31 grudnia 2015

W zachodnim krańcu Polski, czyli pierwsza samotna podróż.


Grudzień, a ja dopiero relacjonuję mój wakacyjny trip.. No cóż, dłuższe wieczory, więcej czasu na pisanie niż w sezonie ;)

Tegoroczny rowerowy urlop z całą pewnością nie był aż tak spontaniczny i ekscytujący jak ubiegłoroczna wyprawa. Po prostu był inny, przede wszystkim typowo solo (co by nie używać nadto słowa samotny, mającego dla wielu raczej negatywny wydźwięk).

Wstępne plany urlopowe snułam już z prawie rocznym wyprzedzeniem, obrałam sobie cel i sposób jego realizacji. Jednak na kilka tygodni przed wakacjami, zaczęłam na szybko rozważać inne rowerowe opcje, wyszukane wśród ogłoszeń na globtroter.pl (portal, do którego mam sentyment z powodu pierwszej, rowerowej eskapady). Oto moje alternatywy:
A) wyprawa na wyspę Bornholm, zwaną rowerowym rajem dla rowerzystów - propozycja prywatnej osoby, pragnącej poznać ten rejon w grupie ochotników z portalu.
B) Litwa - Łotwa - Estonia - ogłoszenie doświadczonego rowerzysty, poszukującego współtowarzyszy.
C) wyprawa od źródła Nysy Łużyckiej, czyli z Czech wzdłuż granicy polsko- niemieckiej aż do Świnoujścia. Ogłoszenie mające na celu skompletowanie ludzi w wieku 30+ na wspólny wypad, z możliwością dołączenia do "imprezy" na dowolnym etapie.


Opcja pierwsza- odpadła. Przyznam, że początkowo najbardziej na nią się nastawiłam, zwłaszcza po zasłyszanych opiniach na temat pięknej wyspy, szczególnie przyjaznej rowerzystom. Jednak wyjazd ten nie należał do niskobudżetowych (kraje skandynawskie ogólnie są stosunkowo drogie), więc przez wzgląd na moje ograniczone fundusze, zrezygnowałam z realizacji tego pomysłu. Poza tym chciałam by to była podróż stricte rowerowa, natomiast tu najpierw w grę wchodziłby dojazd pociągiem, później prom, a samą wyspę można objechać dookoła w 1 dzień. Pomysłodawca przewidywał w sumie 3-4 dni pobytu na Bornholmie, a ja miałam ochotę na dłuższy wypad i przede wszystkim na więcej podróżowania na rowerze niż z rowerem w transporcie.

Opcja B...baaardzo kusząca, do tego nastawiona na niskobudżetową. Po przeczytaniu treści całego ogłoszenia i obejrzeniu zdjęć, mocno się nakręciłam. Niestety prócz przewidywalnie drobnych problemów natury logistyczno- transportowej, do dyspozycji miałam zbyt małą ilość urlopu wypoczynkowego, tak więc nie mogłam przystąpić do projektu "rowerem przez Litwę - Łotwę - Estonię".

Opcja C- czyli ciekawie zapowiadająca się wyprawa ludzi z mojego przedziału wiekowego. Wszystko mi odpowiadało, poza jednym ...w momencie kiedy zaczynałam urlop, wyprawa miała dobiegać ku końcowi...

W ten oto sposób moje dylematy same się rozwiązały, a ja utwierdziłam się w przekonaniu, że zostaję przy moim pierwotnym planie, czyli... wyruszam na polsko - niemieckie tereny przygraniczne nad Odrą, w najdalej wysunięty na zachód kraniec Polski (14°07'E).
Dlaczego tam? W miejscu położonym najbardziej na północy kraju byłam w zeszłym roku, podczas wyprawy na Hel, więc teraz pora na zachód. Dotychczas strony te były mi znane z lekcji geografii o najdalej wysuniętych krańcach Polski. 
Poza tym w tamtejszych rejonach mieszka trener jazdy konnej, dzięki któremu kiedyś mogłam spełnić moje galopujące marzenia. Postanowiłam go odwiedzić i rozbić namiot w jego gospodarstwie agroturystycznym w Moryniu, uczynić je punktem zaczepienia oraz bazą wypadową na przygraniczne tereny.

 

Poniedziałek, 10 sierpień 2015


Zaczynam moją jednoosobową wyprawę. Kilka dni wcześniej zaplanowałam sobie trasę, zgromadziłam niezbędne rzeczy do zabrania (miałam ograniczyć się do minimum, ale oczywiście jednoślad i tak został załadowany sakwami z przodu, i z tyłu. Łącznie z rowerem do ciągnięcia miałam ok. 35 kg. P.s. naprawdę nie mogłam już z niczego zrezygnować ;)).
Od obranego celu dzieliły mnie ok. 262 km. Trasę postanowiłam rozbić na dwa dni po 130 km.

Dzień pierwszy, 130.16 km

Pierwszego dnia jak i każdego kolejnego przyszło mi zmierzyć się z największymi, tegorocznymi upałami (około 40°C). No ale  cóż, cały rok czekałam na urlop, a z dwojga złego: deszcz vs upał, wolę to drugie. Ukojenie na trasie stanowiły przydrożne lasy, a także jeziora i rzeki, w których to zdarzyło mi się kilka razy schładzać organizm. Na dłuższe postoje nie pozwalał mi jednak czas i niemały dystans jaki miałam do pokonania. Przed zachodem słońca zamierzałam bowiem dotrzeć na nocleg, gdzieś między Krzyżem Wielkopolskim, a Drezdenkiem. Rozważałam opcję spania pod namiotem na dziko, jednak w pamięci tkwiły mi przestrogi zatroskanej rodziny:
-"Młoda kobieta i samotny nocleg na łonie natury? Chyba oszalałaś! To zbyt niebezpieczne, przecież może Ci się coś stać...Lepiej jeśli np. zapytasz miejscowych ludzi o możliwość rozbicia namiotu na posesji"
Pomyślałam, że dla świętego spokoju tak uczynię, choć przecież jestem dorosła, no ale.... 
Tuż za Krzyżem Wlkp. mijałam mini reklamę o treści: "Zimmer zu vermieten" (pokoje do wynajęcia) z opcją skorzystania z pola campingowego. Przez chwilę wahałam się czy nie zatrzymać się w tym miejscu, jednak oznaczałoby to, że kolejnego dnia zostanie mi nieco więcej km do przejechania, a nigdy nie wiadomo co się wydarzy po drodze, jakie będę mieć samopoczucie i ile sił, by wyrobić się czasowo z dojazdem. Z tego względu wolałam dokręcić jeszcze te kilka km, by jutro na spokojnie dotrzeć do mojej bazy w Moryniu. Wiedziałam też, że rano będzie mi się lepiej wstawać z myślą, że mam mniej km do przejechania lub co najwyżej tyle samo co dnia poprzedniego. Wzięłam zatem wieczorną kąpiel w rzece i ruszyłam na ostatnią prostą. Słońce chyliło się już ku zachodowi, licznik wskazywał prawie 130 km, dojechałam do małej wioseczki i zaczęłam rozglądać się ze noclegiem. Tak przebierałam, że w końcu wyjechałam ze wsi ;). Zawróciłam, robiło się późno, więc już nie wybrzydzałam. Upatrzyłam sobie domek na wzniesieniu, skąd roztaczał się widok na okolicę. Na podwórku stał namiot, więc pomyślałam, że może to dobry znak. Celowo wybrałam skromnie wyglądający budynek, gdyż z autopsji wiem, iż gościnność i życzliwość ludzi jest wprost proporcjonalnie odwrotna do ich zamożności. Z reguły tak bywa, że ci, którzy mają w życiu najtrudniej i najmniej, posiadają najbardziej otwarte serce. 

