10 maja 2015

Kołobrzeg - Hel, moja pierwsza rowerowa "wyprawa".

"Dołączę do wyprawy rowerowej...", czyli o kulisach wyjazdu. 

 

Moje dotychczasowe urlopy nigdy nie wyróżniały się niczym szczególnym, aż do sierpnia 2014 roku. W pewnym stopniu zainspirowana rowerowymi podróżami brata, pomyślałam, że tegoroczny urlop również spędzę na dwóch kółkach. Wprawdzie rowerem lubiłam jeździć od najmłodszych lat, ale były to zwyczajne, sporadyczne przejażdżki po okolicy. Idea dłuższego wyjazdu zaczęła raczkować dopiero w 2013 roku, kiedy to kupiłam swój pierwszy rower pod kątem dłuższych dystansów. Powoli zaczęłam też gromadzić potrzebny sprzęt, np. sakwy etc. Ogarnęła mnie nieodparta pokusa przeżycia przygody, zrobienia czegoś nietypowego, czegoś innego niż schematyczny wypoczynek wielu znajomych nad morzem czy jeziorem. Nie miałam jednak sprecyzowanego pomysłu na wyjazd i na jego organizację. Z jednej strony chciałam wyruszyć w samotną podróż, być sobie samej "sterem, żeglarzem i okrętem", a z drugiej strony obawiałam się własnego braku doświadczenia w dziedzinie rowerowych wyjazdów, samotnych noclegów - zwłaszcza tych na "dziko", itp. Nieoczekiwanie wpadłam na pomysł poszukania współtowarzysza/y poprzez zamieszczenie na jednym z portali podróżniczych (globtroter.pl) ogłoszenia zaczynającego się od słów "Dołączę do wyprawy rowerowej...". Dodam, że z natury jestem osobą nieśmiałą, skrytą, raczej typem samotnika, w związku z czym nigdy nie odważyłabym się na taką decyzję, ale miewam w swoim życiu pewne przebłyski, krótkotrwałe momenty, które sprawiają, że pod wpływem chwilowego, wewnętrznego głosu staję się jakby inną osobą i podejmuję działania, na które mój rozsądek a zwłaszcza osobowość nigdy by mi nie pozwoliły. Niemniej każdorazowo tak podjęta decyzja zazwyczaj jest moją najlepszą w życiu (szkoda, że ta odważniejsza część mnie tak rzadko dochodzi do głosu). Pomysł z ogłoszeniem przyszedł mi do głowy tak niespodziewanie, że nawet nie zastanowiłam się nad jego słusznością. Ja, która godzinami rozważam i rozmyślam nad wszystkim, każdą nawet najbardziej błahą decyzję poddaję ocenie za i przeciw, ja która zawsze mam dylemat, ja postrzegana jako zrównoważona, spokojna, praktycznie zawsze rozsądna. Nie wiem jak to się stało, że do głowy przyszedł mi takowy pomysł z ogłoszeniem, ale po prostu stało się. Nie wierzyłam jednak w jakikolwiek oddźwięk z internetu, więc zaczęłam snuć plan B.



