25 stycznia 2016

Samotne 300 km rowerem w jeden dzień?! O dłuższych dystansach w oczach amatorki i z perspektywy zwyczajnego roweru.



Dzień 30 sierpnia 2015 roku zapewne mocno zapisze się w mojej rowerowej historii. W tym bowiem dniu udało mi się przejechać 300 km!

Poniżej chciałam przedstawić relację z moich jednodniowych rekordów: 200 km (w 2014 r) i 300 km w roku 2015.
Rowerem zaczęłam jeździć mniej więcej w czerwcu 2014 roku, tak sporadycznie, przeważnie w weekendy. Do sierpnia siedziałam na rowerze w sumie 12 razy, a długość pokonywanych przeze mnie tras mieściła się w przedziale 50- 60km i raz 100 km. Dwa miesiące później, czyli w sierpniu, zamieściłam na jednym z portali podróżniczych ogłoszenie o chęci dołączenia do jakiejkolwiek wyprawy rowerowej. W wyniku tego ogłoszenia pojechałam z  nieznajomymi chłopakami na Hel (wyprawa zaczynała się w Szczecinie, ja dopiero mogłam dołączyć w Kołobrzegu - tu przeczytasz relację). To pierwszy taki kilkudniowy wypad z pełnym ekwipunkiem w moim wykonaniu, więc towarzyszyły mi spore emocje. Najdłuższy odcinek z jakim przyszło mi się zmierzyć wyniósł 118 km. Przeżyłam też swój pierwszy kryzys właśnie tuż pod koniec tego odcinka, który objawił się tzw. odcięciem energii. Nie miałam siły nawet by zmienić palcem przerzutkę na manetce. Patrząc z perspektywy czasu wiem, że spowodowane było to rwanym tempem, jazdą w grupie (znacznie lepiej jeździ mi się solo), tym, że prawie w ogóle nie piłam (nie miałam ochoty) i przede wszystkim moim gorszym samopoczuciem w tym dniu [spowodowanym kobiecą przypadłością;)]. Taka sytuacja "odcięcia energii" nie miała już nigdy więcej miejsca, nawet kiedy pokonałam trasę 300 km w jednym dniu.

Po powrocie z tego kilkudniowego wypadu na Hel, nabrałam ochoty na przejechanie 200 km w ciągu 1 dnia. Pewnego słonecznego wrześniowego poranka wstałam ok. 6-7 godziny, spakowałam w sakwy kilka niezbędnych rzeczy i ruszyłam po rekord. Po zachodzie słońca dotarłam do domu z upragnionym wynikiem na liczniku 201,49 km. Trochę się obawiałam mając w pamięci kryzys z wypadu na Hel, jednak niepotrzebnie. Nic takiego się nie zdarzyło. Myślę, że sekret tkwił przede wszystkim w ogromnej motywacji, a także w tym, że nie ścigałam się z czasem, rozłożyłam siły na całą trasę. Jechałam równym tempem i takim na jakie pozwalał mi w danej chwili organizm, nieraz 30 km/h, a czasem 15 km/h. Moim celem nie było dobre tempo lecz wyłącznie przejechanie założonego odcinka w ciągu dnia.
Do przejechania tego dystansu nie przygotowałam się praktycznie w żaden szczególny sposób: ani wcześniej nie trenowałam systematycznie, ani nie pokonywałam długich odcinków w ramach ćwiczeń przed pobiciem rekordu (jak już wcześniej wspomniałam rekord 200 km ustanowiłam na samym początku września, a zaczęłam rekreacyjnie jeździć w czerwcu, przeważnie w niektóre weekendy, więc nie ma tu mowy o żadnym zaawansowanym treningu czy systematyczności wskazywanej w wielu poradnikach). Pokonując ten dystans nie stosowałam praktycznie żadnych porad, które można znaleźć w sieci (gdyż nawet do końca nie byłam świadoma ich istnienia). Nie zabierałam ze sobą żadnych specyfików dla kolarzy typu izotoniki, żele/batony energetyczne, odżywki i inne cuda. Spakowałam jedynie kilka kanapek, ok. 2- 2,5 litra wody mineralnej niegazowanej, kilka słodkości (np. batony takie jak Lion czy Snickers, czekolada, i jakieś inne pospolite batoniki). Po drodze w miarę potrzeb robiłam kilkuminutowe postoje i jeden dłuższy ok. godzinny. Założony cel został osiągnięty.



W moim przypadku potężną rolę odegrały motywacja i psychiczne nastawienie. Poznałam wcześniej facetów, dla których liczył się tylko markowy sprzęt za grube pieniądze, wszystko musieli mieć najlepsze lub chociaż bardzo dobre- począwszy od odżywek, odzieży, gadżetów a na rowerze kończąc. Wszystko co tańsze wg nich po prostu nie jedzie i nie funkcjonuje. Do tego jeszcze takie podejście, że kobieta nie może być lepsza od faceta. Właśnie dlatego postanowiłam udowodnić, że choć może jestem z pozoru drobną kobietką, mam rower z najniższej półki cenowej, "sto razy" gorszy i cięższy, to dam radę przejechać tyle, ile "profesjonaliści" lub więcej. Chciałam też przede wszystkim sprawdzić sama siebie, swoje granice wytrzymałości oraz możliwości przeciętnego roweru.
Byłam tak przeogromnie zawzięta w sobie, że po prostu chyba nie mogło się nie udać. Rekord osiągnęłam, a znajomość praktycznie się rozsypała, gdyż męska duma nie mogła sobie z tym faktem poradzić;)

Do przekraczania pewnych granic zainspirował mnie młodszy brat, który wówczas od kilku lat jeździł na trekkingu wartym ok.700 zł. Bezawaryjnie przejechał wiele tysięcy kilometrów po Polsce jak i za granicą (w wieku niespełna 20- stu lat był z kolegą na wyprawie z Polski do Włoch oprócz tego m.in. Chorwacja, Austria, Czechy, Węgry, Słowacja). W swoim rowerze w sumie niewiele wymieniał, jedynie opony, linki i klocki hamulcowe, przednią przerzutkę. Nie tykał natomiast wolnobiegu, łańcucha ani mechanizmu korbowego. Obecnie czas nie pozwala mu na realizację rowerowej pasji, ale na jego przykładzie przekonałam się, że do przeżycia wspaniałych przygód czasem niekonieczny jest super sprzęt i tysiące złotych porad odnośnie pokonywania długich dystansów czy użytkowania samego roweru.

