśmy tak pośród sporego ruchu i pędzących aut. Coś strasznego i nieodpowiedzialnego. Gnaliśmy ile sił w nogach, by tylko zjechać z tego niebezpiecznego odcinka. Po ok. 2 km zaczęła się droga biegnąca wzdłuż tej ruchliwej, więc na nią zjechaliśmy, aż w końcu znaleźliśmy zjazd na miejscowość Modřice, gdzie zamierzaliśmy odnaleźć szlak Greenways, z którego wcześniej zboczyliśmy. Chwilowo na niego wbijamy, ale źle skręcamy i robimy dodatkowe kilometry, by w miejscowości Rebešovice znów odnaleźć rowerowy szlak. Jest mglisty, wilgotny poranek, ale mimo niewyspania jedzie nam się bardzo dobrze. Nie ma upałów, a droga wiedzie po płaskim terenie przez małe, spokojne miejscowości jak Rajhradice, Opatovice czy Židlochovice, gdzie zatrzymujemy się na chwilę w piekarni po świeże pieczywo. Tu też pozdrawia nas pewien pan, który pyta czy jesteśmy Polakami i oznajmia, że widział nas na wcześniejszym etapie trasy. Miło :)

Prysznic przenośny Quechua. Fot: www.decathlon.pl
Kawałek za miejscowością Židlochovice, tuż przy ścieżce rowerowej napotykamy gospodarstwo, a przy nim mały staw i łąkę z ławeczkami przygotowanymi jako miejsce odpoczynku dla przejeżdżających tędy rowerzystów. Za stawem, w oddali dostrzegamy zwarte skupisko młodych drzew i postanawiamy się tam zaszyć, rozbić namiot i trochę się przespać po tragicznej, i właściwie bezsennej nocy w Brnie. Myślałam, że nie zasnę w ciągu dnia, ale zmęczenie zrobiło swoje i odpłynęliśmy na kilka godzin. Po przebudzeniu było już upalne południe. Rafał napełnił swój przenośny prysznic wodą z pobliskiego stawu, zawiesił na drzewie, by woda się ogrzała. Z wielką przyjemnością wzięliśmy kąpiel. Prysznic turystyczny okazał się przydatnym rozwiązaniem, zwłaszcza gdy zbiornik wodny czy rzeka nie nadawały się by do nich wejść z uwagi na mało przyjazne dno.


Odświeżeni i wyspani wyruszyliśmy w dalszą drogę. Kawałek dalej w miejscowości Žabčice zaopatrujemy się na stacji benzynowej w wodę pitną. Trasa jest mniej pagórkowata, praktycznie od Brna już w większości prowadzi po bardziej równym terenie. Dookoła dużo pól, słońce znów praży, a my czujemy się pośród tej otwartej przestrzeni jak na patelni. Góry narazie tylko z horyzontu straszą swoją wielkością, a droga na szczęście omija większe wzniesienia. Towarzyszą nam liczne drzewa owocowe, które są celowo sadzone przy szlaku rowerowym Greenways Kraków - Morawy - Wiedeń, by stał się on najdłuższą, zieloną aleją drzew owocowych w Europie. W tej części Moraw spotykamy coraz więcej winnic.
Dłuższy postój i przerwę obiadową robimy w miejscowości Ivaň, w restauracji Zdeňka, gdzie dzięki uprzejmości obsługi możemy zostawić do podładowania telefony i powerbanki. Na deser nie omieszkamy sobie odmówić skosztowania, tego co w Czechach naprawdę dobre czyli piwo ;). Przydarzyła mi się tu zabawna sytuacja, a mianowicie kiedy już wypiłam piwo, przyszła kelnerka i szybko spytała o coś po czesku wskazując na szklankę po piwie. Zrozumiałam, że chyba pyta o to czy może zabrać puste naczynia i skinęłam twierdząco głową. Po chwili miałam przed sobą kolejne piwo :). Tak oto w wyniku niezrozumienia języka zamówiłam sobie niechcący drugie piwo, którego już i tak nie dałam rady wypić. Co ciekawe w Czechach nie jest dozwolona jazda rowerem z jakąkolwiek ilością alkoholu we krwi, tymczasem ogródki piwne przy szlakach rowerowych pełne są rowerzystów ;)

Regenerujemy siły :-)

Jadąc szlakiem docieramy do Jezior Nowomłyńskich (cz. Novomlýnské nádrže) z malowniczymi górami w tle.

Widok ze szlaku Greenways na Jeziora Nowomłyńskie.
Szlak Greenways przy jeziorach Nowomłyńskich




Niezwykle przyjemnie jechało się w sąsiedztwie tak pięknych pejzaży, które towarzyszyły nam przez kolejne niespełna 10 km. Spokojną jazdę chwilowo zakłóca skrzyżowanie szlaku z ruchliwą drogą z Brna do Wiednia, które szybko przecinamy i kontynuujemy jazdę trasą rowerową dalej biegnącą wzdłuż jezior Nové Mlyný. Naszą uwagę zwraca usytuowany w ich pobliżu Aqualand Moravia - ogromny park wodny z wieloma atrakcjami, założony na terenach w okolicy miejscowości Pasohlávky. Park rozciągnięty jest na powierzchni ok. 5 hektarów i przyciąga tłumy turystów. Bilboardy reklamujące park widzieliśmy aż nawet na Słowacji. 



Szlak Greenways przy Jeziorach Nowomłyńskich.

Jeziora Nowomłyńskie.

Bliskość jezior i upalna pogoda sprawiła, że oczywiście tradycyjnie skorzystaliśmy z kąpieli, tym bardziej, że było już późne popołudnie i nie wiedzieliśmy czy wieczorem przed snem uda nam się odświeżyć. Emocje zapewnił nam też przejazd drogą przecinającą ów zbiornik wodny. Jezdnia, a po obu jej stronach woda :) Fajne uczucie i piękne widoki. Niestety przyjemna trasa wzdłuż jezior dobiega końca, a szlak prowadzi dalej przez małe miejscowości: Brod nad Dyjí, Novosedly, Nový Přerov. Ten odcinek okazuje się również zachwycający, ponieważ wiedzie asfaltową dróżką wijącą się pośród łagodnych pagórków zdobionych sadami, winnicami i innymi uprawami. Jesteśmy znów tylko my, przyroda i cisza. Winnice mocno mnie urzekły, a ich widok nigdy mi się nie nudził. Polecam te okolice wszystkim miłośnikom sielankowych krajobrazów.

Szlak Greenways Kraków - Morawy - Wiedeń między miejscowościami Brod nad Dyjí i Novosedly.

Liczne winnice przy szlaku Greenways Kraków - Morawy - Wiedeń.

W tej części Czech winnic jest szczególnie dużo, tak samo jak winnych piwniczek, które dodają uroku okolicy. W miejscowości Novosedly przejeżdżamy właśnie taką uliczką pełną zdobionych, różnokolorowych piwnic, przez co miałam wrażenie, że jestem w baśniowej krainie. Nie mogę sobie wybaczyć, że nie zrobiłam żadnych zdjęć - to chyba z zachwytu ;) Tak samo przepuściłam okazję sfotografowania upraw chmielu i pól skąpanych w białych makach, a także upraw konopi indyjskich, które mijaliśmy dojeżdżając do Wiednia (hmm czy to tam legalne? ;))

Szlak Greenways Kraków - Morawy - Wiedeń, pokrywa się tu z wieloma innymi rowerowymi trasami, m.in. z takimi jak Jantarová stezka czyli Bursztynowy Szlak (EuroVelo 9), Mikulovská vinařská stezka, Moravská vinná stezka, Okruh Stará hora czy też ścieżka Brno - Wiedeń. W tym miejscu chciałam kilka słów poświęcić infrastrukturze rowerowej, która w Czechach jest niewątpliwie świetnie zorganizowana. Ścieżki rowerowe są bezpieczne, dobrze oznakowane, w przeważającej części wylane asfaltem i często przebiegają przez najbardziej atrakcyjne miejsca w okolicy. Lokalne trasy łączą się w całość tworzącą imponującą sieć szlaków rowerowych, przez co praktycznie na rowerze można przejechać większość Czech, a już na pewno całe Morawy.
Mimo, iż przeklinaliśmy i narzekaliśmy na górzysty teren w Czechach, utrudniający nam podróż i wymagający wysiłku, to jednak z drugiej strony dzięki niemu nie mogliśmy narzekać na nudę i mieliśmy zagwarantowane przepiękne widoki. Bardzo nam się spodobał obszar, przez który jechaliśmy, czyli Morawy. Obejmują one wschodnią część Czech i mówi się, że chyba jest to najbardziej malowniczy i zróżnicowany region w Czechach. Kraina ta pełna jest wzgórz, porośniętych bujnymi łąkami, lasami i winnicami, a oprócz tego przyroda Moraw skrywa w głębi podziemne królestwo jaskiń. W całą tą scenerię wkomponowane są małe miasteczka, które sprawiają wrażenie jak gdyby żyły swoim własnym życiem, niezależnym od otaczającego je świata i przemian w nim zachodzących. Oprócz tego krajobraz urozmaicają imponujące pałace i zamki. Nieodłącznym jego elementem są także często występujące w południowej części Moraw winnice, rozciągające się na wzgórzach skąpanych w słońcu. Szczególnie bajecznie wyglądają ulice pełne winnych piwniczek, czasem wykutych w zboczach gór, które przypominały mi małe domki z baśni. To wszystko sprawia, że region ten jest niezwykle urokliwy i klimatyczny, nazywany często Toskanią.

Jesteśmy już coraz bliżej granicy z Austrią. Jedziemy wciąż ścieżką rowerową położoną między polami uprawnymi, a teren od długiego już czasu ku naszej radości jest wyrównany, bez podjazdów jak to było w poprzednich dniach.

 
Ostatni etap szlaku na terenie Czech., w pobliżu przygranicznej miejscowości Hevlin.



Na granicy czesko - austriackiej.