Wjechałam na podwórko, pies zaanonsował moje przybycie, a w progu domu pojawiła się ... pani w samej bieliźnie. Podparła się o futrynę drzwi i spojrzała na mnie pytającym wzrokiem. Trochę mnie zatkało, ale nakreśliłam pokrótce moją sytuację i spytałam o możliwość rozbicia namiotu. Pani z pijackim akcentem rzekła, że nie ma nic przeciw, ale musi spytać syna, który spał. Widząc gdzie trafiłam, próbowałam się jakoś wycofać, mówiąc, aby Pani nie robiła sobie kłopotu, nie budziła syna, że poszukam noclegu w innym rejonie itp. Ale akcja nabrała już tempa, a ja totalnie zaskoczona miejscem i ludźmi, nie potrafiłam wybrnąć z sytuacji. Z głębi domu dobiegł głos obudzonego syna: "kurwa!!". Po chwili stanął przede mną młody chłopak z niezadowoloną miną. Zmierzył moją osobę wzrokiem i natychmiast pojawił się na jego twarzy uśmieszek i błysk w oku. Zanim się odezwał, poczułam alkohol...
Chłopak ochoczo zabrał się do rozbijania wraz ze mną namiotu, choć wcale o to nie prosiłam. W międzyczasie zasypywał mnie pytaniami, m.in. o wiek, ilość przejechanych km, o cel podróży itp. Cyklicznie powtarzały się co niektóre z nich: "sama jedziesz, SAMA!!, nie boisz się?, taaaka dziewczyna i nie masz chłopaka?!"
Następnie zaproponował byśmy usiedli przy stoliku przed domem i pogadali przy herbacie. Im  bardziej go poznawałam, tym bardziej zaczęłam się obawiać o własne bezpieczeństwo. Chłopak był nieco starszy ode mnie, nie pracował, utrzymywał się z różnych, niekoniecznie moralnych źródeł... Szczycił się bójkami w dyskotekach, wiejskimi rozróbami i wszelkimi czynami poza prawem. Naszą rozmowę przerwał jego tata, który jak gdyby nigdy nic, wyszedł z domu i kilka kroków dalej załatwił swoją fizjologiczną potrzebę. Gdy wracał, syn wskazał na mój rower i pół żartem, pół serio stwierdził "ojciec patrz jaki rower - przypięła go do drzewa, ale obetniemy modrzew, a namiot oberżniemy dookoła, gdy będzie spała i zabierzemy he heh he". Ten niezrozumiale coś odburknął, wrócił do domu. Po chwili dało się słyszeć stamtąd kłótnie i wrzaski. Syn przeprosił mnie na chwilę, poszedł do rodziców. Warknął: "ojciec! kutas cię swędzi?! Uspokój się, mamy gościa, dziewczyna jest zmęczona, chce odpocząć..."  
Następnie wrócił do rozmowy ze mną. Miałam wrażenie, że ma jakby dwa wcielenia: dobre i złe. Momentami wydawał się być uprzejmym chłopakiem. Czasem zaskakiwał swoimi dojrzałymi przemyśleniami dotyczącymi ludzkiej egzystencji. Proponował mi udostępnienie wody do umycia, przechowanie roweru w szopce, coś na ząb. Deklarował, że nikomu nie pozwoli mnie w nocy skrzywdzić ani okraść. Uprzedził, że być może zjawią się jak co wieczór znajomi na libację, ale postara się ich przywołać do porządku.
Jasna strona jego osobowości przenikała się z tą bardziej mroczną, która napawała mnie lękiem. Proponował mi za odpowiednią opłatą "cudowne specyfiki" do bidonu, po których dojadę dokąd zechcę, bez zmęczenia. Natarczywie powtarzał hasła "zakochajmy się w sobie, bądźmy razem", "daj potrzymać się za rękę, masz piękny uśmiech.." etc. Z uporem maniaka próbował przeforsować opcję przytulania się oraz wspólnego noclegu w moim namiocie. Po dłuuugich negocjacjach ostatecznie udało mi się odwieść go od tego pomysłu i osiągnąć kompromis: ja śpię u siebie, a on ewentualnie obok w swoim namiocie, rozbitym już kilka dni wcześniej. 
"Kolega" pozwolił mi odejść, sam jednak miał do załatwienia- jak to określił - czarną robotę na wsi. Przyznał, że jeszcze przed snem idzie wypić kielicha z rodzicami, a po alkoholu może być nieprzewidywalny... Przeraziłam się, ale pożegnaliśmy się, on ruszył na "nocne interesy", ja do swojego legowiska. Po chwili wrócił i pomaszerował do domu, a ja przerażona leżałam w namiocie i czekałam na dalszy bieg zdarzeń.

Wiedziałam, że tej nocy na pewno nie zasnę. 