Ku mojemu zaskoczeniu, tuż po ukazaniu się ogłoszenia otrzymałam pierwszą odpowiedź od... D., faceta, który miał za sobą m.in takie rowerowe wypady jak Świnoujście - Hel, Bornholm, Wiedeń - Bratysława - Budapeszt. Chociaż mnie i D. dzieli odległość ok 200 km, to jednak specyfika pracy D. sprawia, że od czasu do czasu przebywa on nieopodal mojego miejsca zamieszkania. W związku z tym zaproponował wspólne "wkręcenie się" po okolicy, celem poznania siebie, swoich możliwości, kondycji i oczekiwań. Bez większego wahania przystałam na propozycję i już w tym samym tygodniu umówiliśmy się na pierwsze rowerowe spotkanie. Pamiętam kiedy w ustalonym miejscu czekałam na D., pełna ciekawości i wyobrażeń związanych z nową, zupełnie obcą osobą. Moje rozmyślania przerwało nadjeżdżające auto na nietutejszych rejestracjach. Mym oczom ukazał się dobrze zbudowany facet w sportowym, firmowym stroju rowerowym, z bagażnika samochodu wyciągnął swój MTB i choć w tamtej chwili byłam zupełnym sprzętowym laikiem, od razu byłam pewna, że posiada markowy rower z wysokiej półki. Profesjonalizm w każdym calu. A ja? Amatorka przez wielkie A. Zwyczajny rower, strój niby sportowy, ale... jednym słowem miałam ochotę ze wstydu zapaść się pod ziemię, praktycznie odebrało mi mowę. Zderzenie dwóch światów. Czułam się jak idiotka i odniosłam wrażenie, że tak też mimowolnie początkowo się zachowywałam. Jednak bez zbędnego ociągania ruszyliśmy w trasę, pokonując ok.60 km i eksplorując przy tym moją najbliższą okolicę oraz drogi, o których istnieniu sama nie miałam pojęcia. Wyszła nam całkiem przyjemna przejażdżka, którą zakończył zbliżający się zmierzch i czas na powrót do domu. Na odchodne D. rzucił coś w stylu "było miło, do zobaczenia - może jeszcze w tym tygodniu". Na co ja również odparłam podobnym tekstem, ale porównując moją skromną osobę do niego oraz czując się zawstydzona, skrępowana, a także zażenowana swoją rowerową amatorszczyzną, w głębi duszy pomyślałam "Na pewno już się nie spotkamy, ani jutro, ani pojutrze, ani kiedykolwiek później".
I pewnie tak też by było, gdyby nie fakt, że D. tak łatwo mi nie odpuścił. Większość propozycji udawało mi się delikatnie odeprzeć, jednak dałam się namówić tak na odczepne i od niechcenia na jeszcze jedno czy dwa rowerowe spotkania. Potem nadszedł czas mojego urlopu, D. wyszedł z opcją: trasa Szczecin - Hel w kilka dni. Pomysł przypadł mi do gustu, tym bardziej, że D. już dwukrotnie przejechał ten odcinek i znał go dość dobrze. Jednak zaczęłam coraz bardziej zastanawiać się nad wyjazdem. Dodatkowo D. zaskoczył mnie wiadomością, że na wspólną wyprawę udało mu się namówić K. - jego przyjaciela.
Tymczasem ja w jednej chwili zmieniłam zdanie. W mej głowie zrodziło się wówczas wiele wątpliwości: dwóch obcych facetów i ja sama?, jak się będę z nimi czuła?, czy dam radę, przecież dopiero co zaczęłam użytkować rower, dotychczas rzadko jeździłam i niewiele kilometrów, czy nie stanę się dla nich obciążeniem?, jak będę wyglądać na tle dwóch profesjonalistów? jak dotrę z rowerem w pociągu do Szczecina?. Do głosu doszła rozsądna i strachliwa część mnie, a do tego zostałam zasypana "dobrymi radami" znajomych i rodziny: "Chcesz jechać w nieznane z dwoma starszymi facetami, o których nic nie wiesz?! Oszalałaś!!!", " Przecież mogą coś ci zrobić, zgwałcić, zabić. Dzisiaj tyle się słyszy o takich różnych, fatalnych historiach". "Zdajesz sobie sprawę z ryzyka?. Nie boisz się? A jak nie dasz rady przejechać tylu kilometrów?"....
To wszystko sprawiło, że rozmyśliłam się. Zapadła decyzja: nie jadę. To faktycznie nieprzemyślana sprawa - pomyślałam. Nowy znajomy sprawiał wrażenie obrażonego, kontakt nieco stracił na intensywności i w sumie wcale nie powinno mnie to dziwić, w ostatniej chwili się wycofałam...


Piątek, 15 sierpnia - chłopacy wyruszyli beze mnie. Odcinek jaki sobie zaplanowali na pierwszy dzień to Szczecin - Świnoujście.

Dzień pierwszy: trasa Szczecin - Świnoujście, 119.46 km (aplikacja Endomondo Sport Tracker).

A ja? Siedziałam w domu, dopracowując awaryjny plan spędzenia urlopu i jednocześnie zaczynając żałować swej ostatniej decyzji. Czułam, że właśnie pod nosem przechodzi mi fantastyczna przygoda, że taka okazja może się już nie powtórzyć, że będę miała co wspominać na starość. Mimo rezygnacji, jakoś tak mimowolnie zaczęłam sprawdzać połączenia pkp do miejsca, gdzie mogłabym ewentualnie "złapać" D. i K. Chłopacy następnego dnia zamierzali dotrzeć ze Świnoujścia do Kołobrzegu. Sprawdzam połączenie - jest! Pasuje idealnie, późnym popołudniem moglibyśmy spotkać się w Kołobrzegu. Podekscytowana kontaktuję się z D., który z zadowoleniem przyjmuje moją nagłą zmianę planów i jeszcze bardziej nakręcam się na ów wyjazd. Teraz jestem już pewna, myślę sobie, przecież nie mam nic do stracenia, niech się dzieje co chce.


Sobota, 16 sierpnia - D. i K. rozpoczynają kolejny etap: Świnoujście - Kołobrzeg.

Dzień drugi: trasa Świnoujście - Kołobrzeg, 118.57 km.