W końcu dojeżdżamy do Hevlina, ostatniej, czeskiej miejscowości tuż przy granicy z Austrią. Zatrzymujemy się na stacji benzynowej, by zrobić ostatnie zakupy, tym bardziej, że w Austrii ceny są bardzo wysokie. Nie tylko my się tam zatrzymujemy, ale i też wielu Austriaków, którzy korzystają z możliwości tańszego zakupu paliwa u sąsiadów. Okolice przygraniczne są na tyle spokojne, że zaczęłam się zastanawiać nad rozbiciem namiotu w tych stronach i zostaniem na noc, tym bardziej, że słońce zaczęło już zachodzić. Mój towarzysz nalegał jednak na dalszą jazdę. Ruszyliśmy więc przed siebie i przekroczyliśmy austriacką granicę, wjeżdżając do miasta Laa an der Thaya.



Pierwsze co nas wprawiło w zdziwienie po przejechaniu pierwszych kilometrów i co od razu rzuciło się w oczy, to idealny porządek na ulicach, zadbane obejścia, pięknie zaprojektowane ronda i toootalna cisza mimo jeszcze wczesnej, wieczornej pory. Zastaną sytuacją nie byłam aż tak ogromnie zaskoczona jak Rafał, ponieważ Austria to kraj niemieckojęzyczny i jakoś tak kojarzyła mi się z naszym zachodnim sąsiadem, a ponieważ byłam tam kilka razy, więc niejako przyzwyczaiłam się do porządku i spokoju, zwłaszcza w mniejszych miasteczkach i wsiach. Nie bez powodu słynne jest niemieckie powiedzenie "Ordnung muss sein" (porządek musi być). Początkowo niemiecki porządek, cisza na ulicach i to już wczesną popołudniową porą, nie mówiąc już o wieczorach, działały na mnie wręcz drażniąco. Podczas pierwszej wizyty w tamtych stronach zaczęłam się zastanawiać o co chodzi, dlaczego na ulicach nie widać żywej duszy, a wszystko jakby zamarło, czy to jakieś święto, czy też ludność się ewakuowała?! ;). Ale z czasem przywykłam do takiego stanu rzeczy. Austria więc pod tym względem nie wprawiła mnie w takie zdumienie jak Rafała. Niemniej jednak oboje zaczęliśmy snuć wyobrażenia na temat Wiednia, zakładając, że skoro małe miasteczka są tak zadbane, to pewnie Wiedeń będzie wypucowany i wypolerowany na błysk. Nie mogliśmy się doczekać, kiedy zobaczymy stolicę. Jazda przez Czechy zajęła nam więcej czasu niż planowaliśmy, więc szukaliśmy okazji do skrócenia sobie szlaku przy każdej możliwej okazji. Właśnie za miastem Laa an der Thaya szlak prowadził bardzo okrężnie, więc postanowiliśmy zboczyć z niego, ścinając drogę, by zaoszczędzić sobie czas i kilometry. Zaczęliśmy kierować się na Neudorf bei Staatz z zamiarem ponownego wjechania na szlak w Falkenstein bei Poysdorf. Zrobiła się już późna noc. Na pewnym fragmencie tej trasy spotkała nas zastanawiająca rzecz, a mianowicie kiedy mijaliśmy słupki drogowe, emitowały one ostry, wysoki dźwięk. Sytuacja ta miała miejsce przeważnie wówczas, kiedy nadjeżdżały auta z obu stron, ale nie zawsze. Dotąd nie wiemy jednak do końca , o co w tym chodziło. Zaczęliśmy rozglądać się za miejscem na nocleg, traciłam już nadzieję na znalezienie jakiejś dobrej miejscówki, bo albo było miasto (i wiadomo, że na chodniku nie rozłożymy namiotu) albo pola uprawne. Poza tym latarka oświetlała nam tylko najbliższe otoczenie, więc było ciężko dostrzec coś w oddali. Przejeżdżaliśmy akurat przez małą miejscowość Zlabern i Rafał dostrzegł park i dwie ławki, więc wpadł na pomysł, by się na nich przespać. Właściwie nie pozostało nam nic innego. Głęboka noc, więc cóż począć. Wybrałam sobie ławkę, rozłożyłam na niej karimatę i śpiwór. Park był nieduży, obsadzony krzewami i drzewami, a w samym jego środku znajdował się plac zabaw. Dookoła parku ulice i budynki mieszkalne, więc staraliśmy się nie używać lampek i zachować ciszę, by nie zakłócić mieszkańcom nocy i nie zwrócić na siebie uwagi. W blasku lamp ulicznych szykowaliśmy sobie miejsca do spania. Rafał zauważył dużą, okrągłą huśtawkę i postanowił spać na niej, była dużo wygodniejsza niż twarda ławka.

Nasz pierwszy nietypowy nocleg w Austrii. Park i plac zabaw w miejscowości Zlabern.


Zaczęłam przygotowania do wieczornej toalety, zamierzałam opłukać się chociaż troszkę wodą z butelki, tymczasem w ciemności dostrzegłam nieopodal nas jakby małą studzienkę z kranem! Odkręcam i YEESS! Płynie woda! :) Jak niewiele do szczęścia potrzeba :). Umyliśmy się od stóp do głów, a ja nawet zrobiłam drobne pranie:), po czym położyliśmy się do swoich "łóżek". Miejscówka, która początkowo budziła we mnie negatywne uczucia, ponieważ myślałam, że będzie powtórką fatalnego noclegu w Brnie, okazała się całkiem przyjemna. Austriacki spokój i cisza wypełniały całą okolicę, więc nie mieliśmy większych problemów z zaśnięciem. Noc była bezwietrzna i bardzo ciepła. Niestety sen trwał krótko, gdyż już ok. 5 godziny nad ranem zaczęliśmy się zbierać, ponieważ wioska się budziła do życia, a poza tym mieliśmy obawy, że moglibyśmy zwrócić na siebie uwagę stróży prawa ;) 




Sobota, 2 lipca 2016. Dzień piąty. 

 



 Zlabern - Wiedeń. 119 km.

Rankiem korzystamy jeszcze z dobrodziejstwa jakim obdarzył nas znajdujący się w parku kran z bieżącą wodą, pakujemy się i ruszamy w drogę. Szybko wzeszło słońce i nadszedł kolejny upalny dzień. Poranek zaczął nam się ciężko, gdyż w miejscowości Falkenstein bei Poysdorf natrafiliśmy na wysokie wzniesienie, które ciągnęło się niemalże bez końca. Podjazd był tak długi i trudny, że zaczęliśmy prowadzić rowery, by już na dzień dobry nie wyzerować się z zasobów energii. Całe szczęście, że nie przyszło nam w nocy wdrapywać się pod tą górę. Z pustymi rowerami nie byłoby źle, ale obładowani sakwami mieliśmy przed sobą niezłe wyzwanie. Początek dnia szybko popsuł nam humor. Po mozolnej pielgrzymce w końcu dobrnęliśmy na szczyt i mogliśmy wsiąść na rowery. Czekała nas nagroda za trud, ponieważ przed nami rozpoczął się baaardzo długi zjazd. Przez spory odcinek drogi nie musieliśmy pedałować, a jedynie odpoczywaliśmy i podziwialiśmy widoki, a rowery rozpędzały się do ponad 50 km/h. Kiedy się obejrzałam, zauważyłam, że na wzgórzu pod które się wdrapywaliśmy, stały ruiny zamku. Z informacji, które znalazłam, dowiedziałam się, że to zamek Falkenstein (Zamek na Sokolej Skale), a wzgórze na którym stoi ma prawie 300 metrów i stanowi dobry punkt widokowy na południowo - morawską część Czech. I pomyśleć, że podchodziliśmy pod takie wysokie wzgórze tylko po to, by z niego zjechać...

Zamek Falkenstein (Zamek na Sokolej Skale).


W miejscowości Falkenstein odnajdujemy szlak Greenways - z którego celowo zboczyliśmy tuż po przekroczeniu austriackiej granicy - i jedziemy dalej zgodnie z jego przebiegiem. Prowadzi on na tym etapie przez spokojne okolice i pośród pól uprawnych z przewagą winnic.

Winnice. Szlak Greenways na terenie Austrii w okolicach Falkenstein.


Mijamy takie miejscowości jak Herrnbaumgarten i Poysdorf. W tej ostatniej trafiamy na sklep, więc robimy pierwsze tego dnia zakupy. Na terenie Austrii szlak Greenways Kraków - Morawy - Wiedeń nie jest oznakowany. Mniej więcej od miejscowości Poysdorf dołącza szlak Greenways Praga - Wiedeń, a na dalszym etapie od miejscowości Ebersdorf and der Zaya dochodzi jeszcze szlak EuroVelo 9 (Bałtyk - Adriatyk), którymi to jedziemy aż do Wiednia.

Z nieba znów lał się żar, a my jechaliśmy w odkrytym terenie, prawie zero cienia, same pola a do tego pagórki. Po ok. 20 kilometrach takiej męczącej drogi w upale, w miejscowości Hobersdorf przy ulicy Brunnengasse napotykamy tuż przy szlaku rowerowym mini plac zabaw, altanę z ławkami i studnię z pompą ręczną.

Plac zabaw i studnia w Hobersdorf.






Zatrzymaliśmy się, by sprawdzić czy funkcjonuje. TAK :) Zaczęliśmy się cieszyć jak dzieci i korzystać z wody. Postanowiliśmy zrobić tutaj dłuższy postój. Rafał wyciągnął się na ławce w altanie.


Hobersdorf. Odpoczynek w parku.