Rekordowe 200 km przez pewien czas było dla mnie powodem do satysfakcji, jednak w nowym sezonie nabrałam ochoty na więcej, a mianowicie na 300 km w 1 dzień. Dni i miesiące upływały i jakoś nie bardzo mogłam się za ten cel zabrać - a to pogoda nie taka, a to brak czasu lub chęci. Zawsze coś stało na przeszkodzie. Kończył się sierpień, we wrześniu dni coraz krótsze, z pogodą też różnie może być, więc myślę albo jutro albo już nie w tym sezonie... i pojechałam.

 

300 KM. JAK WYTYCZYŁAM TRASĘ? 

 

Podczas jazdy korzystałam z aplikacji endomondo. Na dużo wcześniej przed wyjazdem zaplanowałam szczegółowo trasę, przeliczyłam kilometry tak aby na pewno wyszło ich 300. Trasę postanowiłam zorganizować w taki sposób, aby przyjęła kształt pętli i nie odbiegała od miejsca zamieszkania  dalej niż na 60- 70 km. Dzięki temu gdybym na którymś etapie źle się poczuła lub gdyby spotkała mnie poważna awaria roweru czy też inna przygoda uniemożliwiająca dalszą jazdę, mogłabym zadzwonić do rodziny, żeby zgarnęli mnie z placu boju. Dodatkowo część mojego szlaku przebiegała w okolicach linii kolejowej oraz w niedużej odległości od krajowej drogi nr 10, więc zawsze istniała też szansa powrotu do domu pociągiem czy też autobusem.

300 km w 1 dzień - moja trasa.

Trasę wyznaczyłam tak, by przebiegała w 99% bocznymi, asfaltowymi drogami o małym natężeniu ruchu. Celowo nie wybierałam polnych ścieżek, gdyż ich pokonanie wymagałoby zużycia większej energii i zajęło więcej czasu. Unikałam też dróg ruchliwych, aby ograniczyć niebezpieczeństwo i niepokój towarzyszący ciągłemu mijaniu mnie przez rzędy rozpędzonych aut. Starałam się omijać większe miejscowości, zatłoczone centra, gdyż niejednokrotnie wiązałoby się to z koniecznością zatrzymywania i ponownego ruszania np. na światłach, a co za tym idzie ze stratą czasu. Taka wahadłowa jazda bywa irytująca i po prostu wybija z rytmu. Lepiej gdy samemu decydujemy o tym, kiedy robimy postój niż gdy zmusza nas do tego sytuacja.


CO ZABRAŁAM ZE SOBĄ?

 

Po opracowaniu trasy przygotowałam kilka rzeczy, które uznałam, że warto ze sobą mieć. Przede wszystkim zabrałam narzędzia rowerowe (klucze, łyżki, skuwacz łańcucha) i części zapasowe (dętkę, łatki). Do tego dorzuciłam pompkę, mini apteczkę, dokumenty (dowód osobisty, karta płatnicza), chusteczki higieniczne, obowiązkowo do pełna naładowany telefon oraz power bank czyli zewnętrzne źródło energii w razie rozładowania telefonu.
Wyjazd planowałam wcześnie rano, a powrót późnym wieczorem, toteż awaryjnie spakowałam dłuższe spodnie i bluzę.
W moich sakwach nie mogło też zabraknąć czegoś na ząb. Zabrałam kilka kanapek, kilka kabanosów, ciastka, czekoladę, różnego rodzaju batony (musli, wafle czekoladowe, Mars, Lion, itp.). Lubię słodycze, więc bez względu na ich plusy i minusy, znalazły się one obowiązkowo na moim wyposażeniu.
Nie sposób pominąć napojów. Na start wzięłam 1,5 litra wody mineralnej niegazowanej, a do tego w bidonie rozpuściłam sobie kupione w aptece elektrolity. Na trasie zatrzymywałam się w przydrożnych sklepikach, uzupełniałam płyny i w sumie łącznie wypiłam ok. 5,5 litrów (głównie woda mineralna niegazowana, ale zdarzył się też sok). Do tego przekąski typu banan, drożdżówka, lody.

I tak wszystkiego nie wykorzystałam.



RELACJA Z TRASY

 

W dzień wyjazdu wstałam o godzinie 3:30. Ciemno, wszyscy śpią... Na myśl o czekających mnie trzech stówkach i całym dniu pedałowania, mój zapał topniał. Zaczęłam się zastanawiać czy mi to potrzebne, co mi to da, czy ma sens. A może lepiej wrócić do ciepłego łóżka?:)
Nie! Skoro już wstałam, przygotowałam trasę, to jadę. Poza tym wygadałam się już paru osobom, że zamierzam to uczynić. Nie miałam ochoty na jedzenie w środku nocy, ale z rozsądku przed czekającym mnie wyzwaniem wcisnęłam w siebie kanapki z miodem i dżemem. Zjadłam też jogurt naturalny z musli, popiłam kawą zbożową, łyknęłam magnez + B6 (profilaktycznie, ponieważ czasem łapią mnie skurcze niezależnie od wysiłku). Zanim się pozbierałam minęła prawie godzina (nie cierpię wstawać wcześnie rano!).

Wybiła 4:20, zakładam sakwy i ruszam. Chłodno i ciemno.


Już na starcie miałam chęci na średnim poziomie i mieszane uczucia co do osiągnięcia zaplanowanego dystansu. Kiedy zdobywałam rekord 200 km od samego początku miałam przeczucie, że się uda, nie widziałam innej możliwości niż ta, że rano wyjeżdżam a wieczorem wracam z dwusetką na liczniku. Tym razem, gdy do pokonania miałam trzy stówki, zaczęła mnie ogarniać mała niechęć i wątpliwości. Chyba dlatego pierwsze kilometry przychodziły mi jakoś szczególnie ciężko. Krótko mówiąc nie chciało mi się. Na podstawie zestawienia tych dwóch sytuacji można już zauważyć jak wiele zależy od motywacji, od psychiki, ogólnego nastawienia.


Mimo zniechęcenia jechałam przed siebie. Koniec sierpnia, czas dożynek, więc bardzo często, kiedy przejeżdżałam przez wsie, witały mnie słomiane kukły i "zapraszały" na biesiadę ;). Niestety komu w drogę, temu czas.