A ja? Spakowawszy się poprzedniego wieczoru, mocuję wszystko na rowerze i udaję się na stację pkp. Z pomocą brata ładuję się do przedziału rowerowego, po czym się żegnamy, kupuję bilet do Kołobrzegu i ... witaj przygodo! Przez myśl przebiega mi tylko cień wątpliwości jak poradzę sobie podczas czekających mnie przesiadek z tym ciężkim rowerem. Zarówno wsiadanie jak i wysiadanie po wąskich, stromych stopniach napawa mnie strachem. Ale niepotrzebnie się martwiłam - widok małej, szczupłej dziewczyny z bagażem sporych rozmiarów powodował, iż zawsze znaleźli się chętni do pomocy. Tak właśnie poznałam Marka, który wsiadł do mojego przedziału ze swoim rowerem i nawiązał rozmowę. Kolejny profesjonalny i doświadczony rowerzysta na mej drodze. Z wielkim podziwem i fascynacją słuchałam jego opowiadań o wyprawach do Albanii, Czarnogóry, Irlandii, Chorwacji, Ukrainy i obecnie planowanej - do Grecji. Marek chętnie dzielił się ze mną swoim doświadczeniem, udzielał rad i przydatnych wskazówek, wprowadzał w tajniki rowerowego świata. Podczas przesiadki zajął się moim ciężkim rowerem, a ja zaopiekowałam się jego lekkim jak piórko Cube'm, choć szczerze mówiąc, bałam się dotykać tak wyszukanego sprzętu. Marek dowiedziawszy się o mojej pierwszej wyprawie, wypytywał o szczegóły, o plany na kolejne dni. Nie potrafiłam udzielić zbyt wielu informacji, gdyż tak na dobrą sprawę sama nie miałam pojęcia, w zupełności zdałam się na plany mojego znajomego z internetu. Wiedziałam tylko, że jutro czeka mnie trasa Kołobrzeg - Ustka. Marek zareagował dość sceptycznie na tą informację. Widząc moją posturę delikatnej kobietki stwierdził, że to nieodpowiedni pomysł, zbyt daleka trasa jak na mój pierwszy dzień wyprawy i w dodatku moim rowerem. Rozpostarł przede mną mapę, starając się uświadomić mi jak spora odległość dzieli Kołobrzeg od Ustki. Radził, żebym spróbowała przekonać chłopaków do skrócenia etapu, był pełen obaw, że mogę nie dojechać tym sprzętem, a jeśli nawet to zapewne zniechęcę się do rowerowych wyjazdów i skutecznie zabiję w sobie rodzącą się pasję. Przyznam, że zasiał we mnie ziarenko niepokoju i wątpliwości czy aby na pewno uda mi się osiągnąć cel.
Marek zaoferował swoją pomoc w postaci dołączenia do nas następnego dnia i poprowadzeniu na pewnym odcinku znaną, sprawdzoną trasą, bez przedzierania się piaszczystym wybrzeżem. Rozmowa o rowerach pochłonęła nas do tego stopnia, że Marek przeoczył swoją stację docelową i zajechał ze mną aż do samego Kołobrzegu. Chłopaków jeszcze nie było na miejscu, miałam wyruszyć im na spotkanie w stronę Dźwirzyna w ramach rozgrzewki przed kolejnymi dniami pedałowania. Kompletnie nie wiedziałam, w którą stronę powinnam się ruszyć. Marek miał jeszcze godzinę do czasu odjazdu powrotnego pociągu, po raz kolejny zaoferował pomoc i odprowadził do Dźwirzyna, po czym popędził na pkp. A ja po chwili spotkałam się z D. i poznałam jego przyjaciela K. Oboje perfekcyjnie przygotowani do wyprawy, sprzęt do pozazdroszczenia, o jakim mogę tylko sobie pomarzyć. Razem dojechaliśmy do Kołobrzegu, gdzie czekał na nas nocleg w pensjonacie u rodziny K. Późną porą wybraliśmy się jeszcze na spacer po mieście tętniącym nocnym życiem. Z ekscytacją myślałam o kolejnym dniu i czekającej nas drodze.


Kołobrzeg - Hel. Trasa, która stała się moim udziałem.

 
fot. J.Ż.

Nasz trzyosobowy team ze mną w składzie od początku stał się tematem żartów wśród napotkanych ludzi. Oczywiście chodziło głównie o moją osobę, gdyż jako najmniejsza istotka, posiadałam największy bagaż i najcięższy rower. D. ciągnął za sobą przyczepkę, K. komplet sakw na tylnym bagażniku, natomiast ja sakwy zarówno na przednim jak i tylnym bagażniku. I wcale nie zabrałam ze sobą za dużo rzeczy, tylko to co niezbędne. W gruncie rzeczy chodziło mi też o równomierne rozłożenie ciężaru na rowerze, a nie tylko o upakowanie wszystkiego na tył z jednoczesnym obciążaniem wyłącznie tylnego koła. 

Niedziela, 17 sierpnia - wyruszamy już we trójkę. Zaplanowany etap: Kołobrzeg - Ustka.

Dzień trzeci: trasa Kołobrzeg - Ustka, 118.23 km

Opuszczając Kołobrzeg i kierując się na Sianożęty obieramy trasę wiodącą przez tereny byłego lotniska wojskowego. Obecnie jest ono nieczynne, ale warto zobaczyć obszerne pasy startowe i ogromne hangary, teraz porośnięte już trawą, a nawet drzewami.