 


Tymczasem ja zaczęłam rozglądać się dookoła i zauważyłam nieopodal dwa niewielkie budynki, w tym jeden oznaczony jako WC. Podeszłam bliżej, otwieram drzwi i moim oczom ukazuje się ogólnodostępna toaleta dla mężczyzn, kobiet oraz osób niepełnosprawnych. I to jaka!!! Cała wykafelkowana, czyściutka, na wyposażeniu papier toaletowy (nawet zapasowe rolki) i płyn do rąk. Co za luksus! Tak z pozoru banalne rzeczy docenia się dopiero gdy ich brakuje. Przepełniona radością natychmiast zawróciłam, by zanieść tą nowinę Rafałowi. Wzięłam ręczniki, kosmetyczkę i poszłam się odświeżyć w bieżącej wodzie, a potem jeszcze zrobiłam pranie kilku rzeczy, korzystając z normalnych, cywilizowanych warunków. Rafał również nie przepuścił takiej okazji. Męczyliśmy się przy studni, a tuż obok takie dobrodziejstwa :). Być może ktoś powie "Cudze chwalicie, swego nie znacie", ale w Polsce jak dotychczas nie spotkałam przy szlaku rowerowym takiego udogodnienia i toalety na takim poziomie.

 
Hobersdorf. Ogólnodostępne toalety przy szlaku rowerowym.


Po toalecie przyszedł czas na piknik, dojadaliśmy to co mieliśmy. Przy okazji zadbaliśmy też o to, bez czego nasza podróż nie mogłaby się odbyć - nasze rowery. Wymagały już wyczyszczenia napędu i nasmarowania. Po tym wszystkim rozłożyliśmy się wygodnie na trawniku w cieniu drzew i ucięliśmy sobie popołudniową drzemkę. Zasnęliśmy tak mocno, że nawet nie zauważyliśmy kiedy w tym samym miejscu zatrzymali się inni, lokalni rowerzyści i prowadzili rozmowy. Czas płynął jednak nieubłaganie i musieliśmy się zbierać, ponieważ celem na dziś był Wiedeń. Z bólem serca opuszczaliśmy to miejsce, które było jak oaza na pustyni. No ale cóż...
Słońce wciąż mocno grzało, a teren znów dawał się we znaki, gdyż szlak miejscami przybierał postać stromych podjazdów i zjazdów. Z górek często musiałam hamować, ponieważ rower rozpędzał się tak mocno, że ciężko było utrzymać równowagę (oczywiście bez sakw żaden problem). Natomiast podjazdy zmuszały nas do zejścia z rowerów i kosztowały trochę wysiłku. Na wierzchołku jednego z podjazdów pstryknęłam fotkę, ale na zdjęciu prezentuje się on bardzo łagodnie i nie oddaje nawet namiastki rzeczywistego wyglądu.

Austria. Szlak rowerowy pośród pól uprawnych.

Niewątpliwie zaletą szlaku, jest to, że prowadzi przez spokojne okolice o małym natężeniu ruchu lub pośród pól wyglądających jak kolorowa szachownica, co widać na powyższym zdjęciu.
Przejeżdżając przez miejscowość Ladendorf przypadkowo trafiamy na pizzerio - restaurację, w której to postanawiamy się zatrzymać na przerwę obiadową. Menu jest dość bogate, różnego rodzaju pizze (aż ponad 33 do wyboru), ale też m.in. sałatki, desery, burgery, dania mięsne i makaronowe. My zostajemy przy pizzy: Rafał wybrał Salami, a ja po długim namyśle Hawaii. Kiedy otrzymaliśmy zamówione pizze, byliśmy bardzo zaskoczeni ich wielkością. Pizze okazały się ogromne i raczej nazwałabym je familijnymi. Rafał z trudem zjadł swoją, a ja ledwo dałam radę z 1/3 częścią pizzy. Poprosiłam więc o spakowanie reszty na później ;) (przy okazji odkopałam w pamięci pojedyncze słówka z niemieckiego i coś wystękałam ;)). Pizze były naprawdę duuuuże i smaczne, nie żałowano dodatków, a ceny jak na drogą Austrię wcale niewygórowane, zbliżone do polskich (ja za swoją zapłaciłam 6,90 euro). Za niecałe 18 euro w ofercie widniała pizza familijna (dla 4 osób) - jestem ciekawa jakiej jest wielkości, skoro te zamówione przez nas były wielkie jak pizze rodzinne. Fanom pizzy i wygłodniałym podróżnikom chyba śmiało mogę polecić ten lokal ("Pizerria Giovanni", Hauptplatz 3, Ladendorf).


Wiedeń wita! Wjazd od strony dzielnicy Floridsdorf.
Objedzeni ociężale ruszamy w dalszą drogę, kierujemy się szlakiem rowerowym na Wiedeń, lecz czasem go ścinamy i robimy sobie skróty tam, gdzie to możliwe. Do Wiednia docieramy od strony dzielnicy Floridsdorf.
Przyznam, że witający nas znak "Wien" (Wiedeń) na tle zarośli wygląda jak gdyby zapowiadał wjazd do skromnej wioski. Jednak są to tylko obrzeża, a później miasto zaczyna wyglądać jak miasto. Początkowo trochę się gubimy, zastanawiamy się którędy jechać, zerkamy na mapę. Zagaduje nas jedna z mieszkanek, która po angielsku udziela kilku wskazówek, opisuje co warto zobaczyć, jednak nie wszystko rozumiemy. Pani stwierdziła, że tą drogą wjeżdża do miasta wielu rowerzystów, w tym sporo właśnie z Polski... Po usłyszeniu tej informacji trochę opadły mi skrzydła, ponieważ myślałam, że ludzie przyjeżdżający z Polski na rowerach to nie taki powszedni chleb. Przejazd przez Czechy traktowałam tak bardziej zwyczajnie, bo to tuż za naszą granicą, ale dojazd do Austrii klasyfikowałam już bardziej w kategoriach małego wyczynu. A tu proszę, nie byliśmy jedyni jak się okazało. Pani z małym przerażeniem zerka na moją spaloną słońcem nogę, życzy nam powodzenia, a my dziękujemy jej za rozmowę i ruszamy na podbój Wiednia. Przejeżdżamy przez Dunaj mostem Steinitzsteg, łączącym dzielnice Brigittenau i Floridsdorf. Most ten jest przeznaczony dla ruchu rowerowego i pieszego. Równolegle do mostu Steinitzsteg stoi most Nordbrücke, którym przebiega autostrada A22.

Wiedeń. Most Nordbrücke nad Dunajem.


Za mostem jedziemy ścieżką rowerową wzdłuż Kanału Wiedeńskiego i kierujemy się do samego centrum miasta.


Ścieżka rowerowa wzdłuż Kanału Wiedeńskiego w dzielnicy Alsergrund, w okolicy Wien Spittelau.

Wiedeń. Skrzyżowanie ulic Börsegasse i Schottenring.

Fontanna Austriabrunnen na placu Freyung.





W samym centrum Wiednia zwalniamy tempo, prowadzimy rowery i wędrujemy krętymi, brukowanymi uliczkami, podziwiając najstarsze wiedeńskie kościoły, place i wiele innych pięknych obiektów.
W Wiedniu znajdziemy liczne historyczne fontanny, które upiększają miasto. Zatrzymujemy się na chwilkę przy fontannie Austriabrunnen na placu Freyung, znajdującym się w sercu starego Wiednia. Posąg umieszczony na kolumnie symbolizuje Austrię, a cztery postacie poniżej to odpowiedniki rzek: Padu, Elby, Dunaju i Wisły.







Przy Freyung znajduje się także Schottenstift - Klasztor Szkocki.

Schottenstift czyli Klasztor Szkocki przy Freyung.

Krążymy trochę na oślep gdzie nas nogi poniosą. Od czasu kiedy wjechaliśmy do Wiednia zbierało się na burzę, więc z niepokojem obserwujemy niebo... W oddali moją uwagę zwracają dwie jasne, strzeliste wieże. To neogotycki Kościół Wotywny - Votivkirche zlokalizowany na Ringstrasse, wybudowany w dowód wdzięczności za nieudany zamach na cesarza Franciszka Józefa.


Kościół Wotywny - Votivkirche przy Ringstrasse.

Kościół św. Michała - Michaelerkirche.

Wkrótce potem docieramy na plac św. Michała - Michaelerplatz, przepełniony turystami i dorożkami. Tu zlokalizowany jest Kościół św. Michała ( Michaelerkirche ) - jeden z najstarszych kościołów w Wiedniu. To w tym kościele Haydn zaczynał swoją karierę organową, to także w tym miejscu odbyła się msza żałobna za Wolfganga Amadeusza Mozarta. W podziemiach kościoła panuje specyficzny mikroklimat, dzięki czemu ciała, które tam spoczywają doskonale się zachowały. Na placu św. Michała najbardziej moją uwagę pochłania Michaelertrakt (Skrzydło św. Michała) czyli główne wejście do Hofburgu - pałacu władców Austrii. Przed bramą, na placu odkryte są także wykopaliska z czasów starożytnego Rzymu.

Michaelertrakt (Skrzydło/Brama św. Michała).

Obiekt jest imponujący, a wiszące nad nim burzowe chmury wzmagają doznania wzrokowe. Jak wielka szkoda, że nie widzieliśmy całego kompleksu pałacowego wraz z ogrodami cesarskimi, a jedynie tylko główne wejście. Nie wiedzieliśmy jednak, że istnieje coś więcej, nie przygotowaliśmy się zupełnie do tego wyjazdu pod kątem tego co i gdzie można oraz warto zobaczyć. Po prostu jechaliśmy przed siebie, co napotkaliśmy to nasze, a co nie to możemy już tylko żałować...  
Idąc dalej natrafiamy na Prunksaaltrakt (Skrzydło Reprezentacyjne), które znajduje się na placu Josefsplatz. Łączy ono Redutensäle (Skrzydło Balowe) z Augustinertrakt (Skrzydło Augustiańskie). Obecnie mieści się tam Österreichische Nationalbibliothek (Austriacka Biblioteka Narodowa).

Österreichische Nationalbibliothek (Austriacka Biblioteka Narodowa).