Z domu dobiegały wrzaski rodziców i syna, miałam wrażenie, że jest to słyszalne w całej wsi. Snułam już najczarniejsze wizje, bałam się, że mogę nie doczekać rana. Poinformowałam telefonicznie siostrę o miejscu, w którym przyszło mi spędzać pierwszy nocleg, rodziców nie chciałam niepokoić. Podczas jazdy korzystałam z aplikacji endomondo, więc połączyłam się z internetem, by trasa pojawiła się na moim koncie i stała się widoczna dla znajomych, zwłaszcza dla siostry. W ten sposób udostępniłam moją końcową lokalizację GPS. Zdałam sobie sprawę, że nie mam nic na własną obronę, żadnego gazu pieprzowego, paralizatora, nic, nic... tylko mały, tępy nożyk do przygotowania kanapek... Analizowałam środowisko, do którego trafiłam- patologiczna rodzina, alkohol, bieda, że aż piszczy...Leżałam w namiocie cichuteńko i bez ruchu, jak gdyby miało mi to pomóc. Awantura trwała i trwała, przybierając na sile. Ok. godziny 3:30 w nocy ucichło, usłyszałam kroki chłopaka w kierunku mojego "obozu". Pomyślałam, że teraz to dopiero się zacznie, wypił, więc może być nieobliczalny jak zresztą sam stwierdził. Pełna strachu patrzyłam czy zaraz "impreza" nie przeniesie się pod mój "dach"...Zamarłam. Na szczęście wszedł do swojego namiotu, rozbitego tuż przy moim. Przez resztę nocy mamrotał coś pod nosem, a ok. 6 rano zaczął opuszczać swoje lokum. Nasłuchiwałam czy czasem nie wpadnie do mnie. Uffff... wrócił do domu. A ja natychmiast zaczęłam się pakować i zwijać obozowisko. Gdy już kończyłam pojawił się ów chłopak. Tłumaczył, że poszedł dospać na swoim łóżku, gdyż pod namiotem dawały się mu we znaki chore nerki i kręgosłup (już od najmłodszych lat ciężko pracował w lesie przy wycince drzew).
Przez chwilę jeszcze porozmawialiśmy, po czym podziękowałam za nocleg i spytałam grzecznościowo ile płacę. Chłopak odrzekł: "Nic. Tylko tyle...", następnie rozpostarł ramiona na znak, że mam się przytulić. Objęłam go zatem po przyjacielsku i podziękowałam (w głębi duszy za to, że nie zrobił mi krzywdy). Chłopak podsumował: "Babcia i mama zawsze mnie uczyły, aby pomagać drugiej osobie, bo być może ja też kiedyś będę w potrzebie"...

Sama nie wiedziałam co mam o nim myśleć, na przemian stawał się dobrym, wrażliwym człowiekiem, a za chwilę wzbudzał we mnie trwogę. Był mało czytelny. 
Wskazał mi drogę do pobliskiego sklepu spożywczego i pożegnaliśmy się
Ruszyłam w dalszą trasę, szczęśliwa, że jestem cała i zdrowa. Co przeżyłam, to moje. Planowałam nocleg na dziko, ale dla spokoju najbliższych, wybrałam pobyt u ludzi... 
Miało być bezpieczniej...miało.
Gdyby tej nocy ktoś zadał mi standardowe pytanie (które słyszę setki razy):  "nie boisz się tak sama jeździć?", po raz pierwszy odpowiedziałabym na nie twierdząco.

Miejscówka na pierwszy nocleg. (po lewej stronie ucięty fragmencik namiotu mojego nocnego "sąsiada")

 

Wtorek, 11 sierpień 2015


Miałam za sobą 130km w nogach, n i e p r z e s p a n ą  i pełną napięcia noc, a do przejechania kolejne 130km. Do tego zapowiadał się bezwietrzny, upalny dzień... 
Mój cel na dziś: dotrzeć do Morynia, gdzie chciałam na kilka dni rozbić namiot w gospodarstwie agroturystycznym u znajomego, by stamtąd robić jednodniowe wypady na przygraniczne tereny. Mimo braku snu, czułam jednak wewnętrzny spokój, wiedziałam, że dziś czeka mnie bezpieczny nocleg. 
 
Dzień drugi, 131.71 km

Trasa do samego Gorzowa była mało ruchliwa i wiodła przez niewielkie miejscowości w pobliżu lasów, co sprawiało, że mimo upałów jazda należała do całkiem przyjemnych. W niedalekiej odległości od skrzyżowania na Strzelce Krajeńskie trafiłam na drogowskaz do miejscowości o ciekawej nazwie Reszta Świata, znajdującej się gdzieś w głębi lasu. Nie potrafię określić dokładnej lokalizacji, miejscowość ta nie jest też zaznaczona na mapie.


Nieco dłuższy postój zrobiłam w Santoku, uzupełniłam braki w prowiancie, zjadłam drugie śniadanie i wdałam się w konwersację z kilkoma mieszkańcami, zaciekawionymi któż to jedzie z takimi tobołami, w takim upale. Oczywiście nie obyło się bez serii standardowych pytań : "sama?, s a m a?!, SAMA??!!", " skąd, dokąd?", "ile km?", "rowerem tak daleko?"....
Miejscowość przypadła mi do gustu, coś mnie w niej urzekło, choć do końca sama nie wiem co. 
Niewątpliwie moją uwagę zwrócił fakt, iż jest to długa, jednodrożna wieś z zabudowaniami po obu stronach wąskiej drogi, tzw. ulicówka. Santok wpisał się w moją pamięć swoim spokojem i malowniczym krajobrazem. Położony jest u ujścia Noteci do Warty, na wąskiej terasie Pradoliny Toruńsko- Eberswaldzkiej. Ciekawy widok tworzą gęsto usiane budynki mieszkalne z wysokimi wzniesieniami w tle. Wszystko to sprawiało, iż czułam się jak w górskiej wioseczce.
Po opuszczeniu Santoku jechałam wąską, asfaltową drogą, cały czas w bliskim sąsiedztwie Warty. Towarzyszący mi widok rzeki sprawiał, że upał stawał się jakby mniej dokuczliwy- takie miałam wrażenie. Mniej więcej za ok. 2 km rozpoczęła się ścieżka rowerowa prowadząca praktycznie do samego Gorzowa. Zarówno ten odcinek jak i sam przejazd przez Santok uważam za jeden z najprzyjemniejszych etapów dotychczasowej podróży.