Zgodnie z obietnicą skontaktowałam się z Markiem, uzgadniając przybliżone miejsce naszego spotkania na trasie. Marek wyruszył z Koszalina, my z Kołobrzegu, wszyscy zmierzając ku wspólnemu punktowi w Mielnie. Spotkaliśmy się jednak już wcześniej, a mianowicie w Gąskach. Marek miał zdecydowanie szybsze tempo, podczas gdy my musieliśmy nieco zwolnić, gdyż dynamiczna jazda po wyboistych leśnych ścieżkach sprawiła, że zaczęła pękać konstrukcja przyczepki ciągniętej przez D. Zdarzenie to zapewne nie miałoby miejsca, gdyby owa przyczepka posiadała amortyzację. 
Tak więc nie zdążyliśmy dojechać do Mielna przed Markiem, lecz już razem z nim. Zauważyłam, że Marek wywarł na moich współtowarzyszach pozytywne wrażenie swoim doświadczeniem już od pierwszych chwil. Wszyscy zdaliśmy się na jego znajomość okolicy i pod jego przewodnictwem ruszyliśmy z Gąsek przez Mielno, aż do miejscowości Łazy. Zatrzymujemy się na chwilę w lesie pomiędzy Chłopami a Mielnem, przy kamieniu sporych rozmiarów, oznaczającym szesnasty południk i pstrykamy sobie pamiątkową fotkę.
 Marek rozeznawszy sytuację zaczął uświadamiać mi sytuację, w której się znalazłam - Baśka, K. i D. to zawodowcy, są silniejsi od ciebie, posiadają rowery wysokiej klasy, utrzymują dobre tempo, zajadą cię jak tak dalej pójdzie...W trosce o mnie próbował też delikatnie przekonać chłopaków do zmiany planów, do rozłożenia trasy na krótsze odcinki, bo po co tak gnać skoro mamy cały tydzień do dyspozycji. Ona ma co wieźć, w dodatku jej rowerem pokonać taki dystans to...to jest wyczyn. A przed wami przecież kolejne dni jazdy - skomentował Marek. W tym momencie już prawie złożyłam w grobie nadzieje na dotarcie do celu, poczułam paraliżujący strach. Z drugiej strony pomyślałam, iż jeśli uda mi się pokonać taki etap, będzie to niewątpliwie mój wielki sukces, którym zaskoczę nie tylko siebie. Poza tym nie chciałam okazać swej słabości i stać się najsłabszym ogniwem, nie z moją cholerną dumą! Postanowiliśmy, że pojedziemy tyle kilometrów ile damy radę. Marek pełnił rolę naszego przewodnika do Łaz, po drodze dając mi przeróżne porady dotyczące tego jak jechać, co jeść, ile i co pić itp. Nadszedł moment, w którym nasze drogi musiały się rozejść. Marek udzielił nam wskazówek co do najbliższej trasy, po czym pożegnaliśmy się, co ja uczyniłam niemalże ze łzami w oczach (oczywiście skrzętnie skrywanymi), gdyż czułam wysoki poziom Markowej troski, empatii i zrozumienia mojej sytuacji.
fot. D.B.

Ruszyliśmy w dalszą drogę, ponownie w trzyosobowym składzie. Ustaliliśmy, że jednak nie zmieniamy planów i jedziemy do Ustki, a dokładniej do Duninowa (miejscowości w jej pobliżu), gdyż K. załatwił tam już kolejny nocleg u swojej rodziny. Mijały kolejne kilometry, a ja dawałam radę. Dopiero krótko przed metą, po ok. 110 kilometrze zostałam w tyle, nagle straciłam wszystkie siły, czułam, że chyba za chwilę zemdleję. Osłabłam do tego stopnia, że nie potrafiłam wprawić w ruch klamkomanetki w celu zmiany przerzutki. Jeszcze nigdy nie czułam się fizycznie tak słaba. D. natychmiast zorientował co się dzieje - "odcięcie energii!" - stwierdził, po czym niezwłocznie nafaszerował mnie żelem energetycznym. Dzięki temu specyfikowi i pomocy D., który co jakiś czas pchał mój rower, dowlekłam się resztkami sił do celu. Byłam wyczerpana, trochę zła na siebie, że tuż przed końcem dopadł mnie taki agonalny stan. Wiem, że jego powodem był w dużej mierze dzień w jakim przyszło mi jechać. Najsłabszy i najtrudniejszy dzień miesiąca, kiedy to jestem cieniem samej siebie (większość kobiet pewnie doskonale rozumie co mam na myśli). Jednak świadomość noclegu pod dachem, swojski posiłek i orzeźwiająca kąpiel postawiły mnie na nogi. Chłopacy prowadzili jeszcze długie wieczorne rozmowy, a ja po dniu pełnym wrażeń popełzałam do swojego pokoju. Oczywiście zanim zasnęłam, obowiązkowo wykonałam jeszcze jeden telefon: 

"Marek - jednak się udało!! Dojechałam!..."



Poniedziałek, 18 sierpnia - przed nami krótszy odcinek: Ustka - Łeba.