Pomnik Józefa II przed
Österreichische Nationalbibliothek
Centrum tętni życiem, jest bardzo gwarne, pełne turystów i czułam się tam mocno zagubiona. Wiedeń niewątpliwie ma swój klimat i urok, nie jest może aż tak wypolerowany jak zakładaliśmy wjeżdżając na teren Austrii, ale zdecydowanie nie można zarzucić mu braku porządku i czystości.
Naszą wędrówkę po mieście przerywa ogromna ulewa i burza, które już od długiego czasu wisiały nad Wiedniem. Schroniliśmy się pod niewielkim dachem pobliskiego budynku. Wciśnięci wraz z rowerami w suchy kącik patrzeliśmy bezradnie jak błyskawice przeszywają niebo a deszcz zalewa ulice i rozgania turystów. Przed oczami mignęły mi znów wspomnienia z koszmarnego noclegu w Brnie i posmutniałam widząc, że dziś nie będzie lepiej.  Myślałam, że to będzie krótka nawałnica, ale staliśmy tak bardzo długo. Przypomniało mi się, że kiedy w domu przed naszym wyjazdem analizowałam mapę, w okolicy Wiednia mimowolnie zauważyłam kilka kempingów. Zerknęłam więc na mapę w telefonie w celu odnalezieniu trasy do najbliższego z nich. Po drodze było nam do Camping Neue Donau. Poczekaliśmy aż burza i ulewa trochę osłabły, postanowiliśmy dłużej nie czekać, gdyż nie zanosiło się na lepszą pogodę. Ruszyliśmy w poszukiwaniu kempingu. Uliczne życie w mieście nieco ucichło - trochę pewnie ze względu na aurę a i też na nocną porę. Zerkaliśmy co chwilę na mapę by nie pogubić się w gęstej sieci ulic. Wkroczyliśmy już na szlak Donauradweg (Dunajska Droga Rowerowa Wiedeń - Bratysława) i jedziemy nim aż do Kanału Dunaj, potem wkraczamy do dzielnicy Leopoldstadt. Dalej przez pewien czas jedziemy mrocznym, miejskim parkiem. Kemping znajduje się po drugiej stronie Dunaju, jednak mimo zaznaczonego szlaku na mapie i lokalizacji gps, mamy problem z odnalezieniem drogi na drugi brzeg rzeki. Błądzimy, krążymy, w końcu postanawiamy cofnąć się do miejsca gdzie straciliśmy orientację i gdzie krzyżowały się ścieżki rowerowe. W końcu udaje nam się trafić na właściwą trasę i przejeżdżamy przez Dunaj ścieżką na moście, poprowadzoną równolegle do autostrady A23, a na końcu zjeżdżamy mega serpentyną w dół mostu i znajdujemy się pośrodku Dunaju na wysepce Donauinsel. Ślad gps na mapie wygląda jak gdybyśmy jechali w poprzek rzeki, ale w istocie była tam droga. Sama korzystałam z śladu gps znalezionego w internecie, od kogoś kto jechał już tą trasą i dlatego widząc, że gps prowadzi przez rzekę - zwątpiłam. Jak się jednak okazało to wcale nie był błąd. Na Donauinsel rozstajemy się ze szlakiem i próbujemy przedostać się przez resztę rzeki na jej drugi brzeg, co nam się dość szybko udaje. Na Donauinsel (wyspa Dunaju) jest dość gęsta sieć ścieżek rowerowych, właśnie jedna z nich przeprowadza nas na drugi brzeg rzeki, gdzie kontynuujemy jazdę i szukamy kempingu. Ścieżka prowadzi w mroku i wśród drzew, wzdłuż dość ruchliwej dwupasmowej drogi. Cały czas towarzyszy nam drobny deszcz. Po drugiej stronie ulicy Rafał dostrzega stację benzynową, jesteśmy trochę głodni, więc postanawiamy się tam dostać. Ścieżka, którą jedziemy znajduje się na pagórku, a prócz stromych schodów nie znajdujemy w ciemności innej drogi do zejścia na jezdnię. Znosimy zatem ciężkie rowery i przedostajemy się na drugą stronę ulicy. Robimy zakupy na stacji i przy okazji pytamy obsługę o kemping, bo gps pokazuje, że to gdzieś w pobliżu. Pan jednak jest nowy i nie umie nam nic pomóc. W ciemności nieopodal stacji zauważamy znak i wąską, asfaltową drogę prowadzącą pod górkę. Jedziemy nią i za chwilę trafiamy na Camping Neue Donau. Recepcja jest zamknięta, ale otwarta sala, gdzie grupa zakwaterowanych obcokrajowców ogląda trwający mecz Euro 2016. Chwilę poczekaliśmy pod dachem, gdyż rozpętała się znów straszliwa ulewa. Byłam już nieco zrezygnowana, ale mieliśmy chociaż kawałek dachu nad głową. Rafał przejmuje inicjatywę i przemieszczamy się intuicyjnie w głąb kempingu w poszukiwaniu pola namiotowego. Deszcz rozpętał się na dobre, ale dostrzegamy na samym końcu terenu kempingowego namioty. Próbujemy schronić się pod drzewem, ale ulewa zacina z każdej strony. Mimo to podejmujemy decyzję o szybkim rozbiciu namiotu. Plac z namiotami oświetla słaba lampa, w półmroku i w ogromnej ulewie pośpiesznie rozbijamy namiot. Wiadomo, że choćbyśmy starali się zrobić to jak najszybciej i tak zabierze to chociażby kilka minut. Sypialnia szybko nam moknie, narzucamy tropik i jakoś koślawo rozkładamy namiot. Rafał wrzuca swoje sakwy do namiotu, ja właściwie już nic nie ściągam z roweru, bo leje niemiłosiernie i już sama nie wiedziałam za co się brać. Rafał w biegu zdejmuje jedynie moje przednie sakwy, które szybko się demontuje, w przeciwieństwie do tylnych sakw na rzepy i przytroczonych do nich ekspanderami reszty bagaży. Wchodzimy do namiotu, z trwogą obserwujemy "dach" i nasłuchujemy jak deszcz wali o nasz dom. Na podłodze jest już pełno wody - trochę zleciało ze sakw, trochę z nas, a część podczas rozkładania namiotu. Deszcz ciężko było nazwać deszczem, to była jakaś totalna ulewa, nawałnica, po prostu LAAAŁO się z nieba i ani na chwilę nie słabło. Namiot w pośpiechu został źle rozbity, ściany zaczęły się zapadać i stykać ze sobą. Wszędzie woda... Rafał wyciągnął ręcznik i zaczął wycierać podłogę, rozkładać śpiwór. Ja swój śpiwór i karimatę miałam przytroczone na rowerze... Siedziałam w namiocie, bo zakładałam, że nie ma sensu robić cokolwiek innego, spodziewałam się, że to kwestia ok. dwóch godzin i zaleje nas całkowicie, trzeba będzie się ewakuować. Rafał wierzył, że namiot jakoś wytrzyma do rana, a potem poprawimy, ale chyba też był podłamany, wypił piwa, które kupił na stacji, bo chyba całkiem na trzeźwo nie mógł tego znieść. Położył się i próbował zasnąć. Czas mijał, z nieba lało się bez końca, grzmiało.
Zimno, mokro, ciemno.
Byliśmy przemoczeni i zmarznięci. Ścierpłam już od przykulonej pozycji, postanowiłam wyciągnąć mój cienki ręcznik z sakwy, którą miałam przy sobie. Rozłożyłam go na podłodze podobnie jak Rafał i też się położyłam. Przykryliśmy się kurtkami i tym co pod ręką. Rafał po jakimś czasie przysnął, ja nie zmrużyłam oka do świtu. Trzęsłam się z zimna, było mokro, twardo, głowa w dole, bo teren pod namiotem nierówny. Po kilku godzinach deszcz osłabł, ale padało do samego rana. Chyba nie pamiętam jak dotąd takiego oberwania chmury.
To była KOSZMARNA noc!


 

Niedziela, 3 lipca 2016. Dzień szósty.


Rankiem kiedy zauważyliśmy, że trochę przestało padać zabraliśmy się za poprawne rozstawienie namiotu i mocne naprężenie jego ścian. Aż dziwne, że tak pokracznie rozstawiony wytrzymał całą noc i nie zwalił nam się na głowę pod naporem wody. Rafał udał się do recepcji, aby zgłosić nasz pobyt. Niebo było niewyraźne, postanowiliśmy, że zostajemy do jutra. Zresztą po takiej ekstremalnej nocy jazda byłaby bezowocna i bezsensowna. Rafał przyniósł rachunek. Do zapłaty za dwie noce mieliśmy w przeliczeniu na naszą walutę ok. 160 zł !!... Austria niewątpliwie jest droga.
Poranek był mglisty, chłodny. Pierwsze o czym marzyłam to umycie się. Teren kempingu był dość obszerny. Przy drodze prowadzącej na pole namiotowe zauważyliśmy kran, gdzie postanowiliśmy zrobić poranną toaletę. Z grubsza doprowadziliśmy się do względnego porządku po tej straszliwej nocy i zaczęliśmy rozglądać się po kempingu. Mniej więcej na środku dostrzegamy budynek, a w nim całe zaplecze kuchenno - sanitarne. W jednym pomieszczeniu znajdowała się pralka i suszarka, w kolejnym kuchenka z podstawowym wyposażeniem i możliwością przygotowania posiłków, a pozostałą część wypełniały liczne toalety i prysznice - wszystko czyste i przestronne.
Gdy tylko to zobaczyliśmy, zabraliśmy się za pranie naszych rzeczy (niestety ręcznie, bo pralka nie działała...). Wzięliśmy też ciepły prysznic (o raaanny co za luksus :)). W międzyczasie podłączyłam do gniazdka elektrycznego telefon, by podładować baterię (wcześniej zanim odkryliśmy gniazdka w łazienkach, Rafał zaniósł swój telefon do podładowania w recepcji). Dostęp do prądu był trudny, zwłaszcza w ciągu dnia, więc trzeba było czatować aż zwolni się gniazdko, gdyż praktycznie w każdym możliwym wisiał czyjś telefon lub inny sprzęt.
Po całonocnej ulewie, dzień na nasze szczęście zrobił się bardzo słoneczny i ciepły. Mogliśmy wysuszyć namiot, pranie oraz rzeczy, które zmokły podczas ulewy. Wszystko, co ja i Rafał mieliśmy w sakwach crosso było suche, choć dało się wewnątrz wyczuć jakby takie delikatnie wilgotne powietrze/parę. Co jednak nie zaprzecza, że sakwy są wodoszczelne (nie są przecież próżniowo zamykanymi workami ;)). Z kolei rzeczy spakowane w mojej drugiej niewodoszczelnej sakwie, mimo zawinięcia w reklamówki, były totalnie mokre. Dlatego słoneczny dzień okazał się dla nas wybawieniem.