Ledwo świt, a tu biesiada na całego ;)


Pierwszy dłuższy postój zrobiłam na ok. 85-tym kilometrze. Zjadłam drugie śniadanie, odpoczęłam w przydrożnym lesie i ruszyłam w dalszą drogę. Wkrótce na liczniku pyknęła pierwsza setka, a mnie JUŻ dopadł pierwszy kryzys. Zaczęło trochę boleć kolano, poczułam ogólne zmęczenie i znużenie. Nie chciało mi się wierzyć, że tak mozolnie idzie mi dotychczasowa jazda. Wcześniej przecież robiłam takie trasy bez żadnego wysiłku, nawet jadąc na tegoroczny urlop z totalnie załadowanym rowerem, nie czułam się tak zniechęcona, choć w nogach było 130 km. Mimo wszystko zawzięłam się w sobie, pomyślałam, że przecież nie mogę zrezygnować po zaledwie 100 km!!!

Pamiętałam o regularnym piciu wody, nawet kiedy nie miałam ochoty, ale w pamięci tkwiły mi słowa rowerzysty, którego poznałam kiedyś na trasie: "pamiętaj, najważniejsze to nawadnianie organizmu, pij często, nawet jeśli Ci się nie chce, chociaż małymi łyczkami. Jeśli wypijesz dopiero gdy Ci się zachce...będzie za późno". Akurat te słowa wyjątkowo wzięłam sobie do serca i od tego momentu zawsze piję chociażby po troszku, nawet kiedy mi się nie chce. Dzięki temu nigdy więcej nie miałam sytuacji z odwodnieniem organizmu i odcięciem energii. Postoje robiłam wtedy, kiedy czułam taką potrzebę, nie stosowałam się do jakiejś ścisłej reguły nakazującej regularny odpoczynek po określonej liczbie kilometrów. Czasem jechałam i jechałam, a potem uświadamiałam sobie, że dawno nie odpoczywałam ani nie jadłam. Postoje przeważnie zajmowały mi od kilku do kilkunastu minut. Często były one niejako podyktowane przez okoliczności, np. napotkanie sklepu, w którym to musiałam dokupić wodę a przy okazji jakąś przekąskę, nieraz chęć przyjrzenia się danemu obiektowi i zrobienia zdjęcia skłaniała do postoju a czasem ponaglała jakaś inna potrzeba;).



Zaczęło się robić upalnie. Przejeżdżałam akurat w okolicy większego miasta, więc pojawiła się myśl, że to już ostatnia okazja na złapanie pociągu i powrót do domu. Jednak na liczniku stuknęło ponad 200 km i stwierdziłam, że teraz już się nie poddam. Wraz z tą decyzją nabrałam pewności siebie, a moje siły odrodziły się niczym Feniks z popiołów.

Widoki na trasie.


Po południu pogoda stała się przyjemniejsza do jazdy, a temperatura znośna, wiatr ucichł. Zaczęło jednak robić się trochę nudno i monotonnie. Kilometry na liczniku przybywały w żółwim tempie (tym wolniej im częściej spoglądałam na licznik), przemyślałam już wszystko co miałam, dokonałam analizy dotychczasowego życia i wyczerpałam wszystkie gdybania dotyczące przyszłości. Skończyły mi się tematy wewnętrznych rozmów ze samą sobą. Totalna pustka. W głowie "włączyłam, więc tryb autopilota" i jak robot bezmyślnie pognałam naprzód.
Słońce zaczęło szybko chylić się ku zachodowi, więc zrobiłam ostatni dłuższy odpoczynek i już potem prawie w ogóle się nie zatrzymywałam. Chyba świadomość zbliżającego się celu dodawała mi ponadprzeciętnej energii. Pędziłam ile sił w nogach, byle być jak najbliżej domu, gdy zapadnie zmrok.
Los niewątpliwie mi sprzyjał, bowiem gdy tylko się ściemniło, na niebie pojawił się księżyc, którego niezwyczajnie jasny blask idealnie oświetlał mi całą drogę.
W końcu dotarłam do mety a na liczniku ukazał się upragniony wynik 300 km!:) YEAH!!



Im bliżej końca tym lepiej mi się jechało, czułam się świetnie i nawet miałam apetyt na dalszą jazdę. Powstrzymywał mnie tylko fakt, iż była godzina 22:37, a rano o 4:00 czekała mnie pobudka do pracy:/


Podsumowując:


Osiągnęłam cel i ustanowiłam swój nowy rekord, przejeżdżając 300 km w 1 dzień. I can do it! ;)

J. Howard Miller's "We Can Do It!"

Wyruszyłam o 4:20, a wróciłam do domu ok. 22:37, czyli łącznie z postojami zajęło mi to nieco ponad 18 godzin. Czas samej jazdy wyniósł dokładnie 14 godzin i 57 minut (myślę, że wyszłoby mniej, gdyż niestety zdarzało mi się zapomnieć o zatrzymaniu czasu podczas postoju).
Po przejechaniu 300 km czułam się wyjątkowo dobrze, nic mnie nie bolało a i następnego dnia funkcjonowałam jak gdyby nigdy nic. Byłam zdziwiona, gdyż po pierwszym rekordzie na 200 km, po dotarciu do domu ledwo wgramoliłam się po schodach z powodu towarzyszącego mi uczucia nóg z betonu.
Do przejechania 300 km nie przygotowałam się w jakiś wyjątkowy sposób, nie trenowałam systematycznie, ale nie ukrywam, że byłam już trochę rozjeżdżona. Dwa tygodnie wcześniej podczas urlopu zaliczyłam kilkudniowy wypad na polsko - niemieckie tereny przygraniczne, a poza tym w sezonie weekendowo jeździłam po okolicy robiąc dziennie trasy na 50 - 100 km, raz zdarzyło się 165 km. Tydzień przed pobiciem rekordu wybrałam się na 50-cio kilometrową przejażdżkę, przez kolejne 7 dni nie tykałam roweru aż dopiero do czasu, kiedy postanowiłam przejechać 300 km.