O wiele mniej pozytywnie wspominam trasę przez sam Gorzów. Duże miasto, straszny ruch i tłok, a do tego upał dawał się podwójnie we znaki. Na przebrnięcie przez ten miejski gąszcz straciłam najwięcej czasu i energii, ale to chyba nie powinno mnie dziwić, przedzierałam się przecież przez centrum miasta. Trochę żałuję, że nie mogłam poświęcić więcej czasu na zwiedzanie, ale gonił mnie narzucony dystans i ograniczał zegar.
Po opuszczeniu miasta ruch stał się nieco mniej odczuwalny, a podróż bezpieczniejsza, gdyż praktycznie aż do samej Witnicy prowadziła droga rowerowa. Dobrze wspominam w szczególności gładki, asfaltowy odcinek ścieżki rowerowej pomiędzy Motylewem a Białczem (ok 8 km).
W Białczu uświadomiłam sobie jak jest gorąco, przydrożny termometr wskazywał 37.7 °C i to w późnych godzinach popołudniowych.





 Od Witnicy aż do Dębna wiodła całkiem fajna droga przez las, która od Mosiny zmieniła się z nawierzchni asfaltowej w brukowaną (a la kocie łby) o długości ok 12 km. Na tym odcinku wytrzęsło mnie przeokropnie, przez co też byłam zmuszona ograniczyć tempo do minimum. Kolejnym mało przyjaznym fragmentem była dla mnie trasa między Smolnicą a Mieszkowicami. Z obu stron drogi bezkresne pola i hulający wiatr. Im bliżej mety, tym więcej trudności i stopniowy spadek chęci do jazdy.










Od Mieszkowic pozostała mi już ostatnia prosta i w końcu dotarłam do Morynia, gdzie na terenie zaprzyjaźnionej "Stadniny Koni Maciejewko" rozbiłam namiot na kilka najbliższych dni.


Moryń. Stadnina Koni Maciejewko.


W Stadninie Koni Maciejewko.



Środa, 12 sierpień 2015


Ze względu na poprzednie dwa napięte dni, dziś zaplanowałam krótszą trasę po okolicy (62km).





Pierwszą miejscowością, w której zatrzymałam się na dłuższą chwilę była Cedynia- najdalej na zachód położone miasto w Polsce. Umiejscowiona jest ona na kilku wzgórzach, przez co mnóstwo w niej wznoszących się i opadających uliczek. Jazdę rowerem po tym mieście mogę zatem podsumować bardzo krótko: z górki, pod górkę.

Widok na Cedynię.

Wieża widokowa w Cedyni.



 Jedną z cedyńskich atrakcji turystycznych, która znalazła się na mojej trasie była 14-metrowa wieża widokowa z 1895 r. Dzięki swemu usytuowaniu na wzgórzu pozwala na podziwianie panoramy miasta i doliny Odry (niestety nie udało mi się wejść na sam szczyt wieży, ponieważ była zamknięta. Widniała informacja, że klucz znajduje się w muzeum regionalnym, a opłata za zwiedzanie wynosi 2 zł. Nie chciało mi się pielgrzymować po klucz, więc zadowoliłam się widokiem z najniższego poziomu wieży. Ponoć wcześniej wstęp był bezpłatny i ogólnodostępny). ( kliknij tutaj i przenieś się na wieżę widokową)






Widok z wieży na Cedynię.

Kolejne miejsce, które postanowiłam zobaczyć to dawny Klasztor Cysterek z XIII w. Został on zniszczony w 1945r, później odbudowany i odrestaurowany, a obecnie mieści się w nim hotel. Klasztor znajduje się na europejskiej trasie cystersów.


Klasztor Cedynia. Hotel i restauracja.

Tuż za miastem moją uwagę zwróciła Aleja Kasztanowa ciągnąca się wzdłuż kanału od Cedyni do Osinowa Dolnego
Cedynia- Aleja Kasztanowa.

Kolejnym miejscem wartym zobaczenia jest niewątpliwie Rezerwat Wrzosowiska Cedyńskie, położony na krawędzi odrzańskiej pradoliny zwanej Cedyńskimi Karpatami. Znajdujące się tu łany wrzosów należą do największych w kraju. Wyobrażam sobie jak cudnie prezentuje się to miejsce w okresie kwitnienia wrzosów.

Góra Czcibora.



Jadąc dalej drogą nr 124 z Cedyni do przejścia granicznego trudno przeoczyć Górę Czcibora. To wysokie wzniesienie z gigantycznym pomnikiem, upamiętniającym zwycięską bitwę Mieszka I i jego brata Czcibora z margrabią Hodonem w 972r. Wejście na sam szczyt przyprawia o przyspieszenie akcji serca i wymaga nieco kondycji (do pokonania mamy ok. 270 kamiennych stopni), ale wynagrodzeniem jest  piękny widok na dolinę Odry i Niemcy.











U podnóża góry znajduje się mozaika, przedstawiająca scenę walki wojsk Mieszka z Hodonem.



Nieopodal możemy też zobaczyć fragment średniowiecznej osady.


Po chwilowym postoju docieram do Osinowa Dolnego, które zapamiętałam jako jedno wielkie targowisko, skupisko zakładów fryzjerskich oraz publicznych domów uciech cielesnych.

Postanowiłam zatrzymać się dopiero w Starych Łysogórkach. Zlokalizowany jest tutaj cmentarz wojenny I Armii Wojska Polskiego. Spoczywa na nim ok. 2 tys. polskich żołnierzy poległych przy forsowaniu Odry i w walkach o Berlin. Regularnie rozplanowane szeregi białych krzyży i panująca potężna cisza szczególnie zapadły mi w pamięć. To chyba dotychczas jedyny cmentarz, który wywarł na mnie tak duże wrażenie.
Cmentarz wojenny w Starych Łysogórkach.

Cmentarz wojenny I Armii Wojska Polskiego w Starych Łysogórkach.


W pobliżu cmentarza znajduje się Muzeum Pamiątek I Armii Wojska Polskiego, a tuż obok pomnik- czołg IS-2. 



Ze Starych Łysogórek kierowałam się na Gozdowice, Mieszkowice, a stamtąd do mojego obozu w Moryniu. W planach miałam jeszcze postój w Gozdowicach, ale celowo odłożyłam to inny dzień.