Wiedeń. Camping Neue Donau.


Po doprowadzeniu wszystkiego do porządku wybraliśmy się do mini marketu na pobliskiej stacji, gdzie byliśmy też poprzedniego wieczoru nim trafiliśmy na kemping. Zrobiliśmy zakupy. Naszym małym hitem było odkrycie ciasta z miodem i orzechami, taka typowa strucla. Potrzebne nam było jakieś słodkie co nieco na rower. Ciasto okazało się fajną przekąską, nie było drogie (nieco ponad 2 euro, 450 g), a syte i wystarczało nam na jakiś czas, a dodatkowo dobrze znosiło upały. W niedzielę strucla była naszym obiadem ;)
Postanowiłam zadzwonić też do rodziny. Pierwsze słowa, które ode mnie usłyszeli, brzmiały:
 "Mam dość, to moja ostatnia rowerowa wyprawa. Kolejne urlopy bez roweru". 
Moja rezygnacja wynikała głównie ze zmęczenia spowodowanego brakiem normalnej ilości snu w porach do tego przeznaczonych, trochę z kiepskiej organizacji wyjazdu, a przede wszystkim z wrażeń po noclegu w Brnie i Wiedniu. Pomyślałam wówczas, że i tak mam dotychczas szczęście, bo przecież równie dobrze mogłaby mi się przytrafić ulewna pogoda kilka dni z rzędu, że nie zawsze świeci słońce, a wiatr wieje w plecy, nie zawsze da się wyprać rzeczy, że przecież wiele niedogodności/przeszkód wiąże się z wyprawami, z survivalem...Z jednej strony to przygoda, wspomnienia, a z drugiej dyskomfort i wiele spraw z tym związanych. Strasznie nie lubię jeździć w deszczu, kiedy trzeba się cieplej ubrać, kiedy jest mokro i za chłodno, by się wykąpać gdzieś na łonie natury. Wolę nawet największe upały niż chłodne, deszczowe dni. Przyznam, że byłam wówczas dość mocno zrezygnowana, a czy pojadę na kolejne wypady czas pokaże ;) (ale już mam powoli ochotę na kolejne podróże ;))

Późne popołudnie przeznaczyliśmy na odpoczynek. Ja postanowiłam nadrobić zaległości po nieprzespanej nocy i zdrzemnęłam się na kilka godzin. Wieczorem udaliśmy się do a la stołówki posiedzieć trochę wśród ludzi. Akurat spora grupa osób (w tym wielu młodych Francuzów) oglądała transmisję z Euro 2016, mecz Francja - Islandia. Przyłączyliśmy się i tak zleciał wieczór. W łazienkach i w kuchni o tej porze tłok był znacznie mniejszy, skorzystałam z wolnego gniazdka elektrycznego i podłączyłam powerbanka w czasie oglądania meczu. Trochę obawiałam się pozostawienia go bez nadzoru, ale nie sposób było siedzieć i pilnować tyle godzin, więc zaryzykowałam i zostawiłam go także na noc, gdyż potrzeba ok. 8 godzin do całkowitego naładowania baterii. W nocy wstawałam co jakiś czas sprawdzić czy jeszcze nikt go nie ukradł i zobaczyć poziom naładowania. Spacer co jakiś czas w środku nocy do kuchni oddalonej niemały kawałek od pola namiotowego zaczął mnie mocno irytować, w dodatku sprawił, że miałam kolejną kiepską noc... Ciężko było inaczej rozwiązać sytuację z ładowaniem sprzętu, tym bardziej, że mieliśmy  t y l k o  jedną ładowarkę a dwa telefony i dwa powerbanki. Rafał przed wyjazdem zapodział gdzieś swoją ładowarkę... Zatem noc nie była dla mnie zbyt spokojna. Poza tym pole namiotowe jest w bliskim sąsiedztwie ruchliwej drogi i wyraźnie dało się słyszeć ciągle przejeżdżające auta.




Poniedziałek, 4 lipca 2016. Dzień siódmy.  




Wiedeń - Dol'any. 111,4 km.

Niedzielę przeznaczyliśmy na odpoczynek, natomiast w poniedziałek ruszamy w dalszą drogę. Do godziny 12 musieliśmy się wymeldować z kempingu. Rankiem korzystamy jeszcze z prysznica, zwijamy nasz cały dobytek i przygotowujemy się do wyjazdu. Tuż obok naszego namiotu rozłożyli się Polacy, którzy zmierzali autem do Chorwacji. Rafał zamienia z nimi parę zdań, uzyskuje od nich rzeczy potrzebne do opatrzenia rany, która zrobiła mu się na stopie po poparzeniu słońcem w ciągu ostatnich dni. Z małego pęcherzyka wytworzyła się spora rana.
Rozliczamy się jeszcze w recepcji i ruszamy. Cel na dziś - stolica Słowacji, do której z Wiednia dzieli nas ok. 60/70 km. Po opuszczeniu terenu kempingu, przedostajemy się na drugą stronę ulicy i wbijamy na ścieżkę rowerową. Znów mamy piękny, słoneczny dzień. Krótko po opuszczeniu kempingu jedziemy ścieżką rowerową przy Dunaju i w pewnej chwili wytrzeszczam oczy, ponieważ widzę jadącego przed nami pana na rolkach i z daleka wydaje mi się jak gdyby był nago lub w bardzo obcisłej, cielistej bieliźnie. Kiedy go minęliśmy okazało się, że faktycznie był nagi. Bez słowa, wymownie spoglądamy na siebie i jedziemy dalej, a tu co rusz jakiś kocyk lub leżaczek, a na nich wygrzewają się spalone słońcem, brązowe, golusieńkie panie i panowie... W przeważającej części byli to ludzie w wieku ok. 55+, a nawet grubo powyżej tego wieku...No tak, wszystko jasne, trafiliśmy na strefę dla naturystów ;). Wydaje mi się, że równolegle też prowadziła ścieżka rowerowa i to właśnie nią powinniśmy podążać, ale przeoczyliśmy zjazd i tak oto znaleźliśmy się w golaskolandii ;). Po przejechaniu krótkiego odcinka szukamy możliwości zjazdu na właściwą ścieżkę, która poprowadzi nas już wprost do Bratysławy. Zatrzymujemy się w miejscu rozgałęzienia ścieżek rowerowych i upewniamy się w którą stronę jechać. Mnóstwo tu rowerzystów, jeden z nich zatrzymuje się i informuje, że jeśli jedziemy do Bratysławy, musimy skręcić w przeciwną stronę. Zabiera nas ze sobą i wyprowadza na prostą. Teraz jedziemy już tylko przed siebie. 
Donauradweg (Dunajska Droga Rowerowa) oraz EuroVelo 6.

Z Wiednia do Bratysławy prowadzi ścieżka rowerowa Donauradweg, a także pokrywa się z nią szlak EuroVelo 6. Droga jest prosta, przyjemna, łatwa, bez podjazdów, dobrze oznakowania i przede wszystkim bezpieczna. Prowadzi z dala od miejskiego ruchu wśród pól, łąk i rozlewisk oraz przez teren Parku Narodowego Donau - Auen. Mamy wrażenie jak gdybyśmy jechali cały czas z górki. Odcinek z Wiednia do Bratysławy jest dość popularny i można tu spotkać wielu rowerowych turystów. Warto przed wyjazdem z Wiednia zaopatrzyć się w jakiś prowiant, gdyż praktycznie do samej Bratysławy nie ma po drodze żadnych sklepów, a jedynie gdzieś przy szlaku mignęła nam jakaś restauracja. Droga prowadzi wzdłuż Dunaju, częściowo w pewnym oddaleniu od jego nurtu. Miejscami jedzie się po nadrzecznym wale, co skojarzyło mi się ze ścieżką rowerową Odra - Nysa Łużycka, której fragmentem jechałam w Niemczech podczas urlopu w 2015 roku. Po pewnym czasie taka jazda zaczęła robić się nudna, nic tylko prosta, monotonna i niekończąca się droga, a dookoła lasy, pola, łąki. Jednak niewątpliwie był to najdłuższy płaski i najłatwiejszy odcinek podczas całej naszej wyprawy. Myślę, że idealnie nadaje się na rodzinną, niedzielną rowerową wycieczkę.


Po ok. 40-tu kilometrach przejeżdżamy przez most na drugą stronę Dunaju i docieramy do malowniczego miasta Hainburg, położonego pośród wzgórz na pograniczu austriacko - słowackim.

Hainburg,ulica Donaulände.

Widok na ruiny zamku warownego w Hainburgu.

Wciąż jedziemy drogą rowerową równolegle do Dunaju, na horyzoncie dostrzegamy już Bratysławę.

Droga rowerowa Wiedeń - Bratysława, okolice Hainburga.

Bratysława na horyzoncie.

Wkrótce przekraczamy granicę austriacko - słowacką.

Szlak rowerowy. Przejście graniczne Austria - Słowacja.
Granica austriacko - słowacka.


Ścieżka rowerowa prowadzi nas wprost do stolicy. Do centrum wjeżdżamy przez Starý most na Dunaju,
skąd roztacza się panorama na rzekę i miasto. Charakterystycznym punktem, po którym można rozpoznać Bratysławę już z dużej odległości, jest górujący nad brzegiem Dunaju Zamek Bratysławski (Bratislavský hrad). Wzniesiony został na najwyższym wzgórzu w samym centrum miasta. To niejako symbol stolicy i jedna z głównych atrakcji turystycznych.

Dunaj i widok na most Apollo.

Zamek Bratysławski.