Dla wielu powyższy dystans to być może nic nadzwyczajnego, ludzie jeżdżą przecież ultramaratony i nie takie rekordy ustanawiają. Dla mnie - jako, że zaliczam się do amatorów - 300 km w 1 dzień jest powodem do własnej satysfakcji. Mimo wszystko uważam także, że na co dzień nikt nie śmiga ot tak sobie po 300 km. Nie bez powodu w internecie znajdziemy szereg poradników o podobnie brzmiących tytułach "Jak przejechać rowerem 200/300 km w jeden dzień", "Jak przygotować się do pokonania długiego dystansu?"...itp. Dochodzę, więc do wniosku, że jest to jednak jakiś wyczyn i coś nietypowego.
Osobne znaczenie ma też tutaj rodzaj roweru. Wiadomo, że zapewne łatwiej pokonać długi dystans na asfalcie rowerem szosowym niż np. mtb. Pewnie gdybym miała za sobą miesiące systematycznych treningów, jechała ultra lekkim rowerem, np. szosówką, to dystansu 200/300 km w 1 dzień po asfalcie nie rozpatrywałabym w kategoriach czegoś aż tak niezwykle szczególnego.

Czasem trafiam na różne fora, gdzie użytkownicy szukają informacji czy różnego rodzaju wskazówek na temat takiego jednodniowego długiego dystansu, zastanawiają się czy rower odpowiedni, czy jako amatorzy mają szansę zmierzyć się z takim wyzwaniem. Czytam od czasu do czasu porady, opinie z tym związane i przyznam, że z niektórymi nie mogę się zgodzić, po prostu wręcz mnie drażnią. Można natknąć się na różne przykazania, wśród nich przykładowe:
- "musisz trenować systematycznie",
- "w dniu wyjazdu jedz to i to",
- "nie jedz tego i tamtego, patrz na skład, lepsze cukry złożone niż proste",
- "nasmaruj łańcuch tym i tym",
- "ćwicz, rozciągaj się"..
Nie neguję różnego rodzaju poradników, one są potrzebne, tylko trzeba nauczyć się je czytać i wyciągać esencję. Traktować je jako drogowskazy, które mogą nas nieco ukierunkować, ale ostateczną decyzję i tak podejmujemy sami.

Kiedy przymierzałam się do pokonania dłuższego dystansu, wówczas wśród znajomych oraz bardziej zaawansowanych rowerzystów z mojego otoczenia widziałam wiele pobłażliwych spojrzeń, które wyglądały jak gdyby mówiły: "no co Ty! To trzeba mnóstwa treningów. Ty i tym rowerem nie dasz rady tyle przejechać". Dla nich po prostu mój rower był za tani, za ciężki, dobry na dojazdy do pracy, ale nie na poważne wyprawy i poważne dystanse. Zresztą czy niepozorna kobieta na niepozornym rowerze może dać radę, skoro czasem zaawansowanym rowerzystom na sprzęcie wartości auta udaje się mniej osiągnąć? Chyba nikt nie traktował mnie poważnie.
Nie rozumiałam takiego podejścia. Dlatego, że jestem z pozoru "delikatną" kobietą i nie wyglądam na to by podołać silniejszym? Bo rower z najniższej półki cenowej, bo zwykły i nie pojedzie? Czy tylko dlatego wszyscy, którzy posiadają zwyczajne rowery, z mało ambitnym napisem na ramie i osprzętem najniższej klasy są skreśleni?
Uważam, że nie! Gdy zastanawiałam się nad kupnem roweru, przyznam, że niejako wpisywałam  się w grono osób, które myślą, że skoro na rower nie wydały 5, 10 czy 15 tysięcy (lub więcej) to najlepiej, aby jeździły tylko do sklepu po bułki i z powrotem. Sądziłam, że takim przeciętnym rowerem nie będę mogła pojechać na dłuższe wypady, że szybko się rozpadnie, że po prostu się nie da... Takie bowiem odczucia wywołały we mnie opinie co niektórych rowerzystów czy też właśnie internetowe fora, poradniki itp. Jedynie kiedy patrzyłam na dalekie wyprawy młodszego brata rowerem za niespełna 700 zł, zaczęłam rozumować inaczej i wyrabiać swój własny punkt widzenia.
Pomyślałam "a może iść pod prąd" i skoro wszyscy mówią, że się nie da, pokazać, że jednak można. Często tak bywa, że kiedy inni mówią "nie płacz, będzie dobrze", to działa wręcz odwrotnie i łzy jeszcze bardziej cisną się do oczu. Czasem jest też tak, że niewiara innych w nasze możliwości i hasło "nie dasz rady", bywa genialną motywacją. Tak też po części było w moim przypadku.
Nie chcę, by mnie jednak ktoś źle zrozumiał. Absolutnie nie namawiam do tego, by kupować wyłącznie tanie rowery i wmawiać, że drogi sprzęt nie ma sensu. Przecież jeździ się w różnych warunkach, różne też są style jazdy od miejskiej poczynając a na stylach ekstremalnych kończąc. Pewne okoliczności po prostu wymagają solidnego sprzętu. Czasem są rzeczy, w które warto i trzeba zainwestować, jednak pragnę pokazać, że nie zawsze drogie znaczy lepsze. Chodzi mi tylko o zachowanie zdrowego podejścia, o znalezienie złotego środka w kwestii wyboru odpowiedniego roweru. Jeśli ktoś ma ochotę kupować sprzęt za prawie cenę auta, niech kupuje, jego sprawa. Ja wolę wydać te pieniądze np. na podróże, a rower kupić może mniej znany, o połowę tańszy, a który spisze się równie dobrze. Czasem kiedy widzę znajomego, który np. posiada wypasiony rower mtb za kilka ładnych tysięcy, potem rowerem z takim potencjałem jeździ na spacer po asfaltowej dróżce to myślę sobie..."o co chodzi?! o leczenie kompleksów markowym sprzętem, o podniesienie swojej wartości w oczach innych czy może o przedłużenie penisa rowerem?";)...

Co uważam za istotne przy długich dystansach.


Przy planowaniu dłuższych dystansów można by rozważać wiele kwestii. Dla mnie istnieje kilka takich rzeczy, które uważam za szczególnie istotne:

Sukces tkwi w psychice i żelaznej determinacji
Kiedyś usłyszałam hasło, pod którym podpisuję się obiema rękami i nogami też: "To nie XTRy kręcą pedałami". Nie kręcą nimi też najnowsze rowerowe technologie, bo nawet najlepszy rower sam nie pojedzie. Przy długich trasach pojedynek rozgrywa się w naszej głowie. Dlatego jeśli poddała się psychika i siadła motywacja, to moim zdaniem... pies pogrzebany. 
Uważam, że podstawą sukcesu, nie tylko w pasji rowerowej ale w każdej  innej dziedzinie życia, jest przede wszystkim siła psychiki. Oczywiście do tego dochodzą jeszcze inne elementy składowe, które również mają swoje znaczenie.