Dzień czwarty: Ustka - Łeba, ponad 70 km. (trasa niezapisana w całości - padła bateria)

D. oznajmił, że dziś czeka nas zdecydowanie mniej kilometrów i mała przeprawa przez błotko. Nie zdawałam sobie sprawy co ma w planach, myślałam, że najtrudniejszy dzień mam za sobą. Trasa wydawała się całkiem przyjemna, trochę ciężko pokonywało mi się piaszczyste, leśne ścieżki rowerowe, które w moim odczuciu przeważały nad asfaltową nawierzchnią. Chłopacy gładko sunęli po nierównym terenie na swych MTB, mi zdecydowanie łatwiej kręciło się po asfalcie. Przebrnęliśmy przez Słowiński Park Narodowy i dotarliśmy do niewielkiej, niepozornej miejscowości Kluki. Zamierzaliśmy zwiedzić tamtejsze Muzeum Wsi Słowińskiej, które jednak okazało się nieczynne. Zatrzymaliśmy się na krótki postój przy lokalnym sklepie. D. spytał sprzedawczynię o przejezdność bagienek.  
- "Nie polecam, od dłuższego czasu ciągle pada tu deszcz, trasa praktycznie nie do przebycia" - wyjaśniła kobieta, stanowczo odradzając nam tą drogę na skróty. Tymczasem D. uśmiechnął się znacząco pod nosem, wręcz nabrał jeszcze większej ochoty na przeprawę przez bagienka, traktując je jako wyzwanie. Przekonywał nas, że jechał tamtędy w zeszłym roku, że droga asfaltowa jest znacznie dłuższa, a poprzez skrót zaoszczędzimy sporo kilometrów. Ruszyliśmy.
Droga początkowo wydawała się nie aż taka straszna: porośnięta trawą, nierówna z pojawiającymi się tu i ówdzie kałużami. Z czasem stawała się coraz bardziej podmokła, wyboista, bagnista. Nie dało się dalej jechać, pozostało nam prowadzenie rowerów. Co kawałek zagłębienia wypełnione mętną wodą, niektóre z pozoru wydawały się tylko małymi kacerkami - z pozoru, ponieważ po wdepnięciu okazywały się znacznie głębsze. Miejscami droga była zalana na całej swej szerokości, a po obu jej stronach gęste zarośla i krzaki niczym w dżungli amazońskiej. Nie pozostawało nic innego jak po prostu przejście przez wodę. O ile początkowo staraliśmy się omijać błotniste kałuże, tak później przestało mieć to dla nas znaczenie. I tak wszystko mieliśmy już mokre i brudne. Rowery momentami zapadały się w błocie prawie po piasty. Czasem pojawiał się w moich oczach promyk nadziei na widok napotkanych kładek, prowizorycznie wykonanych z pojedynczych desek przerzuconych z jednego brzegu błota na drugi. Ale lepsze to niż nic. Moja radość nie trwała długo, deski rozjeżdżały nam się pod nogami i tonęły w bagnie razem z nami.

Droga przez bagna, fot. D.B.

Określenie, że byłam wściekła za taki wybór trasy, byłoby niedopowiedzeniem roku!. Nie chodzi o to, że jestem jakąś wrażliwą księżniczką na ziarnku grochu, która wzdryga się na myśl o pobrudzeniu błotem. Martwiłam się nie o siebie lecz o rower, a jestem na tym punkcie trochę przewrażliwiona. Już wyobrażałam sobie ile godzin zajmie mi szczegółowe wyczyszczenie go i doprowadzenie do ładu. Wkurzałam się na myśl jak ta jedna przeprawa wpłynie na mój praktycznie nowy sprzęt, o który tak staram się dbać. Wiedziałam, że to rower z gorszych komponentów, słabszy i bardziej wrażliwy w porównaniu do wysokiej klasy rowerów moich kompanów. Zresztą ten teren niestraszny dla rowerów MTB, gorzej z moim. Z każdym metrem przeklętej ścieżki rosła we mnie irytacja, a gniew rozpierał od wewnątrz. Milczałam. D. sprawiał wrażenie rozbawionego całą przeprawą, jakby to była niezła zabawa. Nawet potrafił żartować, twierdząc, iż kobiety płacą duże pieniądze za błotniste kąpiele, a my naszym rowerom fundujemy za darmo takie wspaniałe, torfowe spa. Pokrzepiał hasłami, że to dość znana trasa dla rowerzystów, lecz nie każdy na nią się odważy, będziemy zatem mogli się poszczycić pokonaniem słynnych bagienek. Na pocieszenie dodał: "Zobaczycie, że później będziecie się śmiać z tej przeprawy" - o dziwo dziś uważam, że miał w tym momencie rację. Ale w trakcie brnięcia przez bagna nie było mi wcale do śmiechu, rower utaplany w czarnym błocie - od przerzutek po hamulce, zachlapane sakwy no i my...

fot. J.Ż.

W końcu dotarliśmy do lepszej, leśnej drogi, a wkrótce potem do cywilizacji - przed nami Łeba. Dzwonimy do wcześniej napotkanego w trasie małżeństwa z dzieckiem, by zgodnie z obietnicą, dać im znać jak wygląda skrót przez bagna - "Nie pchajcie się tamtędy, droga fatalna, ledwo przejezdna, przyczepka z dzieckiem utknie w błocie. Lepiej wybierzcie okrężną drogę"
Za nami zbierały się ciemne, deszczowe chmury. Zdążyliśmy na szczęście uciec ulewie i burzy. D. poprowadził nas do kwatery, którą wynajmował ze znajomymi podczas zeszłorocznej wyprawy. Dom z kilkoma pokojami, możliwość schowania rowerów do garażu i umycia ich wężem ogrodowym, udostępnionym, dzięki życzliwości gospodarza. Wspólnie zdecydowaliśmy, że robimy sobie przerwę od jazdy i zatrzymamy się tu na jeden dzień, tym bardziej, że K. zaczął doskwierać ból kolana.