Trasa, którą przejechałam świetnie nadaje się na wycieczkę rowerową. Trochę niebezpieczny jest jedynie odcinek drogi nr 124 między Cedynią a Osinowem Dolnym w kierunku przejścia granicznego ze względu na duże natężenie ruchu. Najprzyjemniej jedzie się natomiast drogą nr 126, zwłaszcza od Osinowa do Gozdowic. Trasa jest kręta niczym górska serpentyna i wiedzie przez klimatyczne nadodrzańskie wioseczki. Dookoła możemy rozkoszować się pięknymi widokami: po lewej stronie wzgórza, po prawej unikalny, malowniczy krajobraz Doliny Dolnej Odry. O tym, że znajduję się na terenie Cedyńskiego Parku Krajobrazowego przypominała mi nie tylko roślinność, ładne widoki ale i też zwierzęta, śmiało wychodzące na drogę i jakby nieco zdziwione ludzką obecnością w biały dzień.
Od Cedyni poprzez Osinów, Siekierki, Gozdowice aż do Czelina wyznaczony został szlak, nazwany Rejonem Pamięci Narodowej, przypominający o wydarzeniach z 1945r. Polecam szczególnie dla pasjonatów historii, ze względu na duże skupisko wszelkiego rodzaju pomników, obelisków, muzeów, tablic i innych miejsc pamięci. Wspomniałam tu tylko pobieżnie o niektórych z nich, a zainteresowanych zapraszam do osobistego odwiedzenia tutejszych stron.

 

Czwartek, 13 sierpień 2015


W tym dniu zaplanowałam sobie rajd wzdłuż Odry po stronie polskiej jak i niemieckiej (103km).
 



Kościół w Lubiechowie Górnym.
Kościół w Lubiechowie Górnym.
Moim celem było przekroczenie granicy w Krajniku Dolnym, a powrót przejściem granicznym w Osinowie Dolnym. Tradycyjnie wyruszyłam z Morynia. Zatrzymałam się na chwilkę w Lubiechowie Górnym, gdzie moją uwagę zwrócił kościół św. Józefa Robotnika z końca XIII w. Już z daleka widać wznoszącą się wysoko wieżę kościoła. W okolicy możemy natknąć się na wiele kamiennych kościółków, co dla mnie jest cechą charakterystyczną tamtych stron.





W małej miejscowości Piasek zatrzymuję się zaciekawiona widokiem na rozlewisko Odry.

Piasek- widok na Odrę.


Droga (wąska na szerokość jednego auta) cały czas wiedzie przez lasy, pomiędzy stromymi, pagórkowatymi wzniesieniami. Momentami miałam ochotę zatrzymać się i wejść na jedną z tych leśnych gór, by podziwiać stamtąd okolice. Skutecznie jednak zniechęciła mnie wizja wspinania się w ten upalny dzień. Wolałam zachować siły na dalszą podróż.

Co chwilę- począwszy mniej więcej od Lubiechowa Dolnego- mijałam kuszące drogowskazy do Doliny Miłości, które zaczęły mnie tak intrygować, że postanowiłam za nimi podążać. Słyszałam od znajomego, że to bardzo piękne miejsce, jednak trasa wyznaczona uprzednio przeze mnie nie uwzględniała wizyty w tamtym zakątku. Pomyślałam, że skoro zadano sobie tyle trudu, by co kawałek wstawić drogowskaz, to widocznie musi być to miejsce warte zobaczenia i zboczyłam ze swojego szlaku.
Drogowskazy doprowadziły mnie do Zatoni Dolnej, w której to znajduje się owa Dolina. Już sam zjazd do wioski był cudowny i wzbudził we mnie wiele emocji. Do Zatoni prowadzi bowiem ok. 2 kilometrowa, stroma, kręta dróżka. Rower nabierał prędkości do tego stopnia, że zaczęłam hamować, także z tego względu, by jak najdłużej rozkoszować się rozległymi widokami na Odrę i tereny na jej niemieckim brzegu.

Szybko dotarłam do Zatoni  i znajdującej się tam Doliny Miłości. Co prawda miłości nie znalazłam, ale zakochałam się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia.

Dolina Miłości (Tal der  Liebe)- tablica informacyjna.

Schody prowadzące na Basztę (punkt widokowy).




Dolina Miłości to park zajmujący powierzchnię ok. 80 ha, położony na wzgórzach stromo opadających ku Odrze. Wpisany został do rejestru zabytków.
Do wyboru mamy dwa szlaki spacerowe: czerwony- trudniejszy i niebieski o łatwiejszym poziomie.
Znajdziemy tu liczne punkty widokowe i niespotykaną roślinność.











Baszta- punkt widokowy na Odrę i tereny po niemieckiej stronie.


Wyjątkowym miejscem są stawy Adama i Ewy. To one najbardziej mnie urzekły.

Staw Adama w Dolinie Miłości.

W Dolinie Miłości jest coś magicznego, piękne widoki, zachwycająca przyroda, spokój. Taki mały raj na ziemi. Obiekt przyciąga wiele zakochanych par, które wybierają ów park na miejsce zaręczyn. Z bólem serca opuszczałam ten piękny zakątek, zwłaszcza dlatego, że  nie zdążyłam zobaczyć go w całości. Na ok. 20 punktów wyszczególnionych na tablicy informacyjnej, zwiedziłam jedynie 6 początkowych, gdyż czas uciekał, a mi została się jeszcze długa droga do przebycia. Jakże cudownie musi wyglądać park otulony budzącą się do życia wiosną lub skąpany w złocie jesieni...

Zjazd do Doliny był na tyle długi i dość stromy, że skutecznie odechciało mi się zawracać na pierwotnie wyznaczony szlak przez Krajnik Górny. Przypuszczałam, że polną dróżką tuż przy brzegu Odry również dojadę do przejścia granicznego w Krajniku Dolnym. Nie myliłam się i nawet byłam zadowolona z takiego obrotu spraw.

Droga przy Odrze z Doliny Miłości do przejścia granicznego w Krajniku Dolnym.

Po przejechaniu mostu byłam już w niemieckim Schwedt i szybko odnalazłam się na międzynarodowym szlaku rowerowym Oder- Neisse- Radweg (Odra- Nysa). Szlak ten zaczyna się u źródła Nysy Łużyckiej w czeskiej miejscowości Nová Ves, następnie biegnie wzdłuż granicy polsko-niemieckiej aż po Bałtyk.

Oder- Neisse- Radweg- jedna z przydrożnych tablic.
Schwedt. Fragment szlaku Odra- Nysa.
























W Schwedt od razu moją uwagę zwrócił wszędobylski niemiecki ład i porządek, a przede wszystkim perfekcyjne oznakowanie szlaku rowerowego. Na każdym zakręcie, na każdej osiedlowej dróżce widniały rowerowe drogowskazy. Po prostu nie szło się pogubić.

Oznakowanie ścieżek rowerowych.
Oznakowanie przy Oder- Neisse- Radweg.




















Również na dalszej trasie poza miastem zadbano o liczne, szczegółowe drogowskazy czy tablice informacyjne z charakterystyką terenu oraz namiarami na pobliskie miejsca noclegowe.