* Ważne, by słuchać przede wszystkim głosu swojego organizmu, a nie wyłącznie złotych internetowych porad, które dla kogoś są być może dobre. To nie oznacza, że dla Ciebie też takie będą. Jeśli czujesz, że coś jest nie tak, jedzie się ociężale, dopada kryzys - daj sobie czas, odpocznij, nie katuj organizmu. To nic nie da. Czasem zatrzymanie się chociaż na chwilę, na odpoczynek i małe co nieco sprawią, że pojedziemy z innym nastawieniem i z nową energią. Jeśli totalnie osłabniesz, odpuść sobie, na siłę też nie ma co, spróbujesz innym razem. Słuchaj co mówi organizm i jedź zgodnie z jego rytmem (mój organizm najlepiej znosi w miarę równe, nieszarpane tempo. Pod górki zawsze zwalniam i jadę na najlżejszych przełożeniach, spokojnie, tak by tego nie odczuć i aby zjadło mi możliwie jak najmniej energii. Natomiast przy zjazdach, w zależności od samopoczucia, czasem nie pedałuję w ogóle i odpoczywam, ale częściej wręcz wykorzystuję górkę i rozpędzam się, nadrabiając czas oraz km. Na płaskich odcinkach jadę raczej na twardszych przełożeniach, tak by dużo się nie napedałować, a rozpędzić rower i łykać km - jednak te twarde przełożenia dobieram tak, aby nie czuć, że wkładam w to dużo siły, tzn. jeśli czuję, że jest lekko, to daję większe przełożenie i większe, a gdy tylko wyczuwam, że pedałuje się topornie, z użyciem dużej siły, natychmiast zmieniam bieg na lżejszy. To taki mój subiektywny punkt widzenia i w taki sposób jedzie mi się najlepiej, nie czuję zmęczenia.)

* Kolejnym elementem, który ma niebanalne znaczenie przy długich trasach, jest w moim odczuciu pogoda. Niełatwo bowiem pedałować, gdy z nieba leje się żar, wieje silny wiatr czy pada ulewny deszcz. Pewnie, że się da, ale czy to ma sens? Kiedy zatem planuję długi dystans, wstaję rano i widzę, że szykuje się nie najlepsza pogoda (lub takową zapowiadają), zazwyczaj odpuszczam. Mogę mieć super chęci i największą motywację, ale nieodpowiednia pogoda (zwłaszcza deszcz i wiatr) potrafi mi skutecznie odebrać zarówno energię jak i przyjemność z jazdy. Co innego, gdy ruszam na kilkudniowy wypad, podróżuję z punktu A do B, z B do C itd., mam plan i określony czas (np. kilka dni urlopu), wówczas zazwyczaj przyjmuję warunki pogodowe z pokorą i jadę do celu. 

* Ostatnią, równie ważną sprawą (myślę, że też logiczną i oczywistą) jest sprawny rower i to w najdrobniejszym szczególe. To kwestia bezdyskusyjna i chyba nie ma co tego szerzej rozwijać. Nawet błaha usterka może dać się ostro we znaki na długiej trasie, utrudnić podróż, a nawet ją uniemożliwić. Nie ma co ryzykować, a już zwłaszcza gdy myślimy o biciu rekordu kilometrowego.
W tym miejscu pozwolę sobie na przytoczenie pewnej sytuacji, która mi się przytrafiła. Pewnego razu krążę sobie po okolicy, przejechałam może z 20 km i czuję, że coś jest nie tak, siły opadają, rower posuwa się na przód ale mam wrażenie jak gdybym jechała pod wiatr. Nie no, wymiękam po 20 km? Co jest? - myślę sobie. Coś mnie tknęło, kręcę tylnym kołem - idzie płynnie, kręcę przednim kołem - o i jest winowajca: klocek hamulcowy delikatnie obcierał o obręcz. Ten mały drobiazg wystarczył, by dało się go odczuć na kolejnych kilometrach.
Także sprawny rower ponad wszystko!

Te cztery wyżej wspomniane kwestie są dla mnie niejako punktami wyjściowymi i kluczowymi jeśli chodzi zwłaszcza o długie dystanse i ustanawianie rekordów.



Ktoś może spytać "a w ogóle po co tyle jechać?". Chyba ciężko udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Równie dobrze można zadać pytanie "po co zdobywać szczyty gór? po co biec w maratonie? po co...?" No właśnie, przecież to takie męczące, wymagające... Ile ludzi tyle powodów, ale niewątpliwie przekraczanie pewnych granic czy własnych słabości, zrobienie czegoś nietypowego, na pozór nieosiągalnego, daje satysfakcję i uskrzydla. 
Mój rekord 300 km w 1 dzień? Być może też ktoś powie - głupota! No cóż...

"Nie jestem w tym wieku, żeby nieświadomie popełniać głupstwa. Jestem w tym wieku, gdy głupstwa popełniam świadomie i z przyjemnością." ;)



Powyższa relacja jest tylko opisem mojego punktu widzenia i mojego sposobu pokonania długiego dystansu. Nikogo nie namawiam do takiego samego postępowania, do olewania porad bardziej zaawansowanych osób, bo być może moje zachowanie nie do końca jest rozsądne. Znajomy kiedyś spytał mnie: "Ile dzisiaj kręcisz km robocopie?" Może więc po prostu jestem "errorem", działam inaczej niż ustawa przewiduje i nie muszę stosować się do powszechnie przyjętych reguł czy też porad;)

P.s. miał być krótki wpis, niezniechęcający długością... Znowu nie wyszło ;)

21 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Hej Basia, miałem coś podobnego co Ty. Jednak jak nie ma w tym całym kręceniu flowa to nawet i 1000 km nic by dla mnie nie znaczyło. Teraz zdecydowanie jeżdżę na totalnym luzie i żaden licznik mnie nie zdołuje. I zgadzam się z większością Twoich argumentów - głowa to podstawa wszystkiego, determinacja i wiara we własne możliwości na przekór wszystkiemu i wszystkim. No oczywiście zdrowy rozsądek to podstawa bo nieraz zbyt wygórowana ambicja może nam zrobić krzywdę. I na koniec podkreślę, że w podróżowaniu liczy się przyjemność z jazdy oraz odkrywania tego co nas otacza i poznawania ludzi oraz samego siebie.
      Pozdrawiam.