Wtorek, 19 sierpnia - Łeba.
fot. J.Ż.



 Odpoczywamy od rowerów. Zwiedzamy miasto oraz wyruszamy meleksem na polską Saharę czyli ruchome wydmy (opłaty za meleksy, bilety wstępu etc. są zabójcze...). Zdobywamy najwyższą z wydm, Łącką Górę, mierzącą ok.42 metry. Spacerujemy i podziwiamy unikatowy, pustynny krajobraz. Było cudownie! Wieczorem tradycyjnie poznajemy nocne życie miasta ;) Polecamy restaurację/bar Koga - naprawdę pyszne jedzenie i ciekawy wystrój wnętrza.

"Sahara" w Łebie. (fot. J.Ż.)



Środa, 20 sierpnia - trasa: Łeba - Jastrzębia Góra.

Dzień szósty: trasa Łeba - Jastrzębia Góra, 58.6 km

Wyruszając z Łeby podążamy ścieżką rowerową przez las wzdłuż jeziora Sarbsko. Przygody napotykamy między Lubiatowem a Białogórą. Zaczynamy trochę błądzić, w dodatku wiszą nad nami czarne, deszczowe chmury. W okolicy tylko las i piach oraz ... budowla przypominająca latarnię morską. To jednak przeciwpożarowa wieża obserwacyjna należąca do Nadleśnictwa Choczewo, ogrodzona płotem z wiszącą na nim tabliczką "Nieupoważnionym wstęp wzbroniony". K. widząc nadchodzącą ulewę nie zastanawia się długo, wkracza na zakazany teren, staje u drzwi wieży i wciskając guzik à la domofonu, kontaktuje się z jej pracownikiem. Wyjaśnia, że podróżujemy rowerami i chcielibyśmy przeczekać nawałnicę. Pracownik wpuszcza nas do środka, nim jednak docieramy na sam szczyt, do "centrum dowodzenia", mamy do pokonania setki krętych schodów. Trud wchodzenia wynagrodził nam wspaniały widok rozpościerający się z samego wierzchołka wieży. Pracownik okazał się miłym, starszym panem, który z chęcią opowiedział nam o specyfice swojej pracy oraz udzielił wskazówek co do dalszej, czekającej nas drogi.

Widok z wieży przeciwpożarowej - Nadleśnictwo Choczewo. (fot. J.Ż.)

Ruszamy dalej. Mimo instrukcji pana z wieży, nadal gubimy się na szlaku, brniemy w las, prowadząc rowery po piaszczystych pagórkach. Piach oblepia nam całe koła, w moim rowerze wdostaje się między klocki hamulcowe i błotniki, skutecznie blokując koła ... GPS pokazuje drogę, której faktycznie nie ma. O ile początkowo widać było wąską, wydeptaną ścieżkę, tak później zanika ona w zupełności. Wędrówkę przecina nam niewielka rzeczka Bezimienna, którą możemy pokonać poprzez prowizoryczną kładkę. Jest ona jednak tak wąska, że przejście z rowerem wraz z bagażami to niczym akrobacja cyrkowa. W dodatku w razie omsknięcia, wpadniemy na kamienie. Ja mając do wyboru opcję skręcona lub mokra noga, wybieram to drugie. Chłopacy przeprawiają się kładką, a ja kawałek dalej, w najpłytszym miejscu, po prostu przechodzę przez rzekę.

fot. D.B.

fot. J.Ż.







W niedalekiej odległości znów wita nas wąski strumyk, którego sforsowanie umożliwia nam zwalona kłoda drzewa. Tym razem musimy współpracować w przedostaniu się na drugi brzeg, podając sobie rowery, gdyż kłoda jest na tyle wąska, że niemożliwe jest przejście z rowerem przy boku.