Nie mamy konkretnego planu zwiedzania miasta, po prostu jedziemy przed siebie. Docieramy na najbardziej znany plac w Bratysławie - Hviezdoslavovo námestie. Plac jest bardzo zadbanym i pięknym miejscem, taka zielona oaza w centrum. Znajdziemy na nim fontanny, różne pomniki, liczne sklepiki i kawiarenki. Mieści się tutaj także okazały budynek Słowackiego Teatru Narodowego (Slovenské Národné Divadlo).

Słowacki Teatr Narodowy (Slovenské Národné Divadlo).

Naprzeciwko teatru stoi pomnik słynnego słowackiego poety Pavla Országha (pseudonim Hviezdoslav), od którego plac wziął swoją nazwę. Postanowiłam chwilkę posiedzieć z Hviezdoslavem i ochłodzić się w upalny dzień chociażby widokiem wody tryskającej z fontann ;)

Przy pomniku Hviezdoslava.
Fontanny na placu Hviezdoslavovo námestie.
























W pobliżu pomnika znajduje się też znany hotel Carlton Savoy, w którym to ponoć gościł m.in. Alfred Nobel.

Hotel Carlton Savoy.



Idąc dalej mijamy Katedrę św. Marcina (Dóm sv. Martina), która jest największym i najważniejszym kościołem w stolicy, od 2002 r. Narodowy Zabytek Kultury. Nieświadomie wkraczamy na ulicę Kapitulská, która jest jedną z najstarszych ulic w Bratysławie, pamiętającą czasy, kiedy przechodziły tędy orszaki królewskie zmierzające do pobliskiego zamku i katedry, gdzie odbywały się niegdyś koronacje monarchów. Uliczka ma swój urok i klimat. Z tego miejsca nasz wzrok przykuwa unikalna wieża gotyckiego Kościoła Klarysek (Kostol Klarisiek) z XIV wieku. Wieża jest wbudowana w mur, gdyż reguły zakonu zabraniały budowania świątyń z wieżami.


Katedra św. Marcina (Dóm sv. Martina).
Pomnik Świętej Trójcy w Bratysławie.























Ulica Kapitulská - jedna z najstarszych ulic Bratysławy.
 
Wieża gotyckiego Kościoła Klarysek (Kostol Klarisiek)

























Ta część miasta bardzo nam się spodobała, ponieważ znaleźliśmy się w labiryncie wąskich, brukowanych uliczek, które miały coś w sobie i aż chciało się je odkrywać. Miejsce to skojarzyło mi się z wąskimi, włoskimi uliczkami (choć nigdy we Włoszech nie byłam).

Bratysława, ulica Prepoštská.
Bratysława, ulica Klariská.
























Turystyczny autobusik na uliczkach Bratysławy.

Prezidentský palác w Bratysławie.

 Wkrótce przenosimy się w całkiem odmienną i ruchliwą część Starego Miasta, podążamy ulicami przez Prezidentský palác lub Grasalkovičov palác. Niestety nie zrobiłam żadnego ciekawego ujęcia pałacu, pstryknęłam fotkę tak ot sobie przejazdem, nawet nie zdając sobie w tym momencie sprawy co to za obiekt.






Następnie kierujemy się przez plac Námestie 1. mája i Námestie slobody, gdzie na chwilę się zatrzymujemy zaciekawieni plenerową imprezą. Podczas dalszej drogi z wyróżniających się obiektów mijamy jeszcze m.in. Slovenský rozhlas - siedzibę Słowackiego radia w budynku przypominającym odwróconą piramidę. Tuż obok stoi ogromny biurowiec Narodowego Banku Słowackiego (słow. Národná banka Slovenska).

Slovenský rozhlas.
Budynek Narodowego Banku Słowackiego.





















Postanawiamy już kierować się poza obręb miasta. Przejeżdżamy obok jeziora Złote Piaski (słow.Zlaté piesky), które wraz z okolicznymi terenami stanowi największy kompleks rekreacyjny w Bratysławie. Znajduje się tutaj także duże pole namiotowe. My jednak nie zostajemy tu na noc lecz zamierzamy korzystać z dnia i przejechać jeszcze trochę kilometrów. Od teraz zaczynamy drogę powrotną do domu. Nalegałam by szybko wyjechać z miasta i ruszyć w drogę, gdyż obawiałam się, że Słowacja tak jak Czechy może nam sprawić sporo kłopotu górzystym terenem.
Trudność sprawia nam wydostanie się z miasta. Trochę czasu błądzimy, szukamy mniej ruchliwych dróg i tej, która poprowadzi nas do Polski. W Czechach i Austrii mieliśmy ułatwione zadanie, ponieważ w większości korzystaliśmy z gotowych szlaków rowerowych, natomiast Słowację trochę sobie odpuściliśmy, nie przygotowaliśmy się i poszliśmy niejako na żywioł. Rafał postanawia skorzystać z trasy wyznaczonej za pomocą Google Maps, ale średnio to wychodzi, gdyż zostajemy prowadzeni w pokrętny sposób i w dodatku drogami europejskimi o dużym natężeniu ruchu. Kiedy udało nam się w końcu wydostać z miasta, postanawiam wziąć sprawę w swoje ręce, zerkam na mapę i stwierdzam, że nie mamy zbyt dużo opcji do wyboru. W myślach rysuję sobie szkic trasy powrotnej, możliwie po najkrótszej najprostszej linii. Wjeżdżamy na drogę nr 502 i choć jest dość ruchliwa, to właściwie ciężko znaleźć alternatywę. Na szczęście mamy do dyspozycji wąski pas asfaltu oddzielony linią. Mijamy takie miejscowości jak Pezinok, Modra. Przejeżdżamy ok. 35 km i już od jakiegoś czasu rozglądamy się za miejscem na rozbicie namiotu. Nie jest to łatwe zadanie, gdyż mijaliśmy miejscowości, albo lasy, albo pola uprawne, w związku z czym nie było gdzie się rozstawić. Dzień chyli się ku końcowi, więc rozpaczliwie wypatruję odpowiedniego miejsca. W końcu za miejscowością Doľany nalegam na zjechanie w jakąś polną dróżkę i poszukanie skrawka miejsca pośród zachwaszczonego terenu. Droga jest strasznie nierówna, ale zapuszczamy się w głąb nieużytków. Rafał wjeżdża rowerem w jakiś błotnisty dołek, koła momentalnie oblepiły się jakąś gliniastą mazią, która zapchała przestrzeń przy błotnikach i hamulcach, przez co koła nie chciały się kręcić. Zabraliśmy się za oskrobanie błocka. Rafał był strasznie zły za mój pomysł wjeżdżania w to miejsce, ale ja już nie miałam ochoty na kolejne włóczenie się po nocach lub na nerwowy, krótki sen w publicznych miejscach, z których trzeba przed świtem zmykać. Chciałam w końcu rozbić namiot tak na spokojnie nim zajdzie słońce, położyć się o normalnej porze i się wyspać. Rafał obawiał się, że będziemy widoczni z ulicy, więc postanowiliśmy iść dalej drogą, która zaczęła ginąć w tym zachwaszczonym polu. Opłacało się, gdyż docieramy do rozpościerającej się nieopodal łąki ze niedawno skoszoną trawą. Wybieramy w miarę równy teren w dolinie i rozbijamy namiot na skraju łąki :). Nigdzie tego dnia nie znajdujemy miejsca, gdzie moglibyśmy się umyć, zostają nam więc chusteczki odświeżające i woda w butelkach, którą jednak oszczędzamy, bo nie wiemy kiedy spotkamy sklep. Nim zapada zmrok mamy rozłożony namiot i już leżymy w śpiworach. Nareszcie pierwszy, normalny, spokojny nocleg i całkiem fajna, bezpieczna miejscówka.

Nocleg na dziko za miejscowością Doľany.



Wtorek, 5 lipca 2016. Dzień ósmy.

 



Doľany - Beluša. 124,6 km.


Widok ze wzniesienia na Trstín.



To była dobra noc. Obawiałam się, że będzie padać, gdyż niebo było wczoraj spowite ciemnymi chmurami. Obyło się na szczęście bez deszczu, ale dzień jak narazie też zapowiadał się niewyraźnie choć ciepło. Spakowaliśmy wszystko i ruszyliśmy w dalszą drogę.
Cały czas miałam przeczucie, że przejazd przez Słowację zajmie nam sporo czasu podobnie jak Czechy ze względu na górzysty teren. Wszędzie dookoła nas roztaczały się większe lub mniejsze górskie szczyty. Z niepokojem patrzyłam na drogę, która sprawiała wrażenie jakby prowadziła wprost na nie, ale na szczęście wiodła slalomem pomiędzy nimi, oszczędzając nam czas oraz siły. Oczywiście płaski teren nadal należał do rzadkości, ale podjazdy nie były aż tak strome i nie musieliśmy prowadzić rowerów tak często jak to miało miejsce w Czechach.

 

 


Na Słowacji praktycznie przez cały czas jechaliśmy dość ruchliwymi drogami, często mijały nas auta, więc jazda nie była zbyt swobodna. Niestety nie mieliśmy do wyboru przyjemnych, spokojnych ścieżek rowerowych jak w Czechach. Dzień mijał nam standardowo, zjazdy, podjazdy, postoje na odpoczynek czy podstawowe zakupy. Kierowaliśmy się na Nowe Miasto nad Wagiem, potem na Trenczyn. W Trenčianske Bohuslavice zatrzymujemy się na stacji po wodę, tuż obok była mała restauracja Motorest - Malý Ranč. Rafał nie miał ochoty, a ja postanowiłam zamówić sobie obiad. Do końca nie miałam pojęcia co zamawiam, ale intuicja pozwoliła mi dokonać trafnego wyboru. Otrzymałam dużą porcję ziemniaków, surówkę, spory kawałek mięsa w sosie serowym. Zapłaciłam 4,90 euro, co uważam za świetną cenę za pyszny i naprawdę obfity obiad. Rafał postanowił w tym czasie ruszyć w dalszą trasę, znaleźć zacienione miejsce i poczekać tam na mnie. Przy okazji podładowałam telefon, a także odkryłam możliwość pobrania przy barze kluczyka i skorzystania z toalety, gdzie odświeżyłam się pod bieżącą wodą. Obiad przywrócił mi siły. Ruszyłam sama, trochę ze strachem czy aby nie minę się gdzieś z Rafałem. Na szczęście w niedużej odległości spotkałam Rafała wypoczywającego na pagórku w cieniu mostu. Dzień znów był bardzo upalny.