      ps.a nie masz w planach może jakiegoś wyjazdu do Szwecji? Tam to się jeździ! :)))

      Usuń
    2. Akurat w tym moim rekordowym odcinku 300km byłam nastawiona raczej na sam dystans niż na przyjemność z jazdy, ale poza tym, tak jak Ty też uważam,że najważniejsza w tym wszystkim jest przyjemność z jazdy, poznawanie ludzi i piękna świata:)a także- jak trafnie to zauważyłeś- poznawanie samego siebie, bo przecież na różnego rodzaju wyjazdach możemy zagłębić się we własne myśli, poznać swoją osobę w różnych warunkach.

      A Szwecja??? Hmmm...czyżbyś śledził moje myśli?? Po raz pierwszy w tym roku pojawiła się w mojej głowie -za sprawą znajomego- myśl o podróży rowerowej po Szwecji w czasie tegorocznego urlopu. Kusi mnie, oj kusi ta Szwecja. Jednak doszłam do wniosku,że mimo wszystko to bardzo drogi kraj, sama przeprawa statkiem już robi swoje, a do tego cała reszta... Dlatego narazie Szwecja zeszła na dalszy plan, a biorę pod uwagę coś zagranicznego ale bardziej niskobudżetowego. Zastanawiam się nad Czechami, Austrią, Słowacją i Węgrami, aleee to takie wstępne plany.
      Aaaaa przypomniało mi się- w Szwecji już byłam... ale tej koło Wałcza;)(właśnie wkrótce opublikuję wpis na temat moich ubiegłorocznych zagranicznych podróży po Polsce;))
      Również pozdrawiam :)

      Usuń
  2. Hej! W Szwecji da się jeździć bez nadwyrężania portfela, ino trza nabrać sporo prowiantu ze sobą, tam zaś kupować produkty bez szaleństw. I gwarantuję miłość od pierwszego zakręcenia po ichniejszych trasach. Jezior tam ci pod dostatkiem, więc o wodę nie ma się co martwić, a i popluskać w takich odmętach to super sprawa. Czasami kolor wody bywa "odmienny" ale to borowina, więc zanurzanie się w takiej cieczy to samo zdrowie. Ja na ten czas planuję trasę Bohusleden Sud i mam nadzieję, że jak zmienię rower na szersze oponki to dam radę. Moje 32c to niestety są za wąskie akurat w to miejsce. Inne szlaki oraz trasy to tylko "gnać" nawet na wąskich oponkach. Jedyny ból to podjazdy, dłuuuuuuugie i spotkania twarzą w twarz z wiatrem. Ale to tylko podkręca urok jeżdżenia po Szwecji.
    Ty widzę, również posiadasz magiczną kulę bo nasi południowi sąsiedzi też mnie nakręcają. A Madziarzy to już w ogóle... da się z nimi dogadać i śmiechu jest co niemiara. I jak by nie było Rzym i Wenecję zwiedziłem choć we Włoszech nie byłem. / jeszcze/ Się rozpisałem. :) Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie,tak też słyszałam, że najlepiej zabrać własny prowiant, wyjdzie dużo taniej.Kusi mnie ta Szwecja, ale w tym roku już ją sobie jednak podaruję. Prócz cen to widzę,że z tego co piszesz to jeszcze trochę zniechęciłby mnie te wiatry i podjazdy, ale dla pięknych widoków i wrażeń zapewne warto:)ps. mamy coś wspólnego, bo Wenecję i Rzym też odwiedziłam, oczywiście nie będąc we Włoszech;) Pozdrower;)

      Usuń
  3. Brawo , brawo , brawo!!!
    Trafiłem na tego bloga przy okazji poszukiwania i przeglądania materiałów związanych ze szlakiem Odra-Nysa , no i jestem pod wrażeniem!
    Na szlak Odra - Nysa wybieramy się z małżonką w maju tego roku. Już właściwie wszystko gotowe , również dwa nowe ROMETY - Wagant i Gazela trójki - aktualnie je testujemy , na razie jest OK. Również od niedawna jeździmy w dłuższe wyprawy, do tej pory na rowerach NO NAME zakupione 20(!) lat temu w USA w markecie amerykańskiej sieci Wall-Mart (pływało się...) po 100$ za szt. Dawały radę (oczywiście jeszcze w pełni sprawne)!!!
    Na trasie Świnoujscie- Hel , szlakiem Polskich Latarń Morskich , byliśmy również w 2014 , a odlotowe bagna za Klukami zaliczyliśmy tydzień przed Tobą. Ten sam schemat - sklepik, pytania, odradzanie pani sklepikarki i jednak decyzja, że jedziemy tą drogą. Dzisiaj wspominamy to z niemalże dumą , ale wtedy nie było nam do śmiechu!
    Nasz wspólny rekord to 132km z podszczecińskich Rzędzin przez Niemcy do Świnoujskiego Przytoru w czasie trasy dookoła Zalewu Szczecińskiego.
    Turystyka rowerowa to wspaniała sprawa. Już nie możemy się doczekać wyjazdu na szlak Odra-Nysa , a startujemy z Nowej Wsi ( z górki i z wiatrem ;-)) i zjeżdżamy ze szlaku w Blankensee, nocleg w Rzędzinach w Agroturystyce U Dyzia ( gorąco polecamy !) i z tamtąd do domu pod Stargardem (już nie Szczecińskim!). Część szlaku od Blankensee na północ "zaliczyliśmy " już kilkakrotnie przy okazji innych wypadów.
    Pozdrawiam i do zobaczenia na szlaku! J.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O jak miło, że pośród tylu blogów i różnych przewodników turystycznych, idzie w tym gąszczu trafić też na moje wypociny;)Jeśli chodzi o szlak Odra-Nysa może za wiele szczegółów nie opisałam, lecz to co najbardziej mi utkwiło, poza tym i tak wyszedł bardzo obszerny wpis, trochę chyba przytłaczający swoją długością;).
      Widzę, że fajny wyjazd Wam się szykuje w maju:)Zazdroszczę:)Ja miałam okazję przejechać tylko skromny fragment szlaku Odra-Nysa, ale fajnie byłoby wykręcić całość:)Dzięki za polecenie noclegu, może kiedyś skorzystam- warto polecać sprawdzone i dobre miejsca, także dzięki:)Fragmentem szlaku Odra-Nysa podróżowałam z północy na południe i jednego dnia miałam piękny wiatr w plecy, a drugiego dnia choć ten sam kierunek, to cały czas pod wiatr i jakby pod górkę;/, no ale widoki przyjemne i trasa też.