Jedna z tablic przy szlaku Odra- Nysa.

Informacja o krzyżowaniu się szlaków rowerowych Oder- Neisse i Oder- Havel Radweg.

Byłam pod wielkim wrażeniem samej trasy rowerowej: gładka jak stół, co jakiś kawałek poszerzona na kształt zajazdu na przystanku autobusowym, by móc się zatrzymać i nie przeszkadzać innym rowerzystom. Większość nawierzchni asfaltowa. Jednym słowem rowerowa autostrada. W okolicach mojego miejsca zamieszkania często drogi dojazdowe do wielu miejscowości nawet w połowie nie dorównują tej ścieżce rowerowej.

Oder- Neisse- Radweg (szlak Odra- Nysa)

Oder- Neisse- Radweg (szlak Odra- Nysa).

Na trasie znajdziemy także wiaty z ławkami i stołami, gdzie można odpocząć. Droga, którą jechałam w większej mierze przebiega wałem przeciwpowodziowym wzdłuż Odry, z wysokości którego roztaczają się rozległe krajobrazy.

Oder- Neisse- Radweg (szlak rowerowy Odra- Nysa).

Oder- Neisse- Radweg (szlak Odra- Nysa).
Na tym etapie Oder- Neisse- Radweg leży na terenie Nationapark Unteres Odertal (Park Narodowy Doliny Dolnej Odry), który ciągnie się aż do okolic Hohensaaten. Mamy zatem gwarantowane bezkresne widoki na Odrę i podmokłe łąki, będące ostoją dla licznych gatunków ptaków, a wszystko spowite błękitem nieba.

Odra po niemieckiej stronie.

Nadodrzańskie łąki.

Droga jak wspomniałam w większości jest asfaltowa, ale zdarzył mi się też fragment z dużych płyt betonowych, który wspominam mniej przyjemniej- odcinek spowolnił mi tempo i trochę wytrząsł.

Oder- Neisse- Radweg, odcinek z betonowych płyt.

Euforia towarzyszyła mi podczas przejazdu wąziutkim paskiem lądu wydzielonym przez Odrę po lewej stronie i jej odnogę Wriezener Alte Oder po prawej stronie.

Oder- Neisse- Radweg między Odrą a jej odnogą Wriezener Alte Oder.

Wkrótce potem dojeżdżam do Hohenwutzen, przekraczam przejście graniczne w Osinowie Dolnym i przez Cedynię wracam do bazy noclegowej w Moryniu w Stadninie Koni Maciejewko.

Most na Odrze prowadzący z Niemiec do Osinowa Dolnego.
Stadnina Koni Maciejewko w Moryniu.


 

Piątek, 14 sierpień 2015


W dniu poprzednim wybrałam się wzdłuż Odry na północ od Morynia, więc dziś kierunek południowy z przekroczeniem przejścia granicznego w Gozdowicach i powrót przez Kostrzyn (94 km).



Wyruszyłam z Morynia i tym razem przecięłam Cedyński Park Krajobrazowy kierując się na Stare Łysogórki. Droga na tym odcinku była niezwykle kręta, w pewnej części biegła pomiędzy wzgórzami wzdłuż rzeczki Słubi. Miałam wrażenie, że cały czas jadę z górki. Ukształtowanie terenu i otaczająca przyroda sprawiały, że dało się odczuć wręcz górski klimat.

Kręta droga przez Cedyński Park Krajobrazowy.

Droga przy rzece Słubi.

W Gozdowicach mijam Pomnik Sapera i docieram do promowego przejścia granicznego Gozdowice-Güstebieser Loose.

Przejście promowe Gozdowice- Güstebieser Loose (po polskiej stronie).
Prom kursuje o wyznaczonych porach, więc czekam na odpowiedni moment i za drobną opłatą ładuję się wraz z rowerem na prom. Przeprawa trwa na tyle krótko, że nie zdążyłam się nią nacieszyć i zrobić satysfakcjonujących zdjęć.

Przejście promowe Gozdowice- Güstebieser Loose (po niemieckiej stronie).

Po chwili wbijam na szlak Oder- Neisse- Radweg.  

Szlak Odra- Nysa (Oder- Neisse- Radweg).

Droga na tym etapie prowadzi częściowo na wale przeciwpowodziowym, a częściowo poniżej niego. 

Oder- Neisse- Radweg (szlak Odra- Nysa).

Tegoroczne upały i chyba nieustannie wiejące tam wiatry wyraźnie wysuszyły łąki i obniżyły poziom wody w rzece. 
Wyschnięte nadodrzańskie łąki.

Przez cały czas towarzyszą mi bezkresne nadodrzańskie pejzaże.

Odra- widok po stronie niemieckiej.
Odra- widok ze szlaku Oder- Neisse- Radweg.
Oder- Neisse- Radweg (szlak Odra- Nysa).

Po drodze mijam niewielkie niemieckie miejscowości, w nich zajazdy z restauracjami czy kawiarenkami stworzonymi głównie z myślą o rowerzystach.

Zajazdy dla rowerzystów przy Oder- Neisse- Radweg.

Gdzieniegdzie Odra ma na tyle przyjazne rozlewiska, że miejscowa ludność czyni z nich swoiste kąpieliska. Zaobserwowałam zabawną sytuację, kiedy to na jednym brzegu Odry kąpali się Niemcy, a po drugiej stronie dało się słyszeć Polaków. Jedna rzeka, dwa narody.

Odra- na pierwszym planie Niemcy, na drugim brzegu Polacy.

Jazda rowerem w te upalne dni  dzięki jakby "chłodzącemu" widokowi na Odrę była mniej dokuczliwa, choć przyznam, że podróżowało mi się znacznie gorzej niż dzień wcześniej. Duży wiatr nieustannie wiał w twarz, a obrazek Odry i równiutkiego, asfaltowego szlaku, który ciągle miałam przed oczami zaczął być dla mnie nieco monotonny, dokuczliwy i nużący. Najbardziej irytował mnie jednak silny wiatr. Po trochę wyczerpującej drodze dojeżdżam do przejścia granicznego i już wkraczam do Kostrzyna. 

Na przeciwległym brzegu Kostrzyn nad Odrą.

Przy przejściu granicznym w Kostrzynie.
 
Kolejowy most graniczny Küstrin-Kietz - Kostrzyn.



Droga już po wyjeździe z woodstockowego miasta zamienia się w przyjemną, wąską i spokojną trasę prowadzącą przez las. Od dzielnicy Szumiłowo w Kostrzynie zaczyna się szlak rowerowy "Zielona Odra", który kończy się w Szczecinie. 