Po leśnej tułaczce w końcu docieramy do szlaku i kierujemy się do Białogóry, dalej przez Dębki, Karwię aż do Jeleniej Góry, gdzie postanawiamy zatrzymać się na nocleg. Chłopacy zgodnie z wcześniejszymi planami na dziś, decydują się na opcję rozbicia namiotów na dziko. Ja trochę się waham mając w pamięci sugestie Marka "Jeśli chłopacy chcą przeżyć męską przygodę, niech śpią pod namiotem, ty wynajmij sobie kwaterę. Noce są ostatnio wyjątkowo chłodne, możesz obudzić się w fatalnym stanie, niezdolna do dalszej jazdy".
Mimo obaw, mam jednak również ochotę na męską przygodę i przystaję na propozycję moich współtowarzyszy. K. i D. wzięli kąpiel w morzu, a ja po dłuższych rozważaniach uczyniłam to samo. Nadchodził już zmierzch, na plaży żywej duszy, straszny wiatr i przejmujące chłodne powietrze, ale miałam ochotę zmyć z siebie trud męczącej trasy. Potem przez dobrą godzinę trzęsłam się z zimna i nie mogłam dojść do siebie. Chłopacy wywęszyli świetną, 5-cio gwiazdkową miejscówkę na dziki nocleg: skarpa na skraju lasu, a u jej podnóża plaża i bezkresne morze. Rozbijamy namioty, a śpiwory układamy na skarpie, leżymy wpatrzeni w gwiazdy, słuchamy szumu morza i rozgrzewamy się whisky. Nie pamiętam kiedy ostatnio czułam się tak wolna, beztroska i szczęśliwa. Niezapomniane chwile!

fot. J.Ż.
Późną nocą, nieco przemarznięci, decydujemy się na sen w namiotach. I tylko D. nie mogąc chwilowo zasnąć z powodu głośnego szumu fal, prosi "niech ktoś wyłączy morze" ;)



Czwartek, 21 sierpnia - ostatni etap: Jastrzębia Góra - Hel.

Dzień siódmy: trasa Jastrzębia Góra - Hel, 45.40 km

Przed nami ostatni, krótki odcinek z towarzyszącym nam przez cały czas pięknym widokiem na morze. Zatrzymujemy się na chwilę w campingu Chałupy 3, by podziwiać to urokliwe miejsce, łódki, mnóstwo kolorowych żagli, tworzących niesamowity klimat.

fot. J.Ż.

Wkrótce dojeżdżamy do celu, ogarnia mnie ogromna radość, ponieważ moja pierwsza wyprawa zakończyła się sukcesem. Udało się! Dałam radę, Hel zdobyty!:)



Zatrzymujemy się na polu kempingowym HelKamp, gdzie rozbijamy namioty. Kemping jest moim zdaniem godny polecenia. Na jego terenie znajduje się bar, sklep, bezprzewodowy internet, łazienki o wysokim standardzie (także dla niepełnosprawnych), pralka, kuchnia (wyposażona w naczynia, lodówkę, kuchenkę gazową), a nawet przewijak dla dzieci.
Po zakwaterowaniu wyruszamy zwiedzać okolicę. Trafiliśmy akurat na D-Day, czyli co roku organizowaną inscenizację bojowego desantu na Hel. W całym mieście roiło się od militarnych pojazdów, żołnierzy z tamtych lat oraz ludności stylizowanej na okres wojenny. Niesamowite widowisko i historia pokazana na "żywo".

D-DAY,  fot. J.Ż.
D-DAY, fot. J.Ż.


Promenadą docieramy na skraj półwyspu, gdzie zatrzymujemy się w plażowym barze. Za uprzejmością obsługi, wystawiamy sobie indywidualny stolik na piasek, rozkoszujemy się pięknym widokiem i upajamy osiągniętym celem. Wieczorem odwiedzamy kilka restauracji w poszukiwaniu czegoś na ząb, zatrzymujemy się w restauracji Captain Morgan. Jedzenie może nie jest oszałamiające, ale szczegółowo dopracowany wystrój wnętrza w stylu marynarskim niepowtarzalny! Czasem wieczorami można na żywo posłuchać szantów. Polecamy odwiedzić to miejsce, choćby z uwagi na klimat tam panujący.


Piątek, 22 sierpnia: Hel - Gdynia, powrót do domów.

Przed południem pakujemy się i wpadamy jeszcze na śniadanie do restauracji Kutter. W godzinach 8:00 - 11:00 czynny jest tam szwedzki bufet, za kilkanaście złotych mamy do dyspozycji bogatą ofertę śniadaniową, można wybrać to na co mamy ochotę i najeść się do woli. Jak dla mnie rewelacja! Polecam!
Następnie ruszamy do portu znajdującego się na końcu półwyspu, gdzie kupujemy bilety na rejs z Helu do Gdyni (dość kosztowna przyjemność, cena na osobę w 2014 roku to 35zł + 5zł przewóz roweru).

Hel - widok ze statku. (fot. J.Ż.)
Po około godzinnej podróży statkiem, wysiadamy w Gdyni, stamtąd udajemy się na dworzec pkp. Tu nasze drogi się rozchodzą, chłopacy jadą pociągiem na Szczecin, a ja w stronę Bydgoszczy. Na dworcu w Gdyni, a właściwie już podczas rejsu statkiem przepełniał mnie smętny nastrój, ponieważ dotarło do mnie, że ta wspaniała przygoda właśnie dobiegła końca i pora wracać do szarej rzeczywistości...
fot. J.Ż.


"Po osiągnięciu wymarzonego celu uświadamiasz sobie, że najpiękniejszy był czas, gdy się do niego dążyło..."

fot. J.Ż.