      Z tą wyprawą Świnoujście- Hel niedużo brakowało, a byśmy może się spotkali, terminy prawie nam się pokryły:)Żałuję, że jechałam dopiero od Kołobrzegu, a nie od Świnoujścia. To była moja pierwsza wyprawa rowerowa i bardzo mile ją wspominam, chyba na zawsze pozostanie w mojej pamięci jako najfajniejsza:)Naprawdę fajna trasa:)Chodzi mi po głowie przejechanie pozostałej części polskiego wybrzeża. Może kiedyś... :)Kiedy jechaliśmy na ten wypad, myślałam, że jesteśmy jednymi z nielicznych osób, które podróżują tą nadmorską trasą. Tymczasem okazało się, że to tak bardzo popularny szlak i nawet te Kluki tak znane;)Mi też na tych bagnach nie było do śmiechu,a kiedy współtowarzysze pytali czy jestem zła za obranie takiej drogi, odrzekłam, że NIE, ale w moim głosie dało się wyczuć wręcz wściekliznę. Dziś wspominam to z uśmiechem na twarzy i jako ciekawą przygodę.

      Jesteście też kolejnym przykładem na to, że na rowerach no name można wiele i przez wiele lat:)I bardzo fajnie. A z Rometów mam nadzieję, że też będziecie zadowoleni. Do tej firmy mam również sentyment, mój rower komunijny był właśnie Rometa. Jeszcze do dziś go mam, w całkiem dobrym stanie, ale jeździ nim już tylko czaaasem tato na ryby;)

      Gratuluję Wam wspólnego rekordu 132 km!Życzę też kolejnych udanych wyjazdów,jak najwięcej radości z turystyki rowerowej, no i może faktycznie do zobaczenia na szlaku- świat jest przecież taki mały :)
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  4. Gratuluję zarówno pokonania takiego dystansu jak i ciekawego opisu
    Pozdrawiam i życzę wielu pięknych przygód w czasie kolejnych wypraw
    Tomek

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetna relacja.
    Gratuluję wyprawy i całkiem unikalnego jak na mój gust podejścia do spraw które większość ludzi po prostu ograniczają.
    Powodzenia w kolejnych wyprawach! :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Na Twój blog trafiłem przez Google szukając informacji na temat długich wypraw. Gratuluję takiego wyczynu! Ja przymierzam się do 100km i ciekawy jestem czy dam radę, ale mam nadzieję, że tak - Twój wpis jest bardzo motywujący :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi, że zainteresował Cię mój wpis:)Dziękuję za komentarz.
      Pamiętam kiedy to ja po raz pierwszy pokonałam magiczne 100 km, szalenie się cieszyłam, bo to był mój pierwszy, większy rekord i wówczas też zastanawiałam się czy dam radę. Udało się:)Trzymam kciuki za Twoją setkę i życzę powodzenia oraz wiatru w plecy:)A nawet jeśli coś pójdzie nie tak, to nieważne, najistotniejsze, że spędziło się aktywnie czas, a kolejne próby zawsze można podjąć innym razem. Powodzenia!!!:)

      Usuń
    2. No i udało się! Myślałem gdzie zrobić tą pierwszą "stówkę" i postanowiłem objechać moje miasto :) Wziąłem sobie do serca Twoją radę, którą Ty otrzymałaś od napotkanego rowerzysty i często popijałem wodę nawet gdy mi się nie chciało. Także myślę, że stanie się ona jedną z prawd przekazywaną z dziada pradziada :D Pozostaje mi pochwalić się screenem z Endomondo z wyrysowaną trasą i statystykami: http://radziu.pl/images/100km.png :)

      Usuń
    3. GRATULUJĘ!!:)
      Ta zasada z piciem jest faktycznie ważna i potrzebna, towarzyszy mi na każdym dłuższym wyjeździe i niewątpliwie może być określona mianem "złotej zasady rowerzystów";)
      Fajna pętla wokół Łodzi Ci wyszła:)Setkę masz zaliczoną i możesz być usatysfakcjonowany,że udało Ci się to, co zamierzałeś:) Jeszcze raz gratuluję!:)pozdrawiam rowerowo:)

      Usuń
  7. Gratuluję! To ogromny wyczyn! Dobrze, że nie poddałaś się i nie wróciłaś do domu w chwilach zwątpienia. Boy tak dalej!

    OdpowiedzUsuń
  8. Gratuluję pomysłu, samozaparcia i przede wszystkim zrealizowania celu. 300 km to świetny wynik, ale na mnie jeszcze większe wrażenie zrobiło 18 godzin na siodełku! O rzesz kurde. sam dystans można śmignąć na szosówce w 10-12 godz ale to waśnie czas na rowerze - to jest chyba Twój największy sukces. Niewielu wytrzyma tak długo na siodełku. Podziwiam.
    Twoja relacja potwierdza też parę rzeczy, które z przykrością ostatnio widzę w odmętach internetu i rożnych forów rowerowych.
    1. Sprzęt - musi być taki lub jeszcze lepszy, a tego za mniejszą kasę nie opłaca się kupować bo to tylko do sklepu po bułki się nadaje. Jak czytam takie bzdury to mnie śmiech bierze. Najwięcej kilometrów (ok 20 - 25 t. km.) nakręciłem do tej pory na sprzęcie, który sam złożyłem za jakieś 350-400 zł. Teraz jeżdżę na "lepszym" rowerze, który "znawcy" i tak by skrytykowali ale jak mnie kiedyś weźmie to go sprzedam i znowu złożę coś co jest tanie, równie niezawodne i dodatkowo nie kusi złodzieja.
    2. Przygotowania - jedzenie takie, picie tylko tego itd. Czyi dokładnie to samo co napisałaś. jak jadę w daleką trasę tak z 10 12 godzin, to lubię zatrzymywać się na stacjach benz. i zjeść "takiego ohydnego" hot-doga i zapić kawą. Dla mnie rewelacja. A dla niektórych samo zło.
    Od jakiegoś roku jeżdżę bez licznika (wcześniej się zdarzało) i powiem Ci, że to jest rewelacja. Takiego luzu jak pozbycie się tego cholerstwa dało mi niewiele rzeczy w rowerze. nie spoglądam co chwila w dół sprawdzając jak szybko jadę, ile już przejechałem, a jakie tętno, a jaka kadencja... Kurde przecież to odbiera radość z samej jazdy! Wycieczka to nie zawody. Chyba, że jestem inny. W domu, mogę żonie pokazać którędy jechałem, wtedy mniej więcej znam swój "wynik" ale najczęściej tego nie robię bo i po co.
    Jedna rzecz mnie tylko zastanawia. Po co targałaś ze sobą aż dwie sakwy, które do lekkich nie należą? Łatwiej by było z jakąś małą torbą na bagażniku.
    Ale to tylko zwiększa i podkreśla Twój wyczyn. :)
    pozdr
    Paweł