Szlak "Zielona Odra".

Miałam zatem okazję jechać fragmentem szlaku przez Kaleńsko, Namyślin, Kłosów. Słońce już zaszło, więc cisnęłam ile sił w nogach, by w środku lasu nie zastała mnie noc. Niestety ok.7 km za Namyślinem tempo zwolniła mi nawierzchnia, która zmieniła się z asfaltowej w szutrową, a potem "ku mojej radości" w leśną piaszczystą ścieżkę...Rower z sakwami pływał po piaseczku... 

"Zielona Odra"- szutrowa droga za Namyślinem.

Kościół w Kurzycku.
Zrobiło się już szaro, a ja przedzierałam się przez nieznaną dzicz. Co jakiś czas grobową ciszę przerywał trzask łamanych gałęzi, szelest krzewów i tętent kopyt spłoszonej zwierzyny. Drogę przecinały mi jelenie, sarny, lisy, zające. Przyznam, że wyobraźnia zaczęła działać i trochę ogarniał mnie strach. Na szczęście docieram do Kłosowa i cywilizowanej drogi. Tu rozstaję się z "Zieloną Odrą", która biegnie do Czelina, stamtąd do Gozdowic, przez Siekierki, Osinów Dolny, Cedynię, Lubiechów Dolny, Bielinek, Piasek, Zatoń Dolną, Krajnik Dolny, a dalej przez Widuchową, Gryfino aż do Szczecina. Biorąc pod uwagę minione dni, szlak "Zielona Odra" przejechałam zatem od Kostrzyna do Krajnika Dolnego z pominięciem jedynie odcinka Kłosów- Czelin- Gozdowice i etapu między Cedynią, Lubiechowem Dolnym a Bielinkiem.
Wróćmy jednak do dnia dzisiejszego- po opuszczeniu Kłosowa kieruję się na Kurzycko, gdzie mimo późnej pory zatrzymuję się przy gotyckim kościele Świętych Apostołów Piotra i Pawła. Kościół wprawił mnie w zachwyt. Budowla z imponującą wieżą w formie baszty obronnej, zlokalizowana na wysokim wzniesieniu, góruje ponad wsią.
Pstrykam fotkę, po czym napędzana strachem przed mrokiem nocy odkrywam w sobie ukryte pokłady energii i  mknę do Morynia, by schować się w swoim namiocie.


 

Sobota, 15 sierpień 2015


Tego dnia postanowiłam wybrać się w głąb Niemiec, zatoczyć pętlę przez Bad Freienwalde, Niederfinow, Oderberg i wrócić do Morynia (ok. 90 km).



Tradycyjnie wyruszam z Morynia, przekraczam przejście graniczne w Osinowie i już jestem w Niemczech. Wbijam na drogę rowerową i ponownie utwierdzam się w przekonaniu, że jednak chyba trochę nam daleko do tak dalece rozwiniętej sieci ścieżek rowerowych jak w Niemczech (ale może jeszcze za mało po Polsce jeździłam, by wydawać takie sądy).

Niemcy- jedna ze ścieżek rowerowych.

Jadąc przez większe i mniejsze niemieckie miejscowości dochodzę do wniosku, że odczuwa się tu taki ład, porządek, czystość i spokój. Miło wspominam przejazdy przez klimatyczne niemieckie wioseczki i miasteczka z malowniczymi uliczkami, pięknymi domami i zadbanymi obejściami.

Gdzieś w okolicach Bad Freienwalde.

Missionshaus Malche- Bad Freienwalde.

Niemcy- malownicze domy.


A tu trafiłam na taki oto zabawny domek z trabantem w ścianie ;), gdzie za "co łaska" można było pstryknąć pamiątkową fotkę.

Trabant w ścianie domu ;)

Przez cały czas jechałam głównie asfaltowymi ścieżkami rowerowymi, jedynie trochę niebezpieczny i dość ruchliwy odcinek napotkałam między Bad Freienwalde a Falkenberg (droga nr 167).
W pobliżu Niederfinow mijam ze słowami "wow" na ustach podnośnię statków na kanale Odra- Hawela. To najstarsza z czterech czynnych podnośni w Niemczech. Niestety nie pstryknęłam ani jednej fotki- chyba z wrażenia jakie wywarły na mnie potężne rozmiary całej konstrukcji.
I kolejne klimatyczne, niemiecko- uliczne pejzażyki.

Malowniczy pejzaż jednego z niemieckich osiedli.
Oderberg.
Oderberg.

Krótko przed miejscowością Oderberg droga stała się ciężkim i niekończącym podjazdem. Za to potem wiatr we włosach i w nagrodę przyjemnie dłuuuugi zjazd. Olśniło mnie po refleksji nad nazwą miejscowości OderBERG. No jasne! Berg czyli góra i już wiedziałam dlaczego taki podjazd i skąd ta nazwa.

Widok z mostu na Oderberg i  Wriezener Alte Oder.

Oderberg. Widok z Hermann- Seidel- Strasse.

Wzdłuż odnogi Odry Wriezener Alte Oder jadę opustoszałą ścieżką rowerową do samej Odry, po czym odbijam na fragment szlaku Odra- Nysa  w kierunku Hohenwutzen, przekraczam przejście w Osinowie Dolnym i znów wracam do Morynia. Całą drogę przez Niemcy wisiały nade mną burzowe chmury i pogrzmiewało, burza dorwała mnie jednak krótko przed końcem, po powrocie do kraju.


Bezludna ścieżka rowerowa wzdłuż Wriezener Alte Oder.


 

Niedziela, 16 sierpień 2015


Jak Bóg przykazał - siódmego dnia odpoczywam;). Wybrałam się jedynie na krótkie tournée po miejscowości, w której zaczynałam i kończyłam każdą wyprawę w minionym tygodniu. Właściwie to całą przygodę powinnam zacząć najpierw od zwiedzenia tego miasta, no ale cóż, tak wyszło. Najlepsze zawsze zostawiam na koniec;)
Moryń to perła architektury z prawie kompletnie zachowanymi murami obronnymi, które otaczają całe miasto.
Moryń- fragment murów obronnych.

Moryń- mury obronne.

Moryń- kościół pw. Św. Ducha.






Moryń może też poszczycić się XIII- wiecznym granitowym kościołem pw. Św. Ducha z unikatową, wolno stojącą wieżą z przejazdem. To ponoć najstarszy i najcenniejszy romański zabytek na całym Pomorzu Zachodnim.