Kierujemy się na Trenczyn, Dubnica nad Váhom i już od Nowego Miasta jedziemy drogą nr 61 wzdłuż lewego lub prawego brzegu rzeki Wag. Podobnie jak w Czechach tak i tu gdzieniegdzie naszym oczom ukazują się imponujące zamki górujące na wysokich wzniesieniach.

Trenčiansky hrad - zamek w centrum Trenczyna.

Kofola czyli czeska Coca-Cola. Fot. Rafał.

W miejscowości Ilava  zatrzymujemy się na stacji benzynowej na krótki postój. Rafał nie może sobie odmówić Kofoli - czyli czeskiej wersji Coca-Coli, która jest popularna zarówno w Czechach jak i na Słowacji. W sieci doszukałam się informacji, że Coca-Cola próbowała wykupić Kofolę, jednak Czesi jej nie sprzedali.

Na liczniku mamy już 110 km, więc zaczynam myśleć o miejscu na nocleg. Pokonujemy jeszcze 10 km i w miejscowości Beluša zauważamy biegnący wzdłuż ulicy jakby mały strumyk. Nie zważamy na to, że jesteśmy praktycznie w centrum miejscowości, schodzimy po małych stopniach i sprawdzamy wodę. Jest czysta, ale cholernie zimna, w dodatku słońce zaczęło już powoli zachodzić i powietrze także się ochłodziło. Rafał jednak nie waha się umyć, ja w pierwszej chwili rezygnuję. Jednak wczoraj nie mieliśmy okazji się umyć, nie wiedziałam też kiedy nadarzy się kolejna możliwość, dlatego przemogłam się i również wzięłam lodowatą kąpiel. Rafał chciał ruszać w dalszą drogę, ja jednak czułam, że będziemy tak jechać dalej i dalej, nie będzie gdzie się rozbić, bo albo pola uprawne albo miejscowości. Nalegam aby nie jechać dalej tylko rozejrzeć się po najbliższej okolicy, ruszamy osiedlową dróżką i wjeżdżamy na zarośnięte nieużytki za domami. Tuż obok biegnie linia kolejowa. Jeździmy wzdłuż torów i szukamy dogodnego miejsca. Rafał obawia się, że jesteśmy zbyt blisko domów i ktoś może nas znaleźć, dlatego jedziemy jeszcze dalej, aż w końcu tuż pod mostem, którym biegnie ruchliwa droga, w pobliżu torów pośród wysokiej trawy postanawiamy rozbić namiot. Okolica wydaje się być jednak bezpieczna, ponieważ pociąg tu się nie zatrzymuje, z mostu nas nie widać, a i osiedle mamy w dużej odległości, więc nie sądzę, że bez potrzeby ktoś tak ot sobie będzie tędy chodził. Pośpiesznie się rozpakowujemy i świeżo umyci idziemy spać nim zapada zmrok. Idealne zakończenie dnia i drugi udany nocleg :)

Widoki z miejsca naszego kolejnego "dzikiego" noclegu.



Środa, 6 lipca 2016. Dzień dziewiąty.

 

 


Beluša - Cieszyn. 130,3 km.

Rankiem znów wita nas słońce. Nasz namiot był mokry od rosy, a do tego oblazły go wielkie, brązowe ślimaki bez skorupek i w wielu miejscach pozostawiły swoje odchody ;p. Także najpierw oczyściliśmy namiot z "ozdób", a potem rozłożyliśmy tropik w miejscu nasłonecznionym i poczekaliśmy aż słońce go osuszy, by wkrótce potem ruszyć w dalszą drogę.

Ostatni poranek na obczyźnie. Opuszczamy nocną miejscówkę ;)

Naszą podróż kontynuujemy trasą nr 61 wzdłuż rzeki Wag, kierujemy się na Powaską Bystrzycę i Żylinę.


Okolice Powaskiej Bystrzycy.


W kierunku Polski. Okolice granicy słowacko - czeskiej.
 W Żylinie trochę się gubimy, trafiamy na bardzo ruchliwy odcinek drogi, który musimy ominąć. Po pewnym czasie odnajdujemy właściwy kierunek i jedziemy dalej drogą krajową nr 11, która jest też oznaczona jako europejska trasa E75. Cały czas towarzyszy mi uczucie napięcia i stres, ponieważ natężenie ruchu jest bardzo duże i co rusz mijają nas auta. Przed Czadcą mamy do pokonania dość długi i mało przyjemny podjazd. Niektóre mijające nas auta trąbią. Męczymy się jakiś czas z podjazdem aż naszym oczom ukazuje się tunel i znak zakazujący wjazd m.in. rowerów. Cały wysiłek na marne, nie spodziewaliśmy się tego. Zawracamy i z kolei teraz mamy przed sobą dłuuugi zjazd. Cofamy się do momentu zjazdu do miejscowości Czadca i omijamy tunel boczną drogą, a za jakiś czas znów wjeżdżamy na drogę nr 11, która prowadzi nas do Czech.

Słowacja słabo utkwiła mi w pamięci, gdyż od momentu opuszczenia Bratysławy moje myśli skupione były wyłącznie na jak najszybszym pokonaniu trasy i powrocie do domu. Do tego co jakiś czas mijaliśmy billboardy promujące walory turystyczne Słowacji ze sloganem "Všade dobre, doma najlepšie" (wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej). Napis ten jeszcze bardziej wzbudzał we mnie tęsknotę za własnym domem, za swobodą, bo wiadomo, że nie ma to jak u siebie ;)

Nie ma to jak w domu :-)

Myślałam, że tego dnia nie dotrzemy jeszcze do Polski, tymczasem sprawnie przejeżdżamy czeski odcinek i docieramy późnym popołudniem do Cieszyna. Wyjazd kończymy na rynku w Cieszynie, gdzie udajemy się do restauracji na placek po węgiersku i piwko ;). Bilety na pociąg mamy wykupione dopiero na piątek, więc do tego czasu zostajemy w Cieszynie i korzystamy z ogromnej gościnności rodziny Rafała.
W piątek wyruszamy rowerami z Cieszyna do Wodzisława Śląskiego skąd mamy pociąg do Warszawy. Następnego dnia rozstaję się z moim współtowarzyszem wyprawy i wracam pociągiem do siebie :)


 Kilka słów w ramach podsumowania:


Niezależnie od różnych chwil, tych fajnych i tych mniej, jestem dumna z tej wyprawy. Nie licząc dnia postoju w Wiedniu, w ciągu właściwie  o ś m i u   dni przejechaliśmy  r o w e r a m i    t r z y    p a ń s t w a   i zrobiliśmy nieco ponad 900 km. Ktoś pewnie powie to tylko Czechy, Austria, Słowacja. Nie wywołują wrażenia, bo przecież w obecnych czasach powodem do zachwytu i chwalenia się jest wycieczka np. do Egiptu, wczasy w Tunezji czy na Maderze. A takie np. Czechy czy Słowacja?! Phii, to przecież tuż przy naszej granicy, przecież Czechy są jak Polska, nuuuuda.
Przyznam jednak, że nie zdziwią mnie takie reakcje, gdyż sama miałam podobne przekonania. A to właśnie Czechy najbardziej mnie zaskoczyły i zachwyciły, bardzo chętnie wróciłabym tam w przyszłości.
Wyprawę zaliczam do najtrudniejszych z wszystkich moich dotychczasowych wyjazdów, głównie ze względu na rzeźbę terenu, a także nieustający upał.
Trochę żałuję, że nie przygotowałam się do wyjazdu pod kątem atrakcji i miejsc wartych zobaczenia. Czasem byliśmy tak blisko godnych uwagi i pięknych obiektów, a bezwiednie je mijaliśmy, nie wiedząc o ich istnieniu. Trochę gonił nas czas, czasem późna pora i konieczność poszukania miejsca na nocleg.

Niewątpliwie każda tego typu wyprawa - podczas której pogoda staje się dokuczliwa, nie zawsze jest jak i gdzie się umyć, sen bywa niespokojny, a jutro niepewne - uczy mnie doceniania i szacunku do tego co mam: łóżka; bieżącej wody w kranie; dachu nad głową; miejsca, gdzie czuję się bezpiecznie i ludzi, na których mogę liczyć. Niby banalne, a jednak istotne.


Poniżej mapa z trasą naszej wyprawy (w kilku miejscach zapomniałam włączyć GPS, czego skutkiem jest automatyczne połączenie ostatnich lokalizacji linią prostą, przecinającą czasem lasy, rzeki i ulice ;)). Przez Czechy i Austrię (do Wiednia) jechaliśmy w dużej mierze zgodnie z przebiegiem Międzynarodowego Szlaku Rowerowego Greenways Kraków - Morawy - Wiedeń, którego jednak czasem ścinaliśmy, szukając skrótów. Z Wiednia do Bratysławy prowadziła nas Dunajska Droga Rowerowa Donauradweg, która to jest częścią szlaku EuroVelo 6 (łączącego Ocean Atlantycki i Morze Czarne).
Wyprawa należała do niskobudżetowych, a całość kosztów wyniosła w moim przypadku ok. 660 zł:
- w tym ubezpieczenie turystyczne wykupione online w mbanku 40,50 zł;
- koszty przejazdu pociągami (do Warszawy, a stamtąd na granicę czeską i z powrotem wyniosły łącznie 323 zł, czyli stanowiły największą część wydatków);
- pozostała część to głównie wydatki na jedzenie, picie.
Do kosztów nie wliczałam zakupów spożywczych zrobionych przed wyjazdem i tych związanych z przygotowaniem podstawowego ekwipunku. W ogólnym rozliczeniu wyprawa jak na podróż przez 3 kraje wyszła tanio. Podane koszty zamieszczam tylko w celu orientacyjnym, nie należy ich traktować jako ostatecznych, choćby ze względu na fakt, że każdy ma inne potrzeby żywieniowe (ja należę raczej do osób ekonomicznych, lubiących przemyślane wydatki).