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za tak obszerny komentarz:)
      18 godzin to czas jazdy łącznie z postojami,a samej jazdy było nieco mniej bo ok. 15 godzin.No ale fakt, trochę się nasiedziałam;)

      Widzę, że nasze spostrzeżenia się zazębiają:). Ja też czasem podczas jazdy czy wypraw lubię się zatrzymać na ohydne żarcie typu pizza itp.
      A co do tańszych rowerów, to faktycznie nie wszystkie są takie złe, a już ich niewątpliwą zaletą jest to, że nie kuszą aż tak mocno złodzieja. Mając rower za kilka/kilkanaście tysięcy chyba cały czas trzęsłabym się ze strachu na każdym wyjeździe, czy aby rower nie zniknie jeśli choć na chwilę spuszczę go z oka.
      Także nie każdy tańszy rower to samo zło, no ale też wiadomo, nie można przesadzać, bo nie da się za pół darmo wyprodukować dobrej jakości części itd, materiał swoje też musi kosztować, także na zbyt tani sprzęt też trzeba uważać.

      Wierzę,że jazda bez licznika sprawia, że jazda może być dużo przyjemniejsza, spotkałam się z tego typu opiniami kilka razy. Przyznam, że kiedy jeździłam z bacznym obserwowaniem licznika, to sama przyjemność z jazdy była mniejsza. Teraz nadal jeżdżę z licznikiem, ale nie spoglądam co chwilę na niego. Po prostu czasem gdzieś jadę i zerknę sobie jakie mam tempo, bo nieraz wydaje mi się,że tak wolno jadę,a tymczasem wynik dobry i wówczas takie miłe zaskoczenie. Poza tym zerkam na licznik, bo mogę oszacować sobie na podstawie prędkości ile mniej więcej czasu zajmie mi przejechanie danej drogi. Także obserwuję licznika, ale tak bardziej na luzie, niż z parciem na wyniki.

      A po co targałam aż 2 sakwy? To są małe sakwy, jedna ma 15 litrów. Poza tym nie miałam ich wypchanych po sam czubek. Wyjeżdżałam wcześnie rano i wracałam późno wieczorem, kiedy było chłodno, zabrałam więc m.in. dłuższe spodnie na przebranie, bluzę z długim rękawem, kurtkę w razie deszczu. Do tego trochę słodkości na drogę, jakieś kanapki, potrzebne klucze, łatki itp., aparat fotograficzny i tak jakoś się nazbierało. Poza tym preferuję zamiast jechać z jedną wypchaną sakwą, to z dwoma wypełnionymi nawet do połowy, gdyż wolę mieć ciężar równo rozłożony, a nie obciążać rower i koło tylko z jednej strony. Poza tym trochę też ze względów wizualnych, bo z dwoma sakwami w moim odczuciu lepiej wygląda niż z jedną;)Same, puste sakwy nie ważą aż tak dużo bo ok. 1,2kg, więc nie tak strasznie. No ale pewnie jeszcze lepiej jechałoby się całkiem na pusto.

      Pozdrawiam również i Ciebie, życząc przyjemnych rowerowych wyjazdów:)

      Usuń
  9. Nic tylko pogratulować silnej woli, wytrzymałości i pasji:], trafiając przypadkiem na tego bloga utwierdziłem się w fakcie, że pedały spd nie są wcale potrzebne do pokonywania dużych dystansów, przynajmniej widzę po zdjęciach twojego roweru, że takowych nie posiadasz. Ja po terenie Śląska robię dystansy około 200 km co tydzień na rowerze crossowym. Znajomi co dużo mniej jeżdżą, niejednokrotnie zachęcali mnie do zakupu takiego rozwiązanie, bo niby łatwiej, szybciej itp. Jednak ja lubię zwiedzać i wydaje mi się, że chodząc w sztywnym obuwiu jest mało komfortowe, szczególnie po terenie Beskidu Śląskiego czy Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Teraz będę miał jakiś argument do przestawienia w formie tego bloga, że inni też dają radę bez spd. Pozdrawiam i życzę kolejnych tysięcy szczęśliwie przejechanych kilometrów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki:)
      Zgadza się, nie posiadam pedałów zatrzaskowych. Mi też niektórzy polecali pedały zatrzaskowe, ale jakoś nie czuję potrzeby, by je mieć. Myślę jednak, że przy tego typu pedałach energia rowerzysty jest jakby bardziej spożytkowana, gdyż stopa nie tylko "pcha" pedały,ale też je ciągnie ku górze, więc pedałowanie jest raczej bardziej efektywne. Mimo tego, cały czas jeżdżę na zwyczajnych. Słyszałam, że niby od częstej jazdy w pedałach zatrzaskowych robią się takie męskie, umięśnione łydki;p, a ja niekoniecznie takie chcę mieć;)
      Podziwiam Cię, że tak często jeździsz sobie dystanse po 200km :)
      Mi też się wydaje, że jeśli zwiedzasz, to chodzenie w butach spd będzie mało komfortowe. No chyba, że będziesz woził ze sobą dodatkowe, normalne buty i przebierał je na czas wędrówki, ale to pewnie trochę za dużo zachodu.
      Pozdrawiam rowerowo!

      Usuń