W tym miejscu chciałam jeszcze podziękować:
Markowi - za jego szeroko pojętą pomoc: zajęcie się moim ciężkim rowerem w pociągu i oszczędzenie mi stresu z przesiadkami, za to, że przegapił swój przystanek i znalazł się ze mną w Kołobrzegu;), za rolę przewodnika na trasie, za wszelkie rady, wskazówki, za troskę. Dziękuję, że znalazłeś się w tym samym miejscu, czasie i pociągu co ja!

Nieznajomemu rowerzyście z Bydgoszczy - za towarzystwo w mej drodze powrotnej i pomoc w pociągu przy transporcie roweru. Za osobistą rozmowę i postawienie mi dwóch zadań do realizacji:
1) zmiana beznadziejnej pracy oraz
2) danie szansy facetom, wyjście za mąż, urodzenie dzieci;). Nie wiem czy mogę to obiecać (choć tego pierwszego sama sobie życzę, a co do drugiego punktu - no cóż...chyba tego nie chcę;) )

D. i K. - im dziękuję najbardziej.
K.- za troskę, za dbanie o mój pełny bidon, za nieustanne pytania "nie za szybko jedziemy?! wszystko ok?", za załatwienie noclegów u rodziny i własny pokój dla mnie:)
D. - za to, że odpowiedział na moje internetowe ogłoszenie i nie pozwolił mi się wycofać. Bez niego ta przygoda nigdy by mi się nie przytrafiła.
Dziękuję im, że mimo złowrogim przewidywaniom moich znajomych i rodziny, nie wykorzystali sytuacji: nie zgwałcili mnie, nie zabili, nie poćwiartowali i nie wyrzucili w lesie;). Dziękuję za wprowadzenie w świat jakiego nie znałam, za niezapomniane chwile i najwspanialsze wakacje mojego dotychczasowego życia!


* * * Wszystkie fotografie wykorzystane w tym poście są autorstwa D.B. oraz J.Ż., graficznie przerobione przeze mnie. Zdjęcia z mojego aparatu niestety przepadły... * * *

8 komentarzy:

  1. Dobrze się czytało,
    dokładam Twojego bloga do obserwowanych ;)
    pozdrower.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kłuki - zawsze mnie ciekawi, jaka sytuacja jest w danej chwili. I widzę, ze raz jest dobrze (tzn małe błotka) a raz zajebiście źle. Nie martw się, nawet na przęłomie lipca i sierpnia jest bagniście tam ;-) moja relacja -> http://blog.bobiko.pl/2014/06/rowerem-wzdluz-polskiego-wybrzeza-baltyku-r10/

    OdpowiedzUsuń
  3. I ja też tam w torfie sie babralem - nie pamietam juz ktorego roku, ale jak widac wycieczka wzdluz Baltyku bez torfu nie ma racji bytu. :)
    A sama wyprawa i relacja sluszna, czekam na nastepna!

    OdpowiedzUsuń
  4. Fajna wyprawa, ciekawy wpis :)
    Też zrobiłem z kumplami tę trasę, z tym, że w odwrotnym kierunku. Relacja u mnie na blogu :)
    pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak, też w tym roku pokonywałem z kolegą trasę Świnoujście- Hel i dobrze pamiętam Kluki i ten lokalny sklepik wydzielony częściowo z domu, gdzie pani otwierała go wtedy gdy wiedziała ile pieniędzy w nim zostawimy :) A bagna, błoto i komary jak wróble... ech... kiedy znowu wyruszę w trasę :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie myślałam,że Kluki są aż tak znane:). A Pani w sklepiku faktycznie specyficzna;)

      Usuń
  6. Właśnie wróciłem z żoną z podobnej wyprawy rowerowej, właśnie trasą R-10 "Wzdłuż Bałtyku" ze Świnoujścia do Helu, po drodze odwiedzając 13 z 15 polskich latarni morskich. Też ugrzęźliśmy w bagnach za Klukami:) Zapraszam na obszerną relację z naszej perspektywy wraz ze zdjęciami na http://www.zyczpasja.pl/wyprawa-rowerowa-swinoujscie-hel/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trasa wzdłuż Bałtyku jest bardzo popularna,sporo ludzi jeździ właśnie szlakiem latarni morskich. Myślę, że swoją popularność zawdzięcza bliskości morza, pięknym widokom,łatwą dostępnością campingów/miejsc noclegowych oraz sklepów (zaopatrzenie), a także sprzyjającym warunkom terenowym i atmosferycznym(trasa raczej nie jest mega wymagająca, myślę,że dobra dla początkujących i nie tylko)
      Zerknęłam na relację z Waszego wyjazdu. Cudowne zdjęcia! Świetna, baaaardzo szczegółowa relacja z wyprawy,obfitująca w konkrety (tego zabrakło u mnie)... Mnóstwo praktycznych informacji-myślę,że po przeczytaniu tego wpisu, każdy kto się wybierze w te strony będzie doskonale przygotowany na wszystko. Ja niedawno wróciłam z wypadu rowerowego przez Czechy-Austrię-Słowację (na relację pewnie znajdę czas jesienią..), ale jak dotychczas wyprawa na Hel najbardziej mi się podobała i mam do niej największy sentyment. Polska jest piękna!

      Usuń