Czechy - Austria - Słowacja. Trasa wyprawy.



6 komentarzy:

  1. Bardzo ładna wyprawa. Dziękuję za ciekawą relację.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzień dobry.
    Uff! Momentami czyta się te relację jak niezły horror.
    Dawno tu nie zaglądałem , bo wydawało mi się z braku wpisów, że Twój blog "umarł śmiercią naturalną" - a tu proszę : niespodzianka , i to jaka !
    Gratuluje odwagi , chociaż momentami trzeba by to nazwać jakoś inaczej...
    Ja z małżonką nie wyobrażamy sobie ( wiadomo - 55+) wyprawy rowerowej bez wcześniejszego przygotowania trasy, włącznie z rezerwacją na booking.com wszystkich noclegów w jakichś pensjonatach czy hotelikach na trasie. Dla nas odpoczynek po kilkudziesięciu kilometrach w przyzwoitych warunkach to podstawa dla odpowiedniej regeneracji i miłego spędzenia wieczoru po całym dniu na rowerze.
    Ubiegłoroczna wyprawa szlakiem Odra-Nysa tak właśnie wyglądała i bardzo mile ją wspominamy. Jechaliśmy z południa na północ , żeby mieć z górki. No ale wyszło tak, że pierwszy etap przez Czechy , z Nowej Wsi do Zittau , którego najbardziej się obawiałem z powodu gór - wyszedł najłatwiejszy! Górki były, owszem , ale znośne . Natomiast później było już tylko gorzej , bo do samego końca mieliśmy mocny przeciwny wiatr. Ale inne wrażenia były jak najbardziej pozytywne.
    W tym roku ruszamy w Polskę dla "dokończenia " szlaku latarni morskich (Gdańsk , Krynica Morska) i łączymy to z Żuławami oraz Warmią i Mazurami , gdzie miejscami wypróbujemy osławiony GreenVelo ( dużo różnych opinii).
    Życzę następnych udanych wypraw i do zobaczenia na szlaku!
    Pozdrawiam- J.

    PS - Schudłaś troszkę?...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na początku gratuluję wytrwałości w czytaniu tego jakże dłuuugiego wpisu! Zdaję sobie sprawę, że zaniedbuję blog i mam za długie przerwy w pisaniu. Czasem nie mam motywacji, czasem myślę, że jest w internecie tyle blogów i ogólnie stron poruszających tematykę rowerową w profesjonalny sposób, że mój blog nie ma sensu i racji bytu w tym całym gąszczu. Momentami mam faktycznie ochotę na pozostawienie tego bloga,a wówczas stanie się tak jak stwierdziłeś:"umrze on śmiercią naturalną". Jednak coś jeszcze sprawia, że od czasu do czasu naskrobię trochę tekstu;)

      Taaak, masz rację: ta wyprawa była nieco odważna, ale z drugiej strony, wiem co masz na myśli- momentami wypadałoby określić, że trochę mało odpowiedzialna i rozsądna. Ja raczej też wolę mieć wszystko przygotowane, opracowane szczegółowo trasy. W zeszłym roku kiedy podróżowałam w pojedynkę i właśnie fragmentami szlaku Odra-Nysa, byłam zdecydowanie bardziej przygotowana na wszystko, a wyjazd był dużo bardziej przemyślany. Nocleg w namiocie i na dziko ma jednak to do siebie, że nie ma tu raczej mowy o planowaniu, po prostu to jest spontan, jedzie się przed siebie, a w miejscu, w którym się spodoba rozbija się namiot i nocuje. To niewątpliwie zaleta nocowania w namiocie w przeciwieństwie do noclegów w hostelach itp., gdyż można samemu decydować, w którym miejscu rozbić namiot, a tym samym mieć unikalną miejscówkę i piękne widoki:). Ja jednak nie do końca lubię podróżowanie wyłącznie z wykorzystaniem namiotu, wolę tak jak Wy, chociażby od czasu do czasu zatrzymać się w jakimś miejscu, gdzie można w cywilizowany sposób spędzić noc i przede wszystkim skorzystać z toalety jak człowiek (mi przede wszystkim na rowerowych wyjazdach brakuje możliwości normalnego umycia się, a z kolei ciągłe korzystanie z hoteli,hosteli,pensjonatów etc. mocno obciąża budżet...).
      Ja jeszcze mam 30+ , więc takie spontaniczne i dzikie noclegi w miarę znoszę, ale Wasz sposób podróżowania uznaję za rozsądny i zrównoważony. Jest czas na spokojną jazdę i na odpoczynek w dobrych warunkach, a ja właśnie sobie uświadomiłam,że moje wyjazdy często wyglądają w ten sposób, że cały dzień morderczej jazdy, by o zmroku paść w namiocie i nie mieć siły na nic, a rano wstać nie do końca zregenerowanym, z uczuciem połamania i rozbicia. To odbiera przyjemność z jazdy. Dlatego uważam tak jak Ty, że nocowanie w przyzwoitych warunkach to jednak dobry wybór, jeśli chce się serio odpocząć po całym dniu fizycznego wysiłku i mile oraz komfortowo spędzić wieczór.

      Usuń
    2. Z tego co piszesz, widzę, że wyprawa Odra-Nysa doszła do skutku:) Gratuluję wyjazdu i wspólnej pasji! Kiedy ja jechałam tym szlakiem w okolicach Kostrzyna nad Odrą, to pamiętam, że kiedy podróżowałam z południa na północ to w jednym dniu towarzyszył mi świetny wiatr w plecy, a nazajutrz wprost przeciwnie - silny wiatr w twarz. Strasznie mnie wówczas ta jazda zirytowała i wymęczyła, bo trochę kilometrów sobie na ten dzień zaplanowałam, a tu wiatr pokrzyżował mocno plany i sprawił, że dopiero po zmroku dotarłam na nocleg.

      To mówisz, że w tym roku kończycie szlak latarni + Mazury. Ciekawa opcja:) Ja uważam, że z dotychczasowych wypadów, ta pierwsza moja wyprawa fragmentem polskiego wybrzeża była najfajniejsza i najlepiej ją wspominam:) Jazda w bliskim sąsiedztwie morza, nadmorskie miejscowości i każdego dnia inna, to super pomysł na wyjazd rowerowy, szczerze polecam:)
      GreenVelo chodził za mną już w zeszłym roku - a bo to nowy szlak, a bo tyle różnych opinii, ale jakoś ostatecznie wyszły te Czechy, Austria i Słowacja, z czego w gruncie rzeczy też jestem zadowolona:) Natomiast w tym roku nie mam kompletnie żadnej koncepcji na urlop, który jest już wpisany na początek sierpnia. Chciałoby się np. Norwegię, ale koszty... W Polsce lato ostatnio jest takie średnio pogodne, w deszczu nie lubię podróżować, więc może zagranica, ale to z kolei większy koszt. Sama nie wiem, nie mam jeszcze pomysłu.

      Również Was pozdrawiam i do zobaczenia może kiedyś na szlaku:)

      ps. czy schudłam? nie wiem, chyba nie. Gruba raczej nigdy nie byłam hi hi. Od kliku już lat moja waga waha się między 49-53kg, ale może na zdjęciu w tym wpisie wyszłam szczuplej. A może faktycznie trochę kg ubyło, bo jednak dziennie pokonywaliśmy tyle km, a zdarzały się dni bez obiadu i konkretnych posiłków.

      Usuń
    3. Całkowicie się zgadzam - namiot ma przynajmniej dwie niezaprzeczalne zalety: niskie koszty i całkowita dowolność w planowaniu długości etapu. Dyskutowałbym tylko nad legalnością rozbijania na dziko - ja chyba bym się nigdy nie odważył. Jak już , to pole namiotowe, lub u kogoś w ogrodzie.
      A właśnie! A propos powyższego i Norwegii. Nie wiem ile w tym prawdy ale podobno jest tam takie prawo, że jeżeli jadąc , spacerując przez jakąś wieś, stwierdzisz, że jest tak pięknie i właśnie chciałabyś rozbić się z namiotem właśnie u kogoś na posesji (bo tak Ci pasuje), to prosisz gospodarza o zgodę i ten nie może Ci odmówić . Może warto wypróbować?

      Pzdr - J.
      (Aha - waga i sylwetka jak najbardziej perfekcyjna! ;-))

      Usuń
    4. Tak, tak rozbijanie namiotów na dziko w wielu krajach jest nielegalne, ale z drugiej strony nie rozumiem co komu to przeszkadza. Ważne, by po sobie zostawić porządek i miejsce w takim stanie, w jakim było uprzednio. Metoda na nocowanie u gospodarza i rozbicie namiotu na jego posesji jest też całkiem fajna, można poznać nowych ludzi i obyczaje, mile spędzić czas, choć z drugiej strony ma to też swój minus,bowiem zdarzył mi się raz taki nocleg na posesji u ludzi- nie dość,że pechowo trafiłam na patologiczną rodzinę i całą noc prawie nie spałam w obawie czy nie stanie mi się krzywda, to jeszcze wieczór miałam do późna wypełniony rozmowami. Wiadomo, że wypada trochę z ludźmi pogadać, ale po całym dniu jazdy często jedyne o czym się marzy to umyć się i odpocząć, wyspać się, a niektórzy tego nie rozumieją i po prostu liczą na całonocną imprezę integracyjną...
      Co do tego prawa w Norwegii to nie słyszałam, ale podoba mi się:). Natomiast gdzieś przypadkiem na jakimś forum czytałam o tym, że właśnie są kraje, gdzie panują takie zwyczaje z tymi noclegami, tyle, że często niektórzy podróżnicy po prostu nadużywają taką gościnność gospodarzy i pozostawiają niemiłe wrażenia.

      (ps. ufff, a już się przestraszyłam, że z moim wyglądem coś nie tak;))

      Usuń