Główne miejsce zajmuje rynek miejski wraz z ratuszem.

Moryń- rynek miejski z ratuszem.

Atrakcją i symbolem miasteczka jest znajdująca się na rynku Fontanna Wielkiego Raka, z którą wiąże się legenda.

Moryń- Fontanna Wielkiego Raka.


W Moryniu zachował się średniowieczny układ urbanistyczny ulic z zabytkowymi budynkami mieszkalnymi. Na wąskich uliczkach panuje cisza, porządek i można odnieść wrażenie, że czas stanął w miejscu.

Moryń- jedna z uliczek.
Moryń- jedna z ulic prowadząca do rynku.

Miasto położone jest nad Morzyckiem, jednym z najgłębszych jezior w Polsce, będącym rajem dla miłośników nurkowania, żeglarstwa, wędkarstwa oraz wykorzystywane jako kąpielisko. Prawie codziennie po rowerowych wypadach wracałam tu na wieczorną kąpiel.

Moryń- jezioro Morzycko.


Nad jeziorem utworzono "Aleję Gwiazd Plejstocenu" z naturalnej wielkości figurami ssaków z epoki lodowcowej.

Mamuty w Moryniu.


Moryń- Aleja Gwiazd Plejstocenu. Jeleń olbrzymi.

Moryń, Aleja Gwiazd Plejstocenu. Koń Przewalskiego.

Moryń- Aleja Gwiazd Plejstocenu.

Moryń, Aleja Gwiazd Plejstocenu. Lew jaskiniowy.

Moryń, Aleja Gwiazd Plejstocenu. Niedźwiedź jaskiniowy.

Moryń, Aleja Gwiazd Plejstocenu. Nosorożec włochaty.

Moryń, Aleja Gwiazd Plejstocenu. Tygrys szablozębny.

Moryń, Aleja Gwiazd Plejstocenu. Renifer.

Po zwiedzeniu miasteczka wracam po raz ostatni do Stadniny Koni Maciejewko- miejsca gdzie, dzięki uprzejmości znajomego mogłam bezpiecznie rozbić swój namiot i zakotwiczyć się na kilka dni.



Stadnina Koni Maciejewko w Moryniu.

Moryń. Stadnina Koni Maciejewko.



Poniedziałek, 17 sierpień 2015 


O świcie pakuję się i wyruszam z Morynia do Kostrzyna nad Odrą (ok. 37 km). Tam udaję się na dworzec PKP, ładuję się z całym swoim mandżurem do pociągu i teleportuję do rodzinnej miejscowości pod Bydgoszczą.
(ps. nie cierpię samotnych podróży pociągami z rowerem i tobołami...wrrr)


 

Kilka słów w ramach podsumowania:

W ciągu niespełna 7 dni przejechałam samotnie prawie 700 km. Żałuję jednak, że wyznaczyłam sobie nieco przydługawe jednodniowe trasy, przez co miałam za mało czasu, by wszystko zobaczyć i spokojnie delektować się pięknymi krajobrazami. Fotki niejednokrotnie trzaskałam w pośpiechu, więc nie rzucają na kolana i nie oddają uroku nadodrzańskich pejzaży. Zdarzało się, że ograniczona przez czas, całkiem rezygnowałam z fotografowania.

Tamtejsze tereny niewątpliwie nadają się do uprawiania aktywnej turystyki, zwłaszcza rowerowej. Do dyspozycji mamy wiele ciekawych szlaków obfitujących w niesamowite nadodrzańskie pejzaże. Moryń jest świetną bazą wypadową do zwiedzania pięknych okolic. Tereny te mają wiele do zaoferowania turystom, jednak moim zdaniem są jeszcze nieodkryte. Może i dobrze. Przynajmniej można wybrać się w nieznane, podzielić zdobytymi wrażeniami i nie usłyszeć od znajomych "aaa też tam byliśmy".
Większość wybiera się na wypoczynek nad morzem, w górach czy też na Mazury. Myślę, że czasem warto odpuścić sobie przereklamowane miejsca i samemu odkryć inne, piękne strony naszego kraju.

6 komentarzy:

  1. Świetny opis. Aż zatęskniłem za latem i letnimi wyprawami. Nocleg w pierwszą noc trochę mrozi krew w żyłach, ale przynajmniej na dłuuuugo go zapamiętasz :) Gratuluję odwagi, kondycji i fajnej relacji. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki:)
      Też już tęsknię za latem. Może właśnie dlatego dobrze, że dopiero w grudniu zrobiłam relację z urlopu:)
      A ów nocleg przynajmniej trochę mnie nauczy nie bycia nazbyt odważną Zosią Samosią. Także to lekcja na przyszłość, by lepiej przygotować się na kolejne wyprawy (zwłaszcza samotne) pod względem samoobrony;)
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  2. Fantastyczny opis. Dzieki. W ten weekend jade tam z rowerem :). Mariusz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi, że opis się przydał i zachęcił do osobistej wizyty w tamtych stronach. Pozdrawiam :)

      Usuń
  3. Niezłe pióro. Na prawdę. Mogłabyś publikować swoje wspomnienia z rowerowych eskapad. Ta, opisana tutaj trasa, bardzo fajna. Tym bardziej, że zmierzała do mojego ukochanego Morynia, gdzie kiedyś mieszkałem, a po drodze Cedynia, w której się urodziłem. Odwiedzam te tereny corocznie, czasami rowerem. Sporo jeżdżę po Polsce, mamy setki przepięknych tras i miejsc, które warte są obejrzenia nawet kosztem bolących mięśni i pulsujących bólem nadgarstków. Może, powodowany Twoim przykładem, też zacznę dokumentować i opisywać swoje wypady. Pozdrawiam i do zobaczenia na trasie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Komentarze z pozytywną oceną mojego stylu pisania zawsze są dla mnie motywacją do dalszego działania na blogu. Do Morynia chętnie wracam, mam tam znajomego i sentyment do tych okolic. Rowerem byłam dwa razy, ale innymi środkami transportu bywam w Moryniu częściej. Polska jest piękna, tylko często niedoceniana. Co do dokumentowania wypadów, myślę, że to dobry pomysł, gdyż pozostaje jakaś pamiątka z wyjazdu, utrwalone wspomnienia, a poza tym można pomóc ludziom, którzy chcą zwiedzić dane okolice i szukają informacji na ten temat. Pozdrawiam i być może do zobaczenia na trasie:)

      Usuń